Wczoraj pokazywałem wytwór prawicowej paranoi, który wyglądał jak parodia. Dziś prawdziwa, znakomita parodia paranoicznych teorii dotyczących zamachów z 11 września, szczególnie Loose Change, jednego z najważniejszych (i najdurniejszych) filmów tego nurtu. W Loose Change dowiadujemy się, że wieże WTC zostały wysadzone, w Pentagon trafiła rakieta, a wszystko to zorganizowała tyrańska administracja Busha. Luke's Change pokazuje nam straszliwą PRAWDĘ na temat eksplozji Gwiazdy Śmierci...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne wojny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne wojny. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 19 marca 2013
sobota, 2 marca 2013
It's a trap!
Stało się. Budżetowa gilotyna, dotychczas odkładana i odkładana, spadła ostatecznie w nocy z 28 lutego na 1 marca. Przy okazji sekwestracji Barack Obama popełnił poważny błąd, którego - mimo PR-owego wysiłku jego sztabu - tak łatwo mu się nie wybaczy.
Nie chodzi wcale o to, że jego doradca rzekomo groził dziennikarskiej gwieździe, Bobowi Woodwardowi, który w końcu ma już na koncie obalenie jednego prezydenta. Okazało się bowiem, że "groźby" Białego Domu były niezwykle uprzejme, a reakcja Woodwarda nieco przesadzona.
Błąd polega na tym, że Barack Obama, pierwszy w Białym Domu fan popkultury z prawdziwego zdarzenia, pomylił Gwiezdne Wojny ze Star Trekiem. W czasie konferencji prasowej powiedział, że nie może zmusić Republikanów do zawarcia porozumienia za pomocą "Jedi mind-meld", myląc sztuczki Jedi z telepatycznymi umiejętnościami Wulkanów.
Sprawa pozornie drobna, ale nie dla nerdów. W internecie zawrzało - fani zaczęli się oburzać, domagać sprostowania, co bardziej porywczy nawet żądać impeachmentu. Biały Dom zareagował natychmiast, umieszczając link do strony wh.go/jedimindmeld, na której znalazł się prezydencki plan uniknięcia sekwestracji - dowcipnie i celnie (tym razem) nawiązując do Gwiezdnych Wojen i Star Treka. Nie wszystkich fanów to usatysfakcjonowało, ale z pewnością przydało kolejnych punktów Obamie w toczącej się wojnie o przychylność amerykańskiej opinii publicznej.
Sekwestracja pomyślana była jako straszak wobec Kongresu, mający zmusić Demokratów i Republikanów (głównie tych drugich) do kompromisu w sprawie wydatków państwowych. Był to pomysł mniej więcej tak samo głupi, jak plan Federacji Handlowej, żeby za pomocą tajnej blokady Naboo zmusić galaktyczny senat do zmiany podatków.
Straszak stał się jednak rzeczywistością, gdyż obie strony uznały, że będą w stanie wykorzystać kryzys na swoją korzyść. Republikanie chcieliby zaprezentować się w charakterze niestrudzonych bojowników o mniejszy budżet i niskie podatki, dzielnych rebeliantów walczących z opresyjnym, totalitarnym imperium.
Sęk w tym, że opinia publiczna odbiera GOP raczej tak, jak chciałby tego Biały Dom - jako ideologicznie zaślepionych sojuszników wielkiego biznesu. Przypominają nie tyle Sojusz Rebeliantów, ile separatystów z Konfederacji Niezależnych Systemów pod wodzą hrabiego Dooku - walczących rzekomo o niezależność od opresyjnej władzy, ale tak naprawdę służących potężnym galaktycznym korporacjom oraz znacznie mroczniejszym siłom.
Póki co, wydaje się, że zgadzając się na sekwestrację, Republikanie wpadli w PR-ową pułapkę zastawioną przez Obamę. It was a trap! Choć, jak doskonale wiadomo, nie z takich zasadzek wychodzono cało.
Etykiety:
Ackbar,
Barack Obama,
Biały Dom,
Gwiezdne wojny,
Imperium,
Naboo,
Rebelianci,
Republikanie,
sekwester,
sekwestracja,
Star Trek,
Star Wars
wtorek, 15 stycznia 2013
"To nie jest odpowiedź, której szukacie"
Wszędzie już o tym piszą, ale dla kronikarskiego porządku i ja powinienem. Biały Dom odpowiedział na petycję w sprawie budowy Gwiazdy Śmierci, której konstrukcja miałaby przynieść miejsca pracy i wzmocnić obronę narodową. Kiedyś już wspominałem o uruchomionym za prezydentury Obamy internetowym systemie realizacji Pierwszej Poprawki czyli prawie obywateli do "wnoszenia petycji o naprawę krzywd". Rząd zobowiązuje się odpowiedzieć na te, które zebrały ponad 25 tysięcy podpisów. Ta o Gwieździe Śmierci zebrała ich prawie 34,5 tysiąca czyli o ponad 3 tysiące więcej niż petycja o międzynarodową komisję do sprawy Smoleńska.W obu przypadkach jest to jednak odpowiedź negatywna.
