Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2012

Kto wypina, tego wina.

Każdy, kto czyta komiksy, wie jak są zazwyczaj przedstawiane ich bohaterki - wielki biust, wypięty tyłek, wyginanie ciała w najnienaturalniejszy sposób, przybieranie rzekomo "seksownych" póz. Jak walczyć z seksizmem w komiksach? Pomysł jest prosty: zastąpić przeerotyzowane superbohaterki ich męskimi odpowiednikami. Zaczęło się od okładki Marvel Adventures przedstawiającej Hawkeye'a i Czarną Wdowę, na której zamieniono ich miejscami - i pozycjami. Tak powstała The Hawkeye Initiative.


Sposób w jaki rysownicy komiksów przedstawiają kobiety wiąże się, oczywiście, ze sposobem, w jaki kobiety są przedstawiane w sztuce od dawien dawna. Nie chodzi jednak o to, by walczyć z  całą tradycją sztuk plastycznych, ale by wykpić dość, niestety, typowe dla komiksów przerotyzowanie (będące jednym z powodów dla których komiksy są wciąż uważane za rozrywkę dla dorastających chłopców). Na pierwszy ogień poszła równie popularna, co niezgodna z anatomią pozycja "złamanego kręgosłupa", służąca temu, by równocześnie pokazać i piersi i pupę kobiecej b0haterki.


The Hawkeye Initatitve zdobyła ogromną popularność, a w internecie zaroiło się od rysunków na których widzimy superbohaterów w "seksownych" pozach. Zasada jest prosta: Jeśli narysowaną superbohaterkę da się zastąpić jej męskim odpowiednikiem, w tej samej pozycji i nie wygląda on idiotycznie, to znaczy, że rysunek nie jest seksistowski. Niestety, jak na razie mało co przechodzi test Hawkeye'a.






czwartek, 7 czerwca 2012

A jednak Green Lantern

Niewiele się pomyliłem. Długo zapowiadany coming out w świecie komiksów DC nie okazał się wcale tak rewolucyjny, jak się niektórzy spodziewali. Ani Batman, ani Aquaman, ani Wonderwoman. W komiksie, który ukazał sie wczoraj, gejem okazuje się być Green Lantern - nie Hal Jordan, którego widzowie znają z beznadziejnego filmu z ubiegłego roku, ale pierwszy, oryginalny bohater, Alan Scott.


Green Lantern-Scott, od kiedy pojawił się w roku 1940, miał wiele heteroseksualnych związków - a z jednego z nich syna, superzłoczyńcę o artystycznym pseudonimie Obsidian, który przy okazji był też gejem. Na szczęscie nielinearność komiksowych uniwersów nie z takimi problemami sobie radziła. Scott będzie gejem w nowym, odświeżonym (który to już raz) uniwersum DC.


Zgodnie z przewidywaniami, oburzyła się prawica. Należąca do chrześcijańskiej organizacji American Family Association (to ci, którzy walczą z reklamami IKEI w których pojawiają się pary jednopłciowe) grupa One Million Moms wydała oświadczenie w którym potępia zarówno DC Comics jak i Marvela, za przedstawianie gejów w pozytywnym świetle i pyta:
Czy możecie sobie wyobrazić małych chłopców mówiących "Chciałbym chłopaka albo męża takiego jak X-Men (sic)? To idiotyczne! (...) [Geje] chcą zrobić im pranie mózgu i pokazać im, że gejowski sposób życia jest normalny (....). Jako chrześcijanie wiemy, że homoseksualizm jest grzechem".
Pięćdziesiąt lat temu, kiedy pojawiał się Black Panther, pierwszy czarnoskóry superbohater, też  niektórzy zatroskani o moralny rozwój swoich pociech rodzice wyrażali swoje oburzenie. Tak samo, kiedy w oryginalnym Star Treku czarnoskóra kapitan Uhura (rym przypadkowy) całowała białego kapitana Kirka. Czy wtedy, kiedy nowym Spider-Manem (ale znowu tylko w jednej z równoległych rzeczywistości) został czarnoskóry latynos, Miles Morales.


Nie wydaje mi się, żeby małe dzieci - dowolnej płci - widziały w superbohaterach wzorce przyszłych partnerów życiowych, ale może się mylę. Ale na pewno - jak słusznie zauważył jeden z ludzi Marvela:
"spośród Miliona Mam zapewne 10 tysięcy ma homoseksualne dzieci". 

PS: Wygląda natomiast na to, że gejowski ślub w świecie Marvela nie odbędzie się jednak w Warszawie, ale w nowojorskim Central Parku. Ciekaw jestem natomiast skąd wzięła się ta Warszawa w tylu sieciowych informacjach?


