Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 kwietnia 2013

"Sheeeeeee-it!"

Bardzo lubię te sytuacje, kiedy polityka w kulturze popularnej trafnie coś przepowie, oswoi ludzi z czymś, co do tej pory było jedynie czystą fikcją. Jak choćby wtedy, kiedy w West Wing prezydentem zostawał znany, ale charyzmatyczny przedstawiciel mniejszości, latynoski kongresmen Matt Santos, a rok później w prawdziwych wyborach prezydenckich zwyciężył czarnoskóry senator Barack Obama. Zdarza się jednak tak, że - trawestując Marksa - kultura popularna powtarza się w realnym życiu jako farsa. Pisałem ostatnio o prezydenckich planach Santoruma i Gingricha jako niezamierzonej parodii komedii My Fellow Americans. Tym razem Nowy Jork dostarczył nieśmiesznej wariacji na temat seriali The Wire i Boss, z miejscową wersją  znanego dobrze widzom The Wire skorumpowanego senatora Claya "Sheeeeee-it" Davisa w roli głównej.


We wtorek FBI aresztowało stanowego senatora Malcolma Smitha, Demokratę, który próbował kupić sobie republikańską (sic!) nominację w tegorocznych wyborach burmistrza Nowego Jorku. Wedle starego prawa, żeby wystartować w prawyborach GOP (do której Smith nie należy), potrzebował głosów Republikanów w trzech z pięciu dzielnic Nowego Jorku - miał to załatwić inny aresztowany, republikański radny, Daniel Halloran, w zamian za stanowisko wiceburmistrza (albo wiceszefa policji) w przyszłej administracji Smitha. Póki co, wszystko brzmi jeszcze dość sensownie, ale jeśli zagłębić się w szczegóły, cała intryga budzi raczej uśmiech politowania. 

pan Smith jedzie do aresztu

Szanse Smitha na wygraną w wyborach były (a teraz są już na pewno) bliskie zera - bez względu na to w barwach jakiej partii by startował. W prawyborach Demokratów w ogóle nie zamierzał uczestniczyć, wiedząc doskonale, że wygra je najprawdopodobniej Christine Quinn, przewodnicząca rady miasta. W prawyborach republikańskich miałby może jakieś szanse, ale  i tak marne, w porównaniu z dwoma innymi, znacznie bogatszymi od niego kandydatami. Wreszcie, gdyby nawet zdobył ostatecznie republikańską nominację - nie miałby żadnych szans w ostatecznej konfrontacji z Quinn, która od pewnego już czasu wygraną ma praktycznie w kieszeni. 

Republikanie są w Nowym Jorku (mieście) prawie na wymarciu. Halloran, mózg całej operacji, jest zaledwie jednym z czterech (na 51 ogółem) republikańskich rajców miasta. Owszem, obecny burmistrz, Michael Bloomberg, wygrał trzy wybory oficjalnie jako kandydat Republikanów, ale tylko dlatego, że nominację GOP było dużo łatwiej zdobyć niż Partii Demokratycznej - wystarczyły odpowiednio wysokie datki na rzecz organizacji partyjnej, której bliżej do naszego rodzimego Stronnictwa Demokratycznego, niż do partii z prawdziwego znaczenia. Sam Bloomberg zawsze był, zresztą, politykiem centrowym czyli na warunki dzisiejszej, ogólnokrajowej GOP jest totalitarnym komunistą - zwolennikiem ograniczania dostępu do broni palnej, zmniejszania nierówności społecznych etc. 

