Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiceprezydent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiceprezydent. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 kwietnia 2013

Przegląd prezydenckich ekslibrisów

Z okazji Światowego Dnia Ksiązki - przegląd prezydenckich ekslibrisów, który zaczyna się od... braku ekslibrisu. Zwyczaju ich stosowania nie miał bowiem, jak się wydaje, najsłynniejszy prezydencki bibliofil, Thomas Jefferson, któremu swój byt zawdzięcza największa biblioteka świata, Biblioteka Kongresu. Jefferson był w swoim czasie właścicielem największego księgozbioru w całym kraju. Kiedy w 1814 roku Brytyjczycy spalili Waszyngton, a wraz z nim ówczesną, dość skromniutką bibliotekę, z pomocą przyszedł właśnie Jefferson - który jako prezydent przyczynił się do jej rozwoju.

Zwykło się mówić, że były prezydent ofiarował swój zbiór w prezencie - w rzeczywistości jednak sprzedał go, za 24 tysiące dolarów, czyli z grubsza za wysokość ówczesnej rocznej pensji prezydenta - dzisiaj wynoszącej 400 tysięcy dolarów. Nie był to może  majątek, ale też nie można chyba nazwać tego czynem charytatywnym. Tak czy owak, niewiele to Jeffersonowi pomogło - kiedy umierał w 1826 roku, 1,5 tysiąca tomów, których się w międzyczasie dorobił, musiano sprzedać na pokrycie długów. Kilkadziesiąt z nich odkryto parę lat temu na uniwersycie w Missouri. Lepiej na tym wyszła Biblioteka Kongresu, która z dnia na dzień zyskała prawie 6,5 tysiąca tomów - całkiem nieźle, zważywszy na to, że przed barbarzyńskim wyczynem Brytyjczyków liczyła zaledwie 3 tysiące pozycji. Niestety, dwie trzecie zbiorów Jeffersona przepadła w kolejnym pożarze, który w roku 1851 strawił Bibliotekę.

Swój ekslibris miał jednak pierwszy prezydent - George Washington - ze swoim herbem i mottem: cel uświęca środki.


Herbu używali też John Adams i jego syn, John Quincy Adams.



James Monroe i Martin van Buren woleli plakietki z imionami: Monroe uporządkowaną, a van Buren fikuśniejszą, jak na człowieka z fantazyjnymi bokobrodami przystało.



Generał Ulysses S. Grant, w podzięce za wygraną w wojnie secesyjnej trzymał w darze dużo książek z Biblioteki Publicznej w Bostonie - podówczas jeszcze największej biblioteki w całych Stanach. Razem z książkami otrzymał gotowe ekslibrisy.


Woodrow Wilson został bezdyskusyjnym zwycięzcą w kategorii najbardziej megalomański ekslibris dwustulecia.


William Taft i Calvin Coolidge cenili sobie motywy architektoniczne. 




Rooseveltowie, dalecy kuzyni Theodore i Franklin - używali swoich rodowych herbów, różniących się od siebie ułożeniem różyczek.  


Eleanor Roosevelt, żona Franklina, ale z domu też Rooseveltówna (bratanica Theodore'a), wolała coś bardziej fikuśnego - i patriotycznego.


U Kennedy'ego - urocze początki w dzieciństwie i pompatyczna nuda w Białym Domu. 

Na koniec odrobina fantazji dzięki uprzejmości Nelsona Rockefellera. Nie został on, co prawda, nigdy prezydentem, jedynie wiceprezydentem (choć nie, żeby nie próbował), ale jego ekslibrisy są jednymi z najfajniejszych. Kiedy znudził go pierwszy - o zaprojektowanie nowego poprosił przyjaciela - Picassa.

środa, 9 stycznia 2013

Epoka Nixona

Stulecie urodzin Ronalda Reagana dwa lata temu obchodzono z wielką pompą: dwumetrowy tort, pokryty tysiącami tak lubianymi przez "Gippera" żelków; pokaz lotniczy, składanie wieńców, przemówienia czołowych Republikanów etc. Dziś - właściwie bez echa - przypada setna rocznica urodzin innego republikańskiego prezydenta, który na prawie 30 lat aktywnie zdominował amerykańską scenę polityczną. 9 stycznia 1913 roku w kalifornijskim Whittier urodził się Richard Milhous Nixon, "jedyny amerykański prezydent wobec którego absolutnie nie sposób być obojętnym".



Jeśli zgodzimy się z klasyczną definicją tragedii, to Nixon był postacią tragiczną - człowiekiem nieprzeciętnym, obdarzonym niezwykłymi przymiotami intelektu, który nosił w sobie skazę, człowiekiem doprowadzonym do upadku przez swoją własną hybris. Powiedzieć o Nixonie, że był pełen sprzeczności, to nie powiedzieć nic. 


  • Niebywale inteligentny i oczytany, mistrz polityki zagranicznej, był równocześnie egocentrycznym, mściwym, zakompleksionym "seryjnym kolekcjonerem uraz", którego zgubiły paranoja i nieufność we własne siły. Paradoks tragiczny Nixona polegał na tym, że jego ludzie wcale nie musieli zakładać podsłuchu w sztabie Demokratów w kompleksie Watergate - jak miało się okazać, uwielbiany przez wyborców Nixon wygraną w 1972 roku miał w kieszeni.

  • Introwertyk w zawodzie ekstrawertyka. Wycofany, nieznoszący tego wszystkiego, co składa się na współczesną politykę - poklepywania po plecach, ściskania dłoni, całowania dzieci i ciągłego kontaktu z ludźmi - który nie był w stanie oprzeć się polityce i poświęcił jej całe swoje życie.