środa, 30 maja 2012

Gul Dukat vs. Dr. Spock 2012

W przerwach między dość brutalnymi atakami na siebie (i tak dość łagodnymi w porównaniu z tym, co będzie się działo w ostatnich miesiącach kampanii), kandydaci udzielają wywiadów w których próbują wypaść lekko i przyjemnie, by zaskarbić sobie sympatię widzów. Szczególnie ważne jest to dla Mitta Romneya, który we wszystkich sondażach na temat "likeability" ("lubialności") wypada o niebo gorzej od urzędującego prezydenta: 31% do 60%.

Że Obama jest geekiem wiadomo nie od dziś. Lubi komiksy, szczególnie Spider-Mana  - wystąpił nawet w jednym z nich (Spidey Meets the President!), nie wspominając już o tym, że miał swoją (krótkotrwałą co prawda) własną serię komiksową, Barack the Barbarian. W dzieciństwie był fanem Star Trek i podkochiwał się w porucznik Uhurze, z którą ostatnio wymienił wulkańskie pozdrowienie - mało zaskakujące, zważywszy na to ile razy porównywano go do doktora Spocka: pozbawionego emocji naukowca o mieszanym rasowo pochodzeniu.


Nic zatem dziwnego, że Romney wszelkimi środkami próbuje przekonać wyborców, że nie jest sztywniakiem, ale sympatycznym gościem, który - jak Obama - jest na bieżąco z tym co się dzieje w popkulturze.


W wywiadzie dla Wolfa Blitzera, w CNN, Romney pochwalił się, że nie tylko poszedł z wnukami na "The Hunger Games", ale też czytał książki Suzanne Collins. Z kolei rok temu wyznał, że jest fanem "Zmierzchu", który podebrał wnuczce. Natychmiast jednak zastrzegł:
 "Osobiście nie lubię wampirów. Nie znam żadnych".
Co dziś może budzić uśmieszki na twarzach tych, którzy oskarżają go o bycie krwiożerczym wampirem z Wall Street.

Im dalej w przeszłość, tym dziwniej. Dziś mało kto o tym pamięta, ale w czasie kampanii 2008 roku Romney, poproszony o podanie swoich ulubionych książek, (nawiasem mówiąc, jakoś sobie nie przypominam, żeby kandydatów w Polsce - na cokolwiek,  a już na prezydenta czy premiera szczególnie - pytano o to co czytają), nie wymienił wcale "Zabić drozda", "Hucka Fina" czy czegoś równie oczywistego, co przyszły prezydent "powinien" uwielbiać (a co wymienił Obama), ale - o zgrozo! - "Battlefield Earth" L. Rona Hubbarda, założyciela scjentologii.

Romney od razu zastrzegł, że w żaden sposób nie podziela religijnych przekonań Hubbarda, choć kiedy się im bliżej przyjrzeć, okazuje się, że scjentologia i mormonizm mają kilka wspólnych cech, m.in. aspekt science-fiction: u scjentologów występuje kosmiczny despota Xenu - u mormonów planeta Kolob, mająca być siedzibą boga (dla fanów Battlestar Galactica - podobieństwo do Kobol całkowicie nieprzypadkowe).

Mniejsza już nawet o scjentologię. Sęk w tym, że w roli fana fantastyki (ba, żeby tylko w tej roli) Romney nie wypada zbyt przekonująco, wybierając powieść, która nawet przez miłośników gatunku uważana jest za dość kretyńską, a jej wierną ekranizację powszechnie określa się mianem jednego z najdurniejszych i najgorszych filmów science-fiction wszechczasów (siedem całkowicie zasłużonych Złotych Malin) - co, oczywiście, oznacza, że jeśli ktoś go nie widział, to koniecznie powinien.




Chcąc zyskać na popularności robi to w sposób podwójnie nieudolny - nie tylko kompromituje się przed grupą, którą próbuje do siebie przekonać (trochę jak ktoś, chcąc przypodobać się melomanom, powiedziałby, że bardzo lubi utwory Rubika), ale przy okazji też psuje sobie opinię wśród reszty wyborców. Oto Romney zaczytuje się w powieściach dla nastolatków, podczas gdy Obama na wakacje zabiera kilka książek o historii i współczesnych problemach świata. I nie chodzi wcale o to, czy Romney powiedział prawdę (nie sądzę) i czy Obama przeczyta to wszystko (też nie sądzę), ale o przekaz: Romney czyta "Zmierzch", a Obama "Post-American World" Fareeda Zakarii. A teraz proszę sobie wybrać kandydata.

Na polu science fiction Romney przegrywa z Obamą także z innego powodu. Oto fani Star Treka zauważyli, że Mitt Romney fizycznie bardzo przypomina Gul Dukata, ze startrekowego "Deep Space Nine". Porównanie niezbyt korzystne, zważywszy nie tylko na jaszczurczą aparycję, ale też niechlubną biografię Kardasjanina, który może i nie doprowadzał do bankructwa podupadających firm, ale za to był dowódcą brutalnych sił okupacyjnych agresywnej, ksenofobicznej cywilizacji, odpowiedzialnym za śmierć milionów istot.