Nie żeby Halloran był typowym Republikaninem - zamiast, jak większość jego kolegów z partii grzecznie uczęszczać do takiego czy innego chrześcijańskiego kościoła, Halloran jest oficjalnym wyznawcą Odyna, Thora i innych dawnych nordyckich bogów. Udawanie Lokiego - trickstera, który wszystkich potrafi wykiwać - wyszło mu jednak tak sobie.

radny Halloran (na klęczkach, w niebieskiej pelerynce)

Ciekawe jest to w jaki sposób spiskowcy traktowali popkulturę jako źródło (nie)stosownych wzorców. Nie żeby było to coś nowego - doskonale wiadomo, na przykład, że Ojciec chrzestny sprawił, że amerykańska mafia przejęła niektóre z opisanych przez Mario Puzo zwyczajów, żeby być "autentyczniejszą", niektórzy bossowie zaczęli naśladować sposób mówienia Marlona Brando etc. 

Oto, na przykład, dowiadujemy się, że kilka ze spotkań odbyło się w restauracji Sparks Steak House, gdzie w 1985 roku został zamordowany Paul Castellano, szef największej z nowojorskich  rodzin mafijnych, Gambino. Serwują tam, co prawda, jedne z najlepszych steków w Nowym Jorku, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że chodziło raczej o aurę miejsca, a nie o same steki. Wszystko to bowiem wygląda jak nieudolna próba naśladowania filmowej rzeczywistości, włącznie z wygłaszanymi przez Hallorana tandentnymi tekstami w rodzaju: "Polityka to tylko pieniądze, które oliwią tryby" etc.  Pieniądze, które - dodajmy - zgodnie z wszelkimi kliszami - przekazywano sobie w szarych, nieoznakowanych kopertach.

Kiepska reżyseria, kiepski scenariusz, kiepscy aktorzy. Lepiej przypomnieć sobie trzeci i czwarty sezon The Wire.

sobota, 2 lutego 2013

Burmistrz

Każdy, kto oglądał The Wire, wie jak wygląda zarządzanie dużym amerykańskim miastem, balansowanie między różnymi grupami interesów, użeranie się z radą miejską, zwalczanie przestępczości, łatanie dziur w niedomykającym się budżecie, a wszystko to przy równoczesnej próbie zapisania się trwale w historii miasta. Tommy Carcetti czy Tom Kane są jednak postaciami fikcyjnymi (no, powiedzmy), tymczasem w piątek zmarł jeden z trzech XX-wiecznych burmistrzów Nowego Jorku (obok Fiorello LaGuardii i Rudy'ego Giulianiego), którzy swoje miejsce w historii miasta mieli zagwarantowane jeszcze za życia – Ed Koch.


Koch tchnął w Nowy Jork nowego ducha po załamaniu z lat 70., które dobrze znamy z Taksówkarza, Serpico, The Bonfire of Vanitiesetc. W 1975 roku przez chwilę zdawało się, że Nowy Jork spadnie w przepaść, kiedy prezydent Gerald Ford odmówił dofinansowania dla bankrutującego miasta, ale dwa miesiące zmienił zdanie. Apogeum upadku miasta był słynny blackout w 1977 roku, kiedy w środku upalnego lata Nowy Jork na dwa dni został pozbawiony prądu, w wielu dzielnicach dochodziło do masowych podpaleń, rabunków etc. Dotychczasowy burmistrz przepadł z kretesem, a nowojorczycy wybrali Kocha, kandydującego z pozycji reformatorskich, centrowego Demokratę, jak sam określał się „zdrowym na umyśle liberałem”.

Swoje urzędowanie zaczął od wprowadzania oszczędności, na tym nie poprzestał. Przede wszystkim zaczął inwestować w mieszkania komunalne, w zapuszczone (eufemistycznie rzecz ujmując) dzielnice, jak Harlem czy – zwłaszcza – Południowy Bronx, który w wielu miejscach przypominał nie tyle nawet slumsy w jakimś kraju Trzeciego Świata, ile powojenne ruiny Warszawy.


Prezydent Jimmy Carter na Charlotte Street w Południowym Bronxie, 1977 rok.