  • Jeden z pionierów nowego medium, jakim była wówczas telewizja, który do mistrzostwa opanował manipulację i wykorzystywanie telewizji do celów PR-owych (Checkers!), ale któremu do dziś pamięta się głównie przegraną (pod względem wizerunkowym, dodajmy) debatę z Kennedym w 1960 roku.

  • Mistrz politycznych powrotów, który po przegranych wyborach w 1960 i 1962 (gdy ubiegał się o fotel gubernatora Kalifornii), kiedy wszyscy wysłali go na polityczną emeryturę (z nim samym włącznie), po sześciu latach został kandydatem swojej partii na prezydenta i jako jedyny człowiek w USA dwukrotnie został wybrany wiceprezydentem i prezydentem.


    • Ucieleśnienie amerykańskiego konserwatyzmu, dla Nowej Lewicy wręcz faszysta i reakcjonista, planujący zdemontować Rooseveltowski New Deal i Johnsonowskie Great Society, którego administracja była jedną z najliberalniejszych w powojennej Ameryce. Wydatki federalne na programy społeczne wzrosły z 28 do 40 procent budżetu; czterokrotnie wzrosło federalne wsparcie dla sztuki i kultury poprzez National Endowment for the Arts, NEA; powstała też Agencja Ochrony Środowiska, EPA. Nie udało mu się - choć próbował -  wprowadzić powszechnej opieki zdrowotnej i programu zasiłku dla biednych.

    • Antysemita, który otaczał się Żydami (Hello, Henry). Umiejętnie grał na rasistowskiej nucie, ale to jego administracja de facto wprowadziła akcję afirmatywną i zdecydowanie wprowadzała desegregrację szkolnictwa.

    • Nixon był - obok senatora McCarthy'ego - symbolem  antykomunizmu lat 50. i odegrał swoją niechlubną rolę w polowaniach na czarownice, ale zarazem to właśnie on nawiązał stosunki z komunistycznymi Chinami i doprowadził do odprężenia w stosunkach ze Związkiem Radzieckim.




    Sprowadzanie Nixona tylko do roli dyżurnego złoczyńcy amerykańskiej prezydentury - a tak, zazwyczaj funkcjonuje w kulturze popularnej - jest ogromnym uproszczeniem, na które jednak - co trzeba przyznać - Nixon w dużej części zapracował. Nie sposób jednak przecenić jego wpływu na kształt dzisiejszej polityki Stanów Zjednoczonych i nie jest przesadą określenie drugiej połowy XX wieku mianem "epoki Nixona", którego użył Bob Dole w mowie pogrzebowej byłego prezydenta.


    • To Nixon zakończył wymienialność dolara na złoto, rozmontowując tym samym powojenny system z Bretton Woods - na dobre i na złe. O tym, jak bardzo zmieniło świat (i Amerykę szczególnie) "otwarcie" Chin, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć
    • To Nixonowska "południowa strategia" doprowadziła do tego, że Południe stało się bastionem Republikanów, którzy w dodatku coraz bardziej skręcili na prawo, czego skutki możemy dziś obserwować w całej rozciągłości.
    • To Nixon odpowiada za dzisiejszy podział na Amerykę "czerwoną" i "niebieską", demokratyczną i republikańską, konserwatywną "milczącą większość" (za której czempiona się uważał) i wspieraych przez "mainstreamowe media" "liberałów", dwie Ameryki, które się nie znoszą i boją się siebie nawzajem.
    • To Nixonowska wizja "imperialnej prezydentury", jeszcze bardziej poszerzającej uprawnienia prezydenta, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej, (Jeśli prezydent coś robi, to znaczy, że nie jest to nielegalne) zdominowała dziś myślenie o Białym Domu. Dzisiejsza prezydentura - jak widać nie tylko na przykładzie Busha juniora, ale też Obamy i jego dronów w Afganistanie - zawdzięcza bardzo wiele Nixonowi.

    Mimo swojego znaczenia (a może po części też właśnie z jego powodu) Nixon stał się dla wszystkich - Republikanów czy Demokratów - postacią niewygodną, o której lepiej nie przypominać za często. Podważa wiarę w nieomylność i doskonałość amerykańskiego ustroju, ba, jest najlepszym przykładem wad tego systemu: pokazujac zagrożenia jakie niesie ze sobą zbyt silna prezydentura czy podając w wątpliwość zdrowy rozsądek amerykańskiego elektoratu ("jakim cudem wybraliśmy go aż dwa razy?").

    "Kiedy patrzą na ciebie", mówi grany przez Anthony'ego Hopkinsa Nixon w filmie Olivera Stone'a, patrząc na portret Kennedy'ego, "widzą  tego, kim chcieliby być. Kiedy patrzą na mnie, widzą kim są".


    sobota, 24 listopada 2012

    Teksasie, dziel się sam!

    Pierwsza Poprawka do amerykańskiej konstytucji daje każdemu obywatelowi prawo do "wnoszenia do rządu petycji o naprawę krzywd". Dziś, petycje do Białego Domu można składać na stronie internetowej, a rząd federalny zobowiązuje się do udzielenia oficjalnej odpowiedzi na te, które zebrały co najmniej 25 tysięcy podpisów. Ludzie apelują o różne rzeczy - o impeachment Obamy, o legalizację marihuany, o wprowadzenie znanego z "Sędziego Dredda" systemu "sędziów", a nawet o komisję międzynarodową do zbadania katastrofy w Smoleńsku (sic!).