Można zatem założyć, że w wyborach na prezydenta Gwiezdnej Federacji Gul Dukat miałby raczej niewielkie szanse z doktorem Spockiem, ale - oczywiście - wszystko jest możliwe.

środa, 23 maja 2012

Gejowski ślub w Warszawie!

DC Comics ogłosiło, że w czerwcu któryś z bohaterów ich komiksów ogłosi światu, że nie jest hetero, a w mediach z niewiadomych przyczyn zawrzało niemal tak, jak wtedy gdy Barack Obama ogłosił, że popiera małżeństwa gejowskie. FoxNews się oczywiście oburzyło, a reszta mediów zaczęła się dziwować, że jak to, że ach tak, że nowe, że bardzo ciekawe. 

Tymczasem, o czym wie każdy, kto się w tym choć trochę interesuje, homoseksualni superbohaterowie płci obojga pojawiali się w komiksach już dawno. Ponieważ X-Meni od początku uważani byli (i słusznie) za głos w kwestii tolerancji dla odmienności, jako pierwszy, bo w 1992 roku, wyoutował się superbohater ze świata komiksów Marvela, Northstar (zresztą Kanadyjczyk), którego postać od samego początku stworzono jako geja. W świecie Marvela supergejów i superlesbijek jest trochę więcej, szczególnie w seriach o "nastoletnich bohaterach". Jak w życiu - wśród nastolatków nikogo (a już szczególnie ich samych) to już nie szokuje.


Choć w świecie DC wyoutowanych superbohaterów jest chyba mniej, to jednak lesbijką jest aktualna Batwoman, Kathy Kane, a homoseksualnych postaci nie brakowało w "doroślejszych" "podświatach" - na czele z Watchmenami (Hooded Justice & Captain Metropolis) czy stworzonym przez genialnego Warrena Ellisa (związek Batmanowatego Midnightera i Supermanowatego Apolla).


No właśnie, Batman. Co do niego wszyscy mają swoje podejrzenia już od dawna - nieoczywista relacja z Robinem/Robinami czyni z niego mocnego kandydata. Nic zatem dziwnego, że to właśnie jego - obok Wonder Woman i Aquamana - obstawia się najczęściej.

Tak byłoby z pewnością najciekawiej - ale czy najlepiej? Dokonanie przez niego teraz coming outu byłoby mocno spóźnione - o jakieś 73 lata względem świata przedstawionego i o co najmniej kilka względem świata czytelników. Batman jest już bohaterem z historią - a zważywszy na nieliniowość (czy raczej wieloliniowość) komiksów - z wieloma historiami. W tym także związkami z kobietami i pochodzącymi z tych związków dziećmi. Stwierdzenie teraz, że jednak jest gejem, byłoby trochę niewiarygodne - nie tylko dla Catwoman, ale i dla czytelników.



Pomijając już fakt, że byłoby to dość niefortunne - nawet jeśli pośmiertne - przyznanie racji jednemu z największych wrogów komiksów, profesorowi Fredricowi Werthamowi, który w 1954 roku wydał głośną książkę Seduction of the Innocent, w której głosił, że komiksy są groźne dla młodzieży - także dlatego, że jego zdaniem Batman i Robin symbolizowali parę gejowską. Książka zdobyła rozgłos, a Wertham zeznawał przed senacką podkomisją do spraw dzieci i młodzieży, która ustanowiłą Comics Code Authority (CCA) czyli komiksową autocenzurę, która m.in. zakazywała pokazywania zombie i wampirów, a także nakazywała by dobro zawsze triumfowało nad złem. Od lat 70. CCA modyfikowano wielokrotnie, a w XXI wieku zrezygnowano z niego w ogóle, ale na co najmniej dwadzieścia lat hamował rozwój komiksów. 

Kto by to jednak nie był, w czerwcu świat komiksów czeka znacznie ciekawsze wydarzenie - przynajmniej dla Polaków. Otóż w 51 numerze Astonishing X-Men, wspomniany Northstar weźmie ślub ze swoim "zwykłym" (czyli nie będącym superbohaterem) chłopakiem, Kylem. Co jednak zaskakujące, z niewiadomych przyczyn ślub odbędzie się (of all places!) w... Warszawie! Nie żadnej Warsaw, Illinois, ale zwykłej, polskiej Warszawie. Tak przynajmniej zapowiedziało DC, choć póki co na ilustracjach widać raczej Central Park.


Niestety, takie rzeczy w Warszawie ciągle tylko w komiksach.