To właśnie Koch ostatecznie zerwał z polityką Roberta Mosesa, wszechpotężnego szefa miejskiego planowania, w którego wizji miasto podporządkowane było głównie samochodom. Zamiast burzyć kolejne kwartały pod budowę wielopasmowychautostrad w centrum miasta, Koch zaczął pompować pieniądze w komunikację miejską, szczególnie w sypiące się, posmarowane graffiti metro, z którego wtedy nie korzystał nikt, kto robić tego nie musiał. Jeśli dziś chwali się Nowy Jork za zupełnie niezły transport publiczny, to jest to w bardzo dużym stopniu zasługą Kocha, który rzucił metru koło ratunkowe. 

To on zaczął politykę, którą z takim powodzeniem kontynuuje Bloomberg, tzn. ogromnego inwestowania w parki miejskie, na czele z Central Parkiem, do którego w latach 70. nikt rozsądny nie wchodził po zmroku, ale i za dnia stanowiło to spore ryzyko. Choć wielu ludzi (zwłaszcza w Polsce) uważa, że to Rudy Giuliani uratował Nowy Jork, prawda jest taka, że grunt pod jego sukcesy położył właśnie Koch.

Barwna osobowość burmistrza też pomogła Nowemu Jorkowi. Łysy jak kolano, brzydki jak noc, klnący jak szewc, namiętnie podkreślający swoją żydowskość Koch mówił co uważał, bez owijania w bawełnę (a czasem co mu ślina na język przyniosła), co przynosiło mu sympatię jednych, ale też potrafiło zaszkodzić. W czasie jakiegoś strajku kierowców razem z mieszkańcami wyklinał głośno strajkujących, innym razem podobno doprowadził do łez całą radę miasta. Na pytania o swoją orientację seksualną odpowiadał krótko: "Fuck you". W 1982 roku, kiedy próbował zostać demokratycznym kandydatem na gubernatora stanu, zbyt otwarcie zaczął narzekać na ewentualną przeprowadzkę do „małej mieściny”, gdzie „nic nie ma”. 

Dla całego stanu był zbyt nowojorski, ale do swojego miasta pasował idealnie, w latach 80. stając się jednym z jego symboli. Na podstawie jego autobiografii powstał nawet musical na Broadwayu, gdzie jedną z piosenek było jego sztandarowe „How'm I doin'?”, którym zaczepiał ludzi na ulicy.

Ich zdaniem radził sobie chyba nieźle, skoro wybrano go aż trzy razy (podówczas był to rekord, który wyrównał dopiero Bloomberg), ale z czwartą mu się nie udało. Pogrzebały go skandale korupcyjne, od których nie jest wolny żaden długoletni burmistrz żadnego dużego miasta w Stanach Zjednoczonych, a także kiepskie stosunki z czarnoskórymi mieszkańcami Nowego Jorku. 

Wrócił do praktyki adwokackiej, ale zajął się też pisaniem książek dla dzieci i kryminałów, a także recenzowaniem restauracji. Jego wielką miłością były filmy, które zjadliwie recenzował na stronie Mayor at the Movies, chętnie też grywał samego siebie, w Muppetach, Klubie pierwszych żon czy Seksie w wielkim mieście. Zbiegiem okoliczności zmarł w dniu premiery filmu dokumentalnego o sobie - Koch.


Koch i Muppety

Zostanie pochowany na zabytkowym cmentarzu Trinity Church, na górnym Manhattanie, gdzie kupił sobie miejsce za 20 tysięcy dolarów. Mówił: „nie chcę opuszczać Manhattanu, nawet kiedy umrę. Przeraża mnie myśl o przenosinach do New Jersey".


poniedziałek, 29 października 2012

Kolejna zagłada Nowego Jorku

Kto jak kto, ale nowojorczycy są przyzwyczajeni do tego, że co jakiś czas ich miasto ulega zagładzie. Żadne inne miasto na świecie nie było niszczone tyle razy i tak spektakularnie. "Każda epoka chciała zniszczyć Nowy Jork z własnych powodów", pisze Max Page, autor świetnej książki The City's End.