    Po reelekcji Baracka Obamy głośno się ostatnio zrobiło o petycjach, jakie złożyli rozczarowani mieszkańcy kilkunastu (jeśli nie kilkudziesięciu) stanów, domagających się prawa do odłączenia się od Stanów Zjednoczonych. Większość z nich ma poparcie podobne jak petycja o "pokojowe wystąpienie" Alderaanu z Galaktycznego Imperium (bo i taka była), ale próg 25 tysięcy przekroczyły już petycje Alabamy, Tennessee, Północnej Karoliny, Florydy, Luizjany, kilka innych "czerwonych" stanów jest blisko.

    Największą popularnością cieszy się (co nie zaskakuje) "pokojowa secesja" Teksasu. Domaga się jej już ponad 116 tysięcy obywateli. Choć dominują Teksańczycy, to jednak nie brakuje podpisów z reszty kraju, co może oznaczać, że pomysł oddzielenia Teksasu od reszty kraju podoba się ludziom z różnych powodów - część może i kibicuje Teksasowi w jego walce o niepodległość, ale zapewne nie brakuje też liberałów, którzy po prostu najchętniej pozbyliby się konserwatywnego Teksasu w ogóle. 


    W petycji w sprawie Georgii czytamy, że stan ten chce "odłączyć się od USA, tak jak Południe od Unii w 1860 roku". Pomijając już błędną datę (Georgia dokonała secesji w styczniu 1861 roku, a Konfederacja powstała w lutym), powoływanie się na TĘ secesję jest chyba kiepskim pomysłem. Po pierwsze, jak doskonale wiemy, nie wyszło. Po drugie, powód secesji był mało chwalebny - chęć utrzymania za wszelką cenę niewolnictwa. Po trzecie, wreszcie, secesja była  nielegalna. Konstytucja nie daje bowiem stanom prawa do wystąpienia z Unii - NAWET Teksasowi.

    Teksańczycy lubią powoływać się na swój jakoby szczególny status, gdyż przez pewien czas niepodległym państwem (tak, tak, mieli nawet ambasady w Paryżu i Londynie). 1/3 mieszkańców tego stanu uważa, że mają prawo sami zdecydować o własnej niepodległości, gdyż na takich warunkach przystąpili do Stanów Zjednoczonych. 


    Po pierwsze, nie są wcale jedyni, bo niepodległym państwem (ba, królestwem!) były wcześniej Hawaje, a nawet Vermont. Po drugie zaś, kiedy w 1845 roku Teksas przyjmowano do Unii, nie przyznano mu prawa do wystąpienia z niej, tym bardziej jednostronniePotwierdził to w 1869 roku Sąd Najwyższy, uznając, że secesja Teksasu razem z innymi południowymi stanami była nielegalna. Niby wszystko jasne - ale jednak nie wszystko.

    Teksas ma bowiem inne prawo - rezolucja Kongresu, na mocy której dokonano aneksji dała Teksasowi możliwość podzielenia się na kolejne stany i to bez pytania o zgodę Kongresu. Teoretycznie, może powstać pięć Teksasów. O ile liczba głosów w Izbie Reprezenantów nie uległaby zapewne zmianie, o tyle w Senacie mogłoby zasiąść ośmiu kolejnych teksańskich senatorów. 

    Żeby było zabawniej, do tej pory na ten punkt rezolucji powoływali się jedynie Demokraci - w 1930 roku kongresmen John Nance Garner (późniejszy wiceprezydent u boku Roosevelta) zaproponował stworzenie Wschodniego Teksasu, Zachodniego Teksasu, Północnego Teksasu, Południowego Teksasu i Centralnego Teksasu. Uważał, że w ten sposób zakończyłaby się dominacja Wschodniego Wybrzeża, a Południe zyskałoby "należyty respekt i uznanie".


    O to samo mogłoby chodzić dzisiejszym Republikanom. Albo konserwatywny Teksas zyskałby na znaczeniu, albo Waszyngton pozwoliłby mu spokojnie się uniezależnić, żeby nie    ryzykować dominacji Republikanów. Tom DeLay, Teksańczyk i były szef GOP w Izbie Reprezentantów (a później śmieszny pan z Tańca z gwiazdami) stwierdził, że gdyby jego stan powołał się na tę klauzulę, "Stany Zjednoczone nas wykopią. Oto jak się dokonuje secesji!" 

    Czy jednak rzeczywiście piątka nowych Teksasów byłaby aż tak republikańska?  
     W 2009 roku, Nate Silver opracował BARDZO interesującą analizę z której wynika, że wcale niekoniecznie, a dramatyczna porażka Romneya wśród Latynosów przypomniała, że przyszłość Teksasu jako bastionu GOP stoi pod znakiem zapytania.


    Choć gubernator Rick "Oops" Perry (który jeszcze kilka lat temu zbijał kapitał polityczny na secesjonistycznych sentymentach) wezwał do zachowania Unii, szef TNM, Texan Nationalist Movement, jednego z kilku teksańskich ruchów niepodległościowych (bo one też się dzielą), który porównuje się do Gandhiego (sic), już odtrąbił wielki sukces ("stajemy się mainstreamem!") i planuje w styczniu 2013 roku marsz poparcia dla niepodległości.