Po pierwsze, koszt samej stali na zbudowanie Gwiazdy Śmierci szacuje się na jakieś 850 biliardów dolarów (a nie kwadrylionów, jak doniosła część naszych mediów, niezaznajomionych z zagadnieniem długiej i krótkiej skali). To znacząco podniosłoby zadłużenie Stanów Zjednoczonych, jako że wynosi to mniej więcej 13 tysięcy razy tyle, co cały światowy produkt brutto. Nawet jeśli możnaby ją sfinansować wybiciem 852 tysięcy pierdyliardowych, platynowych monetek, to istnieją też problemy czysto praktyczne - przy dzisiejszym tempie prrodukcji stali, na zgromadzenie odpowiedniej ilości surowca potrzeba byłoby jakieś 833 lata, a poza tym administracja pokojowego laureata Nobla sprzeciwia się wysadzaniu obcych planet.
Może być jeszcze jeden powód dla którego administracja Obamy krytycznie podchodzi do pomysłu budowy wielkiej stacji kosmicznej z państwowych pieniędzy. W odpowiedzi na petycję, obecna administracja pochwaliła się przy okazji swoimi osiągnięciami i planami w sferze odkrywania kosmosu. Przypomniała o tym, że istnieje już Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (której administracja Busha chciała wstrzymać finansowanie po 2015 roku); że sondy Voyager niebawem opuszczą Układ Słoneczny (za co dziękować należy jeszcze Nixonowi i Carterowi); że trwają badania powierzchni Marsa; a przede wszystkim, że co i rusz odkrywane są kolejne planety w innych układach, w tym i takie na których mogą istnieć warunki odpowiednie do życia.
Tak zaiste jest, ale choć administracja Obamy uratowała stację kosmiczną i zwiększyła finansowanie NASA, zarazem skasowała (mimo głośnego sprzeciwu środowiska naukowego) program Constellation, czyli wznowienie załogowych lotów na Księżyc i budowę nowego statku, Oriona. Transportowaniem ludzi i sprzętu na orbitę mają się zająć prywatne przedsiębiorstwa, jak np. SpaceX, założona przez twórcę PayPala, Elona "Iron Mana" Muska. Jeśli władze USA wolą scedować na biznes budowę "zwykłych" promów kosmicznych, to nic dziwnego, że nie będą się brać za budowę gigantycznych kosmicznych stacji. Ale kto wie, być może jeszcze doczekamy chwili w której za budowę TIE fighterów zabierze się Halliburton.
Po pierwsze, koszt samej stali na zbudowanie Gwiazdy Śmierci szacuje się na jakieś 850 biliardów dolarów (a nie kwadrylionów, jak doniosła część naszych mediów, niezaznajomionych z zagadnieniem długiej i krótkiej skali). To znacząco podniosłoby zadłużenie Stanów Zjednoczonych, jako że wynosi to mniej więcej 13 tysięcy razy tyle, co cały światowy produkt brutto. Nawet jeśli możnaby ją sfinansować wybiciem 852 tysięcy pierdyliardowych, platynowych monetek, to istnieją też problemy czysto praktyczne - przy dzisiejszym tempie prrodukcji stali, na zgromadzenie odpowiedniej ilości surowca potrzeba byłoby jakieś 833 lata, a poza tym administracja pokojowego laureata Nobla sprzeciwia się wysadzaniu obcych planet.
Może być jeszcze jeden powód dla którego administracja Obamy krytycznie podchodzi do pomysłu budowy wielkiej stacji kosmicznej z państwowych pieniędzy. W odpowiedzi na petycję, obecna administracja pochwaliła się przy okazji swoimi osiągnięciami i planami w sferze odkrywania kosmosu. Przypomniała o tym, że istnieje już Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (której administracja Busha chciała wstrzymać finansowanie po 2015 roku); że sondy Voyager niebawem opuszczą Układ Słoneczny (za co dziękować należy jeszcze Nixonowi i Carterowi); że trwają badania powierzchni Marsa; a przede wszystkim, że co i rusz odkrywane są kolejne planety w innych układach, w tym i takie na których mogą istnieć warunki odpowiednie do życia.
Tak zaiste jest, ale choć administracja Obamy uratowała stację kosmiczną i zwiększyła finansowanie NASA, zarazem skasowała (mimo głośnego sprzeciwu środowiska naukowego) program Constellation, czyli wznowienie załogowych lotów na Księżyc i budowę nowego statku, Oriona. Transportowaniem ludzi i sprzętu na orbitę mają się zająć prywatne przedsiębiorstwa, jak np. SpaceX, założona przez twórcę PayPala, Elona "Iron Mana" Muska. Jeśli władze USA wolą scedować na biznes budowę "zwykłych" promów kosmicznych, to nic dziwnego, że nie będą się brać za budowę gigantycznych kosmicznych stacji. Ale kto wie, być może jeszcze doczekamy chwili w której za budowę TIE fighterów zabierze się Halliburton.