Na przełomie XIX i XX wieku fikcyjne niszczenie Nowego Jorku było słuszną karą dla "współczesnej Sodomy", świątyni zepsucia i mamony. NYC trawił pożar w wyniku powstania proletariatu (Caesar's Column, przy którym "powstanie" Bane'a z ostatniego Batmana to naprawdę pestka) albo zapadało się pod ciężarem wieżowców, "wież Babel". 

W latach 50. i 60., katastrofy spadające na NYC w kinie science-fiction (np. kolizja z inną planetą w When Worlds Collide, atak potwora w The Beast from 20.000 Fathoms), były wyrazem lęków przed bombą nuklearną, czasami wyrażoną explicite (Fail-Safe czy Planeta małp)W latach 70., kiedy zżerane przestępczością miasto znalazło się na krawędzi bankructwa, filmy pokazywały dystopijne wizje przyszłości (Ucieczka z Nowego Jorku, Zielona pożywka) w których Nowy Jork stawał się piekłem na ziemi.


Koniec zimnej wojny - kiedy groźba realnej zagłady zniknęła, a pojawiły się nowe możliwości pokazywania destrukcji na ekranie - przyniósł tylko wzrost liczby przedstawionych katastrof. Miasto niszczyli kosmici (Dzień niepodległości), kolejne potwory (Godzilla), szczególną popularnością cieszyły się meteoryty (Dzień zagładyArmageddon). 11 września 2001 roku fikcja stała się rzeczywistością - to, czym karmiło  nas Hollywood zdarzyło się na naszych oczach. 

Najpierw wydawało się, że po 9/11 nikt nie odważy się już atakować Nowego Jorku w filmach. Choć początkowo nawet usuwano wieże WTC z filmów (słynny casus Spider-Mana), bardzo szybko wszystko wróciło "do normy", jak gdyby Amerykanie chcieli powiedzieć: nie poddamy się nie tylko zbudujemy sobie nowe, lepsze WTC, ale dalej będziemy SAMI niszczyć Nowy Jork, tak jak nam się podoba. Dostaliśmy zatem Wojnę światów, Cloverfielda, Jestem legendąPojutrze, a nawet spektakularny finał The Avengers. 


Susan Sontag pisała kiedyś, że kino katastroficzne jest jedynym medium pozwalającym nam - z przyjemnością - uczestniczyć w zagładzie miasta czy nawet całej ludzkości. Dziś mamy  jeszcze gry komputerowe, oczywiście, ale nie sposób odmówić Sontag racji - czy chcemy tego czy nie, katastrofa jest estetycznie pociągająca, a nigdzie nie jest ona bardziej spektakularna, niż w stolicy świata.

Upór z jakim popkultura demoluje Nowy Jork jest najlepszym dowodem znaczenia tego miasta dla zbiorowej wyobraźni, które doskonale rozumieli nie tylko twórcy z Hollywood, ale  także organizatorzy zamachu z 11 września. Jeśli kiedyś w filmach zamiast Nowego Jorku kosmici zaczną atakować Pekin, a tsunami będzie demolować Bombaj, będzie to najdobitniejszy dowód na to, że czasy kulturowej dominacji Ameryki mamy już za sobą. 

Nic zatem dziwnego, że zapowiedzi "armageddonu" pojawiające się z powodu huraganu Sandy ( który - zresztą - nie uderzy wcale bezpośrednio w Nowy Jork, ale raczej w Filadelfię), nie robią na nowojorczykach, aż takiego wrażenia (choć może powinny, zważywszy na bezprecedensowy rozmiar huraganu). Owszem, pozamykano szkoły, metro, giełdę i teatry na Broadwayu, ewakuowano niektórych mieszkańców, ale większość nowojorczyków podchodzi do "Sandy'ego" dość humorystycznie - gromadząc zapasy alkoholu i żartując z nadmiernej ekscytacji burmistrza Bloomberga na konferencji prasowej poświęconej huraganowi. 