    Dobrze jednak pamiętać, że prawo do składania petycji jest jednak obosieczne. Na stronie Białego Domu pojawiły się wnioski mieszkańców miast (Austin w Teksasie i Atlanty w Georgii) domagających się, by - w razie secesji ich stanów - miasta te mogły dokonać własnych secesji i pozostać częścią USA. Kilka tysięcy osób podpisało też petycje w których proszą, by secesjonistów "pozbawić obywatelstwa i deportować". Pokojowo, oczywiście.

    piątek, 2 listopada 2012

    Absurdy kolegium elektorskiego

    Parę lat temu, wydobyty z zapomnienia Kevin Costner zagrał w filmie Swing Vote (Najważniejszy głos). Historia jest prosta - w wyniku błędu maszyny, los czterech głosów elektorskich Nowego Meksyku spoczywa w ręku "zwykłego człowieka", prostaczka-o-złotym-sercu. Zanim ponownie odda swój głos - od którego zależy wynik całych wyborów prezydenckich - o jego poparcie osobiście zabiegają obaj kandydaci, Kelsey Grammer i Dennis Hopper (sic)Film kończy się w najlepszym (najgorszym?) amerykańskim stylu: Costner udaje się do budki wyborczej. Nie dowiadujemy się na kogo głosuje, ale już samo to, że oddaje swój głos, ma być dla nas - widzów - koronnym dowodem na to, że Ameryka jest najwspanialszą demokracją na świecie. 



    Absurd sytuacji w której w kraju liczącym ponad 300 milionów mieszkańców o wyniku wyborów może zdecydować jeden człowiek, jakoś twórcom filmu umyka. Umyka też, niestety, większości polityków, którzy z uporem godnym lepszej sprawy, obstają przy istniejącym systemie, który - owszem, miał może sens dwieście lat temu, kiedy nie pozwalał dużym stanom zdominować małych - ale dziś prowadzi wyłącznie do absurdalnych sytuacji.

    1.
    W co najmniej 40 stanach wynik wyborów jest już dawno doskonale znany. Jeśli jesteś Republikaninem z "niebieskiego" stanu albo Demokratą z "czerwonego", twój głos nie ma najmniejszego znaczenia. Czasem trudno pojąć po co w ogóle Demokraci w Teksasie albo Republikanie w Kalifornii fatygują się do urn wyborczych i oddają te swoje 35-45 procent głosów. Zresztą, nawet kalifornijscy Demokraci czy teksańscy Republikanie nie mieli by pewnie nic przeciwko temu, żeby ich głosów nie brano za coś oczywistego i raz na cztery lata chcieliby choć zobaczyć swojego kandydata - nie tylko wtedy, kiedy przyjeżdża po pieniądze na prowadzenie kampanii gdzie indziej.


    2.
    Kampania wyborcza toczy się bowiem tylko w siedmiu czy ośmiu stanach o których słyszymy do znudzenia: Floryda, Kolorado, Wirginia, Iowa, Nowy Meksyk, Nevada, może jeszcze Karolina Północna, no i - oczywiście - Ohio. To tam ściska się dzieci, zmywa naczynia, i obiecuje gruszki na wierzbie.


    3.
    Jakby tego było mało, ostatecznie i tak liczy się głos zaledwie znikomego ułamka ogółu wyborców. I nie jest to żadna figura retoryczna. Wyborcy wyżej wymienionych stanów, tzw. swing states, od dłuższego czasu też są podzieleni prawie po równo, 48% jest za Obamą, 48% za Romneyem. Liczy się głos jakichś 4% tzw. "niezdecydowanych", którzy po roku kampanii wciąż nie widzą różnicy między oboma kandydatami. 4% zarejestrowanych wyborców w wymienionych stanach (około 65% z ok. 61 milionów), to jakieś 1,5 miliona ludzi, czyli 0,5% całej ludności kraju. I to własnie oni zdecydują o wyniku wyborów - po tym, jak obaj kandydaci wydadzą na nich łacznie jakieś 2 miliardy dolarów.

    4.
    Co się jednak stanie jeśli wyborcy jednego z TYCH stanów nie są w stanie się zdecydować? Szansa, że decyzja spadnie na barki Kevina Costnera jest właściwie żadna. Wtedy zaczyna się  ponowne liczenie głosów i całe to szaleństwo, które pamiętamy z 2000 roku, kiedy przez niedokładnie przedziurkowane karty do głosowania na Florydzie o wyborze George'a W. Busha de facto zadecydował Sąd Najwyższy, mimo iż w powszechnym głosowaniu wygrał Al Gore. "New York Times" szansę na ponowne liczenie głosów w tegorocznych wyborach w którymś z kluczowych stanów - np. Ohio - szacuje na jakieś 10%.


    5.
    To nie wszystko. Jak co cztery lata, na dwa tygodnie przed wyborami amerykańskie portale internetowe zajmujące się polityką przejęły się nagle groźbą remisu w kolegium elektorskim: po 269 głosów dla każdego z kandydatów. Teoretycznie szansa na taki wynik jest niewielka - "New York Times" oszacował ją na 1% - ale nie niemożliwa. Kombinacji dających taki wynik jest sporo, w większości zupełnie nierealnych, ale już całkiem prawdopodobny scenariusz wygląda tak:


    Co wtedy? Ojcowie założyciele, w swej nieskończonej mądrości, wzięli pod uwagę sytuację w której żaden z kandydatów nie ma przewagi w kolegium. Prezydenta wybiera wówczas Izba Reprezentatów (ale też stanami), a wiceprezydenta senatorowie (indywidualnie): wynik głosowania powszechnego też nie ma żadnego znaczenia. Gdyby zatem doszło do remisu w tym roku, w styczniu 2013 roku mielibyśmy najprawdopodobniej prezydenta Romneya i wiceprezydenta Bidena. Zaiste, najdoskonalsza demokracja na ziemi w działaniu.