niedziela, 25 marca 2012
Heartless Dicks
Dick
Cheney dochodzi do zdrowia po przeszczepie serca, który miał
miejsce w sobotę. Po pięciu zawałach (pierwszy jeszcze przed
czterdziestką), serce wiceprezydenta z pewnością wymagało
wymiany. Wiadomość o operacji wzbudziła szereg złośliwych
komentarzy, sugerujących, że nareszcie Cheney będzie miał JAKIEŚ
serce. Żarty ze zdrowia wiceprezydenta krążyły
już od dawna – do najłagodniejszych należało porównywanie go
do wampira, który musi wysysać krew, żeby utrzymać się przy życiu. Od
kiedy ogłosił, że ma automatyczną pompę w sercu,
Jon Stewart stwierdził, że Cheney - niczym Darth Vader – „is more machine now than man”, a jego "kruchość" sprawia, że nie sposób się z niego naśmiewać. Teraz, po sobotnim przeszczepie, w stronę Cheneya płyną wyrazy wsparcia i niemało ludzi zastanawia się jak to się stało, że dostrzeżono ludzką twarz szalenie niepopularnego wiceprezydenta, któremu zarzucano już niemal wszystko - na czele z tym, że rządzi krajem za pomocą przygłupiego prezydenta-marionetki.
Przypomina to nieco zaskoczenie dużej części opinii publicznej sprzed dwóch tygodni, kiedy z okazji setnych urodzin Pat Nixon ujawniono listy (od razu okrzyknięte trochę na wyrost mianem "miłosnych"), jakie pisał do niej mąż, Richard. Wszyscy rozpisywali się o "ogromnym kontraście" między Nixonem znanym z afery Watergate i Nixonem z listów do żony, a także ich "zdumiewająco czułym" tonie. Dla nieco lepiej zorientowanych, to, że Nixon ogromnie kochał swoją małżonkę, nie jest żadną nowością - w pierwszej lepszej biografii piszę się o tym całkiem sporo, a wzruszające łzy byłego prezydenta na jej pogrzebie nie pozwalały mieć co do tego nawet cienia wątpliwości. Wydaje się też, że był jednym z nielicznych prezydentów, którzy nie zdradzali żony, a w XX-wiecznej Ameryce to naprawdę nie byle osiągnięcie.
Reakcja mediów jest jednak kolejnym znakiem tego, jak bardzo nierealistyczne - także po przefiltrowaniu przez kulturę popularną - bywa postrzeganie przez Amerykanów swojej polityki i polityków.
W swoim czasie Nixon i Cheney w oczach opinii publicznej stali się (niebezpodstawnie, dodajmy od razu) bezwględnie złowrogimi postaciami - oszukującymi naród, nadużywającymi i łamiącymi prawo, rozpętującymi wojny (odpowiednio Wietnam i Irak) złoczyńcami, toteż kultura popularna - i powszechny dyskurs - wpisały ich w kontekst "klasycznego" złoczyńcy, bondowskiego "villain". A taka narracja nie zezwala na niuanse. "Villain" nie może żywić żadnych uczuć, nie może kochać żony, dzieci, wnuków. Nie ma serca, jest niczym bezduszna maszyna dla której najważniejsza jest realizacja jakiegoś złowrogiego zadania. No i, obowiązkowo, musi mieć defekt fizyczny, który będzie namacalnym dowód na swoją niegodziwość, zgodnie z antycznym jeszcze kojarzeniem brzydoty fizycznej z brzydotą moralną: Nixonowi często wytykano jego nieustanny popołudniowy zarost oraz skłonność do nadmiernego pocenia się.
Próby innego podejścia (w przypadku Nixona, rzecz jasna, choć za dwadzieścia lat to samo będzie się czynić z Cheneyem i Bushem, jestem tego pewien) są podejmowane od wielu lat. Choć "rewizjonistyczne" opracowania na temat Nixona zdobyły uznanie historyków i politologów, dostrzegających w nim nie tylko złoczyńcę, ale i człowieka - nie wspominając już o prezydencie z wieloma dokonaniami. Do kultury popularnej zniuansowany wizerunek przedostaje się powoli i z trudem - póki co, niejednowymiarowego Nixona mieliśmy tylko w filmie Olivera Stone'a i w niedawnym "Frost/Nixon".
Dominującą narracją wciąż jest - i długo nią jeszcze pozostanie - ta, którą znamy, na przykład, z "Futuramy", gdzie kriogenicznie zachowana głowa Nixona wygrywa wybory na prezydenta Ziemi w roku 3000. Czy kogoś zatem dziwi, że jakiś czas temu dołączyła do niego głowa Dicka Cheneya?
niedziela, 18 marca 2012
Uroczo staroświecki "Pan Carter w kosmosie"
W przypadku ekranizacji książki będącej pierwowzorem gatunku, mówienie o „nawiązaniach” wydaje się anachronizmem – co na czym się wzoruje? Czy to John Carter przypomina Gwiezdne wojny czy raczej George Lucas nawiązywał do Burroughsa? Czerpał też z Diuny Franka Herberta, który również z pewnością znał cykl o Barsoom, pierwszą prawdziwą space-operę – łączącą w sobie science fiction i fantasy, podróże kosmiczne i szermierskie pojedynki, egzotycznych kosmitów i piękne księżniczki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