Nowy Jork przetrwał kosmitów, przetrwał King Konga, przetrwał Godzillę, przetrwa i Sandy'ego.

niedziela, 28 października 2012

Czym w konkurenta? Odcinek 2: Gejowską pornografią

O tym, że Partia Republikańska wycina ze swoich szeregów umiarkowanych polityków, piszę już od dawna. Do listy grzechów głównych dzisiejszej, radykalnej GOP zalicza się też wspieranie praw gejów. W Senacie (gdzie kilkoro Republikanów zagłosowało za zezwoleniem gejom i lesbijkom na jawną służbę w armii) może się jeszcze upiec, ale biada tym Republikanom, którzy poparli zboczeńców na poziomie stanowym.

Mark Grisanti, senator stanowy z Nowego Jorku (dokładniej z Buffalo), jako jeden z zaledwie trzech Republikanów zagłosował  w zeszłym roku za ustawą wprowadzającą w tym stanie małżeństwa osób tej samej płci. Z prawyborów wyszedł zwycięsko (choć nie było łatwo) i w listopadzie ma duże szanse na wygraną - zwłaszcza po wsparciu ze strony Michaela Bloomberga, potężnego burmistrza NYC, który popiera (także finansowo) centrowych kandydatów z obu partii.

Nie wszyscy jednak życzą Grisantiemu dobrze. Tajemniczy "Komitet Ocalenia Partii Republikańskiej w hrabstwie Erie" wyprodukował przeciwko niemu naprawdę odjechane ulotki - zarzucając mu, że za swój głos "za" wziął pieniądze od gejowskiego lobby, a także (i to jest naprawdę niezłe), że z powodu Grisantiego synowie bogobojnych mieszkańców Buffalo zaczną uprawiać wyuzdany seks z innymi mężczyznami (sic!).

Ba, gdybyż to było takie proste!


Żeby było zabawniej - twórcą tej ulotki i jedynym członkiem "Komitetu" okazał się Matthew Ricchiazzi, niedoszły kandydat Republikanów na burmistrza Buffalo: 23-letni prawnik, pół-Hindus i... otwarty biseksualista. Zdjęcia, którymi opatrzył ulotkę, "pożyczył" z dość popularnej strony z gejowskim porno - bez zezwolenia, dodajmy. Kiedy cała sprawa wyszła na jaw, Richiazzi ostatecznie nie rozesłał ulotek. A szkoda, bo rzeczona wytwórnia dość bezwzględnie ściga piratów.

No cóż: złe to czasy, kiedy jeden liberalny Republikanin atakuje drugiego liberalnego Republikanina dlatego, że jest zbyt liberalny. Kto wie, może też dlatego nie zostało ich już zbyt wielu? 

środa, 24 października 2012

Troll Donald

Trolli nie należy karmić. Teoria mówi, że to jedyna skuteczna metoda walki z trollem: zniechęcony, głodny uwagi, zaprzestanie działalności albo przynajmniej pójdzie sobie gdzie indziej. W praktyce rzadko kiedy to jednak działa, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie trolla słuchał, wdawał się w nim w polemikę, traktował jak normalnego uczestnika dyskusji.


Wydaje się, że największym - a niewątpliwie najbogatszym - trollem amerykańskiego dyskursu publicznego jest Donald Trump, człowiek o największym ego świata, który żyje po to, by zwracać na siebie uwagę. Zachowuje się tak, jak gdyby był jednym z najbogatszych Amerykanów (zgrywając guru biznesu w telewizyjnym "The Apprentice") w dodatku odnoszącym niebywałe sukcesy, tymczasem kilkakrotnie znajdował się na progu bankructwa,  awiele jego przedsięwzięć biznesowych kończyło się upokarzającym fiaskiem. Na liście najbogatszych Amerykanów magazynu "Forbes" plasuje się daleko poza pierwszą setką (o czym chyba woli nie przypominać), ale za to na miejscu 17 listy najpotężniejszych celebrytów.