    Jakby to ujął Joe Biden:


    Jest jednak nadzieja. Choć Kongres nie kwapi się do działania, stany - w których interesie rzekomo jest utrzymywanie kolegium elektorskiego - zaczęły działać na własną rękę. Na razie przede wszystkim te, które mają dość bycia kompletnie ignorowanymi.

    W ostatnich latach Illinois, Kalifornia, Hawaje, New Jersey, Vermont, Maine Waszyngton i Maryland podpisały National Popular Vote Interstate Compact, NPVIC, porozumienie w ramach którego zdecydowały, że oddadzą swoje głosy elektorskie zwycięzcy głosowania powszechnego - bez względu na wynik w ich stanie. W ten sposób uda się obejść konstytucję, nie łamiąc jej. Rzecz jasna, następnym krokiem byłoby wówczas przegłosowanie stosownej poprawki. 

    Porozumienie wejdzie jednak w życie dopiero wtedy, kiedy przystąpią do niego stany mające w sumie 270 głosów elektorskich. Na razie mają prawie połowę - 132 głosy. Kilka dużych stanów zabierze stanowisko jeszcze w tym roku, w wielu innych porozumienie zostało przyjęte przez jedną z izb stanowych legislatury, ale upadło wyżej - zazwyczaj zawetowane przez republikańskich gubernatorów. Komitet Krajowy Partii Republikańskiej wyraźnie wypowiedział się przeciwko jakimkolwiek zmianom istniejącego systemu, odwołując się - a jakże - do woli Ojców Założycieli.

    Politykom GOP warto przypomnieć, że od 1787 roku zmieniono sposób wyboru wiceprezydenta (12. poprawka) i senatorów (17. poprawka), przyznano prawo głosu czarnym (15. poprawka), kobietom (19. poprawka) i osiemnastolatkom (26. poprawka), zrezygnowano z cenzusu (lata 20. XIX wieku). Nie bardzo wiadomo zatem dlaczego nie można by podziękować czcigodnym elektorom. Zwłaszcza, że w badaniach opinii publicznej popiera to około 70% wyborców. Nie bardzo wierzę w to, że za cztery lata będzie już po systemie elektorskim, ale może chociaż w czasie kampanii wyborczej 2020 roku mieszkańcy Wyoming, Marylandu i Utah zobaczą wreszcie kandydatów na własne oczy.

    sobota, 13 października 2012

    Ćwicz z Ryanem!

    Jeszcze trochę o łatwości z jaką wiceprezydenccy kandydaci upodabniają się do własnych karykatur. 

    Republikanie od razu zareagowali na śmichy-chichy Bidena, wypuszczając klip uderzający w znany ton: "Joe Biden jest niepoważny i śmieje z istotnych spraw".

    To jednak nic w porównaniu z tym, co sam zrobił sobie Paul Ryan. Republikański kongresmen, znany ze zdrowego trybu życia, uprawiania sportów i biegania w maratonach (no, w jednym), rok temu wystąpił w "sportowej" sesji zdjęciowej dla magazynu "Time", gdzie prezentował swój słynny zestaw ćwiczeń, P90X. Zdjęcia zostały opublikowane w czwartek i już porównuje się do fotografii Dukakisa w czołgu czy Kerry'ego w stroju plemnika, o których pisałem wcześniej.




    Pozornie wszystko w porządku: sportowy strój, słuchawki w uszach, w rękach hantle, niby normalna wizyta na siłowni. Ale wszystko to sprawie wrażenie cokolwiek dziwaczne: siedzi w czymś co przypomina bluebox, choć zdjęcia zostały zrobione we wnętrzu, Ryan ma na głowie czerwoną bejsbolówkę (w dodatku, z niewiadomych przyczyn, odwróconą), a hantle podnosi z miną no cóż... niezbyt mądrą. Jasne, mało kto wygląda inteligentnie dźwigając ciężary, ale nie każdy przypomina "chłopca z niskobudżetowego boysbandu". 

    Republikanie oburzyli się, oczywiście, że "Time" opublikował je właśnie teraz, w dniu debaty, i rzeczywiście, trudno zrozumieć dlaczego zwlekano z nimi aż rok. Z drugiej strony, są to zdjęcia na których zrobienie Ryan sam się zgodził, z pewnością je też autoryzował. Jeśli sam się nie zorientował, że wygląda idiotycznie i niepoważnie, dlaczego nie powiedział mu tego żaden z jego ludzi? 

    Póki co, nie wiadomo, ale FoxNews na pewno znajdzie na to odpowiedź i jestem pewien, że ostatecznie winny okaże się Obama. 

    piątek, 12 października 2012

    Foghorn Leghorn kontra Doogie Howser

    Wszyscy ostrzyli sobie zęby na wczorajszą debatę wiceprezydencką - i słusznie, starcie starego wygi z młodym wilczkiem jest interesujące samo w sobie, a co dopiero, kiedy naprzeciwko siebie stają Joe Biden i Paul Ryan. 

    Według Republikanów pierwszy jest "maszyną do popełniania gaf", wiejskim głupkiem, który ośmiesza urząd wiceprezydenta (jeśli przypadkiem to nie jest oksymoron). Dla Demokratów Ryan to bezwzględny "król liczb", wyznawca Ayn Rand, który w chwilach wolnych od pakowania na siłowni bilansuje budżet zrzucając babcię z urwiska.


    W czasie debaty Biden był agresywniejszy, przerywał Ryanowi, a przede wszystkim ciagle szczerzył zęby i wybuchał głośnym śmiechem, kpiąco reagując na wypowiedzi Republikanina. Chodziło oczywiście o to, by zatrzeć złe wrażenie po niezbyt imponującym (i nazbyt koncyliacyjnym) występie Obamy. Zachowanie Bidena bywało irytujące, ale było skuteczne - to on nadawał ton debacie, parę razy udało mu się zagiąć Ryana i to jego większość komentatorów (i sondaży) uznała za zwycięzcę, zgodnie z regułą wedle której wygranym jest ten, kto zachowuje się bardziej bojowo.

    Z kolei Ryan dał się zahukać i nie wyglądał jak mózg swojej partii, którym rzekomo jest.    Przy Bidenie sprawiał raczej wrażenie niedoświadczonego młodzieniaszka, którego wiceprezydent nieustannie określał jako "mojego przyjaciela" - niby grzecznie, ale przecież lekceważąco. Kiedy próbował być spokojny i merytoryczny, gubił się i odpowiadał trochę automatycznie. Kiedy próbował być arogancki - jak to miewa w zwyczaju - trafiał na lepszego od siebie. 

    Jonathan Martin z Politico celnie określił wiceprezydencką debatę jako starcie Foghorna Leghorna, agresywnego koguta z kreskówek Looney Tunes i Doogiego Howsera, przemądrzałego małego geniuszka z serialu o którym pewnie mało kto dziś pamięta.


    Zaiste, Biden i Ryana bardzo łatwo sprowadzić do roli karykatury, ale trzeba uczciwie przyznać, że obaj robią wiele, żeby tak było. Za to przynajmniej dostaliśmy niezłe widowisko,  pozbawione - jak uczy nas historia wiceprezydenckich debat - większego znaczenia dla wyników głosowania 6 listopada.

    poniedziałek, 24 września 2012

    Wiceprezydentki rządzą!

    Nagrody Emmy rozdane. Porażka "Mad Menów" zupełnie niezrozumiała, ale za to cieszy sukces Julii Louis-Dreyfus Julianne Moore. Pierwsza, za rolę wiceprezydent Seliny Meyer w Veep została najlepszą aktorką w serialu komediowym, a druga najlepszą aktorką w filmie telewizyjnym za rolę nieomal-wiceprezydent Sary Palin w Game Change. I like!




    sobota, 18 sierpnia 2012

    Hillary i Joe: zamiana miejsc, która nie nastąpi

    Od lat wszyscy wiedzą, że Joe Bidenowi zdarza się powiedzieć coś nie na miejscu, bez zachowania politycznej poprawności, a czasami po prostu od rzeczy. W sytuacji w której polityka - szczególnie amerykańska - jest jednak tak silnie zrytualizowana, Biden wnosi pewną autentyczność i szczerość.

    Kiedy parę dni temu powiedział do grupy wyborców (w dużej mierze czarnych), że pod rządami Romneya "Wall Street zakuje Was z powrotem w kajdany" Republikanie rozpętali histerię. Komentarz wiceprezydenta odnosił się do słów Paula Ryana o konieczności "zrzucenia kajdanów krępujących gospodarkę", ale można go uznać za niestosowny, zwłaszcza zważywszy na kontekst. Okazuje się jednak, że Joe Biden nie tyle ma za długi język, ile jest prawdziwym rasistą. Cóż, trzeba przyznać, że to odważny zarzut ze strony partii, która ma w Kongresie jednego czarnoskórego przedstawiciela, a i to tylko dopiero od zeszłego roku. 

    Wielkim zaskoczeniem okazało się również to, że Republikanów żywotnie interesuje dobro prezydenta Obamy i skuteczność jego kampanii wyborczej. Senator John McCain stwierdził, że "byłoby mądrze" zastąpić Bidena kimś innym, Sarah Palin zasugerowała Hillary Clinton (sic), a prawicowe blogi rozpisały się o tym, jak bardzo Biden nie nadaje się na stanowisko wiceprezydenta. No cóż, kolejny poważny zarzut ze strony partii, która wybierała na to stanowisko takie tuzy intelektu, jak Spiro Agnew, Dan Quayle czy rzeczona Sarah Palin.

    Teoretycznie byłoby to możliwe, choć ostatni przypadek wymiany wiceprezydenta miał miejsce w 1944 roku i zrobił to Franklin D. Roosevelt, (zastępując nieco zbyt liberalnego Henry'ego Wallace'a Harrym Trumanem), ubiegający się wówczas o czwartą kadencję i mogący sobie na taki ruch pozwolić. Obama nie jest jednak w tak komfortowej sytuacji, a na trzy tygodnie przed konwencją partyjną wyglądałoby to na ruch desperata - zupełnie niezrozumiały w sytuacji, w której konsekwentnie prowadzi w sondażach.

    Tak czy inaczej, w internecie radośnie wrócono do ubiegłorocznych spekulacji na temat ewentualnej zamiany stanowisk między Bidenem i Hillary. Rzecznik pani sekretarz stanu, zmęczony nieustannym zaprzeczaniem jakoby jego szefowa spotkała się w sprawie wiceprezydentury z doradczynią Obamy, Valerie Jarrett, wystosował takie oto oświadczenie:

    To nie miało miejsca.
    Nie jadły lunchu.
    Nie jadły żadnego innego posiłku.
    Nie spotkały się w tym miesiącu.
    Nie spotkały się w poprzednim miesiącu.
    Nie spotkały się w 2012 roku.
    Nie spotkały się w latach 2011, 2010 i 2009
    To się nie dzieje.