Historia politycznego zaangażowania Trumpa jest równie wyboista, jak jego kariera w interesach. Zaczynał jako Republikanin; potem wstąpił do dawnej partii Rossa Perota, Partii Reform; na krótko zapisał się do Demokratów, po czym znowu wrócił do Partii Republikańskiej. W przeciwieństwie jednak do Michaela Bloomberga, obecnego burmistrza Nowego Jorku (który, nawiasem mówiąc, jest od Trumpa co najmniej kilkanaście razy bogatszy, ale się z tym nie afiszuje), wygrywającego kolejne wybory, Donaldowi Trumpowi najlepiej wychodzą długie i publiczne "rozważania".

Rozważał ubieganie się o prezydenturę z ramienia Partii Reform, rozważał kandydowanie na gubernatora Nowego Jorku z ramienia Partii Republikańskiej; w 2010 ogłosił, że rozważa startowanie w prawyborach GOP. Przez pewien czas nawet prowadził w sondażach, ale cóż, Herman Cain też miał swój moment. Wszystko jednak wyszło tak, jak to często w przypadku Trumpa bywa - wiele hałasu o nic. W prawyborach nie wystartował, potem jeszcze ogłosił parę razy, że może będzie walczył o prezydenturę jako niezależny; poparł Michele Bachmann (która "wyjawiła", że rozważa Trumpa jako swojego wiceprezydenta), a ostatecznie wsparł Romneya i zajął się walką z Obamą, "najgorszym prezydentem w historii".

A dokładniej - walką o PRAWDĘ. Trump jest bowiem gorliwym zwolennikiem teorii, że Barack Obama nie urodził się wcale w Stanach i przez to nie mógł zostać prezydentem. Od czasu do czasu pojawia się zatem w telewizji i domaga się ujawnienia "prawdziwego" aktu urodzenia Obamy. Każde kolejne "ogłoszenia" Trumpa wydawały się coraz bardziej desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi. Nic zatem dziwnego, że kiedy parę dni temu ogłosił, że w środę ogłosi coś "przełomowego" na temat prezydenta Obamy, co "zmieni dynamikę tej kampanii", mało kto się tym przejął, a większość mediów machnęła ręką. 

Od czego jest jednak FoxNews, które nie ma żadnych problemów z karmieniem trolla Donalda. Moje ulubione trio z campowego porannego programu Fox and Friends przeprowadziło rozmowę telefoniczną z Trumpem na temat jego domniemanych rewelacji. Proszę spojrzeć samemu: ta radość na twarzach całej trójki, to przebieranie nóżkami z podekscytowania, że oto może pojawić się coś, czym uda się wreszcie dowalić Barackowi Obamie. "Daj nam podpowiedź! Choćby małą!" 



Jak się to wszystko zakończyło? Dokładnie tak, jak sie tego można było spodziewać. Bukmacherzy zaczęli obstawiać cóż takiego może ujawnić Donald: że Obama jest kosmitą? (100 do 1); że Obama jest jego synem? (500 do 1) Niestety, nic z tego. Trump oświadczył, że jeśli prezydent Obama ujawni swoją dokumentację ze studiów oraz podanie o paszport, to on przekaże 5 milionów dolarów na organizację dobroczynną, którą wybierze Obama. Zaiste, wstrząsające i przełomowe.

"Wiem jedno - to będzie coś wielkiego i kiedy to ogłoszę, naprawdę będziecie o tym mówić", rzucił Trump na koniec rozmowy z Fox and Friends, tym samym dośc trafnie podsumowując relację między trollem, a karmiącymi go półgłówkami.

PS: Na stronie FoxNews brak jakiejkolwiek informacji o dzisiejszym "wstrząsającym oświadczeniu" Trumpa.