    Aha, jest jeszcze jeden BARDZO dobry powód dla którego za trzy tygodnie w Charlotte Biden zostanie nominowany ponownie - zbyt dużo wyprodukowano już chorągiewek, czapeczek, t-shirtów, kubków, przypinek, ubranek dla psów, futerałów na iPhone'y oraz setek innych rzeczy z napisem OBAMA-BIDEN, do kupowania których  codziennie zachęca mnie mailem sztab Obamy.

    sobota, 11 sierpnia 2012

    "Intelektualny przywódca partii" numerem 2

    Na pokładzie pancernika "Wisconsin" w Norfolk, w Wirginii, przy dźwiękach czegoś, co brzmiało jak muzyka Hansa Zimmera, Mitt Romney ogłosił swój wybór kandydata na wiceprezydenta - Paula Ryanakongresmena z Wisconsin. I nagle stał się cud: wszyscy są zadowoleni.


    Zadowoleni są Republikanie. Fox News ogłasza, że to "odważny ruch", że Ryan jest nie tylko młody, charyzmatyczny (o wiele bardziej od Romneya, nawiasem mówiąc) i lubiany przez Tea Party, ale też niebywale inteligentny. Porównują go do Kennedy'ego i - oczywiście - Reagana.

    Zadowoleni są Demokraci. Intelektualne przywództwo Ryana polega nie tylko na tym, że lubi (a przynajmniej lubił) Ayn Rand, ale przede wszystkim na tym, że jest autorem budżetowego planu GOP, nazwanego górnolotnie Path to Prosperity, który opiera się na obniżkach podatków dla najbogatszych i cięciach w wydatkach budżetowych, w tym znacznej modyfikacji Medicare. To w odpowiedzi na niego jakiś czas temu Demokraci stworzyli bardzo nieelegancki klip w którym ktoś bardzo podobny do Ryana spycha starszą panią z urwiska.


    Dla sztabu Obamy wybór Ryana jest świetną wiadomością, gdyż doskonale wpisuje się w przyjętą przez Demokratów narrację: Romney jest kandydatem starych, zawodnych metod, które nie mogą naprawić sytuacji gospodarczej, gdyż to właśnie one są odpowiedzialne za kryzys. Ryan sprawia, że w kampanii pojawia się kolejny temat niezbyt wygodny dla Republikanów - zakusy GOP na Medicare, popularną także wśród republikańskich wyborców. Jako żywo, zdobycie głosów starszych ludzi (pozdrowienia z Florydy) będzie teraz naprawdę niełatwym zadaniem dla sztabu Romneya.

    Wybór Ryana jest - także  z tego powodu - dość zaskakujący. Od dawna wszyscy powtarzali do znudzenia (i ja także), że wiceprezydenckim kandydatem będzie zapewne senator Portman albo gubernator Pawlenty - stało się to jednak wiedzą tak powszechną, że - jak widać z perspektywy - po prostu nie mogło nastąpić, gdyż zostałoby przyjęte najwyżej ze wzruszeniem ramion.

    Przegrywający w sondażach kandydat Republikanów potrzebował kogoś zaskakującego, nowego, młodszego, bardziej konserwatywnego i popularniejszego wśród partyjnej bazy. Wszyscy pamiętamy jak skończyło się to cztery lata temu, mimo początkowego entuzjazmu na prawicy - włącznie z namaszczaniem na "nowego Reagana".

    O ile jednak świeżo upieczona gubernator Alaski była nikim, zasiadający w Kongresie od wielu lat Ryan rzeczywiście jest - jak określił go sam Romney - "intelektualnym przywódcą partii". Należałoby jednak zadać pytanie - dlaczego rzekomy "intelektualny lider partii", który narzuca linię programową całej partii startuje tylko na wiceprezydenta? Nic dziwnego, że przedstawiając go, Romney pomylił się i nazwał "następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych". 

    Być może za cztery lata (jeśli Romney przegra), albo za osiem (jeśli wygra), Ryan stanie się rzeczywistym liderem partii - tak, jak w ostatnich latach to poglądy Sary Palin, a nie McCaina stały się obowiązującymi poglądami Partii Republikańskiej. Na razie jednak, Amerykanie wybierają między Obamą a Romneyem. I tyle. Paul Ryan - jak żaden wiceprezydencki kandydat - nie będzie miał żadnego znaczenia dla ostatecznego wyniku wyborów.

    wtorek, 17 lipca 2012

    Senator i kurczak

    Nieoczekiwany przypis do poprzedniego posta. Przed państwem jeden z dwóch finalistów na stanowisko wiceprezydenta u boku Mitta Romneya, senator Rob Portman z Ohio, naśladuje kurę. Wieść głosi, że Portman, powszechnie uważany za strasznego nudziarza, potrafi także dobrze udawać inne ptaki. Imponujące, trzeba przyznać.

    sobota, 14 lipca 2012

    Finał zabawy

    Ani się człowiek spostrzegł, a tu powoli już dobiega końca gra w "veepstakes". Choć konwencja partyjna dopiero pod koniec sierpnia, sztab Romneya zasugerował, że już niebawem ich kandydat ogłosi, kogo wybrał na swojego wiceprezydenta.

    W tym roku sytuacja jest o tyle niecodzienna, że na giełdzie nazwisk nie pojawiają się w ogóle inni uczestnicy prawyborów. Do tej pory zwycięzca nierzadko wybierał sobie na kompana jednego z pokonanych kolegów (Reagan, Clinton, Kerry) - a przynajmniej rozważał taką możliwość. Tym razem nie ma kogo wybierać - jak w "Hunger Games": w świetle kamer uczestnicy skoczyli sobie do gardeł i powyrzynali się wzajemnie, aż na placu boju pozostał tylko jeden, bardzo pokiereszowany zwycięzca. Mowy nie ma zatem o żadnym Santorumie czy Gingrichu.


    To sprawiło, że w tej wesołej zabawie uczestniczyli niemal wszyscy. Media wyrzucały z siebie listy nazwisk, czasami zupełnie przypadkowych, i domagały się komentarzy.




    W kolejnym etapie słuchaliśmy o tym, kto jest "vetted" czyli sprawdzany pod kątem ewentualnej nominacji. Innymi słowy - czy nie ma kochanki/kochanka, czy nie oszukuje na podatkach, czy nie zatrudnia nielegalnie gosposi, czy nie powiedział kiedyś czegoś STRASZNIE głupiego, etc. Twist zabawy polega na tym, że i tak właściwie nie ma jak sprawdzić kto jest, a kto nie jest prześwietlany, toteż wszystkie strony mogą mówić, co im się żywnie podoba. 

    Jeśli zatem jest się ambitnym politykiem średniego szczebla, można łatwo pozyskiwać punkty do znaczenia, rozpoznawalności i obecności w mediach. Równocześnie stosuje się jednak formułkę "jestem bardzo zaszczycony/a, że jestem prześwietlany, ale dalej chcę pracować na zajmowanym stanowisku (gubernator/senator), bo tak obiecałem/am wyborcom...", za pomocą której zdobywa się punkty do odpowiedzialności i oszczędza sobie wstydu, gdyby okazało się, że nie przeszło się do etapu następnego. Jeśli jest się kimś ważnym, a przy tym rzeczywiście zainteresowanym wiceprezydenturą, po wygłoszeniu standardowej formułki należy dodać, że "dałoby się przekonać".

    Jeśli się jest Romneyem, można z kolei podsycać zainteresowanie różnymi kandydatami w zależności od potrzeb. Kiedy pojawia się jakiś sondaż, w którym Romney na słabe notowania u kobiet, zwraca się uwagę, że "na liście" jest przecież dużo kobiet - Nikki Haley, Kelle Ayotte, Susana Martinez - a żona Romneya mówi, że jej mąż "rozważa wybranie kobiety na wice". To "rozważanie" jest w ogóle wygodną formułką.

    Kiedy tematem są problemy Republikanów z latynoskimi wyborcami, częściej  mówi się o Marco Rubio i wspomnianej już Martinez, gubernator Nowego Meksyku. To ma pokazać, że Romney i GOP są wrażliwi na sprawy tej grupy i poważnie rozważają wybranie latynoskiego VP, ale to, że padają tylko dwa nazwiska, pokazuje raczej jak krótka jest "latynoska ławka" Republikanów.

    Czasami zabawa jest aż nazbyt przejrzysta. Po tym, jak kilka dni temu Romney został wybuczany na spotkaniu z NAACP (Krajowym Stowarzyszeniem na rzecz Awansu Ludności Kolorowej), nagle na giełdzie wiceprezydenckiej pojawiła się Condoleezza Rice. Pal sześć, że jak na dzisiejsze standardy GOP jest ona bez mała socjalistką (pro-choice, popiera związki partnerskie, groza) - po wpadce na spotkaniu NAACP sztab Romneya za wszelką cenę chce pokazać, że ich kandydat "rozważa wybranie czarnej osoby", a Condi Rice jest JEDYNĄ rozpoznawalną czarną osobą w szeregach Republikanów. 

    Oczywiście, media czasem utrudniają zabawę - obu stronom - donosząc, że dana osoba wcale nie jest "vetted" przez sztab Romneya. Dla kandydata jest to policzek, bo okazuje się, że nawet nie zakwalifikował się do półfinału. Dla Romneya - problem, bo okazuje się, że pomimo zapewnień, wcale nie bierze pod uwagę tego latynosa czy tej kobiety.

    Dziś, zbliżając się do finału, słyszymy już tylko o "krótkiej liście", na której mają znajdować się cztery nazwiska:
    • Paul Ryan, kongresmen z Wisconsin, ten od planu oszczędnościowego GOP,
    • Bobby Jindal, gubernator Luizjany, 
    • Tim Pawlenty, były gubernator Minnesoty,
    • Rob Portman, senator z Ohio. 
    Jak widać - żadnej kobiety, żadnego latynosa, żadnego Afroamerykanina, mniejszości reprezentuje przynajmniej Jindal - z pochodzenia Hindus. 


    Ponieważ ja również bawię się w "veepstakes", obstawiam któregoś z nudziarzy - Pawlenty'ego albo Portmana, od którym od dawna mówiło się, że zostanie VP Romneya. Nie przyćmi szefa, jest z kluczowego Ohio, ma doświadczenie. Z kolei Pawlenty jest z Minnesoty, która też jest ważna, nie brakuje mu doświadczenia i jest odrobinkę ciekawszy od Portmana. Cztery lata temu znalazł się nawet na "krótkiej liście" McCaina, ale ostatecznie wybór padł na wszyscy-wiemy-kogo z wiemy-jakim-skutkiem. Przypuszczam zatem, że Romney nie popełni tego samego błędu i wybierze kogoś bezpiecznego. Choć, jak wiemy, w tej zabawie zdarzają się i niespodzianki, to tegoroczna nie nazywa się ani Condi Rice, ani Marco Rubio, ani (chyba) Bobby Jindal.