Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Ryan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Ryan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 stycznia 2013

Mahoniowe skrzyneczki

Bez większego echa przeszła wiadomość, że w ubiegły piątek Barack Obama został ponownie wybrany prezydentem (surprise! surprise!). Była to, oczywiście, czysta formalność, ale stare demokracje lubimy m.in. właśnie za takie pozornie bezsensowne tradycje. W Wielkiej Brytanii mamy urząd królewskiego bailiffa Chiltern Hundreds*, w Stanach Zjednoczonych coroczne ułaskawianie indyka i - właśnie - oficjalne wybieranie prezydenta.

Odbyło się ono w następujący sposób:

1. Po głosowaniu w listopadzie, gubernator każdego stanu musiał przygotować Certificates of Ascertainment, certyfikaty stwierdzenia, potwierdzające wybór elektorów. Dwa egzemplarze z każdego stanu trafiły do Archiwów Narodowych, reszta czekała na spotkanie elektorów. Wszystkie niejasności w tej kwestii musiały być wyjaśnione najpóźniej na sześć dni przed zebraniem.

Certyfikaty z 2008 roku, z Alaski (strona ostatnia, z podpisem gubernator Sary Palin) i  Kalifornii (strona 1) 

2.  W pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia, rzeczeni elektorzy zebrali się w swoich stanach - kolegium elektorskie de facto nie istnieje, bo nigdy nie obraduje razem. Głosy oddawali osobno na prezydenta, osobno na wiceprezydenta (dziękujemy ci, 12. poprawko do konstytucji, inaczej wiceprezydentem byłby Mitt Romney). 

Wyniki zapisuje się na certfikatach głosowania (Certificates of Vote), zawierających  wszystkich ludzi, którzy otrzymali jakikolwiek głos - czyli, w teorii, także głosy tzw. "niewiernych elektorów", głosujących inaczej niż ich stan. Np. w 2004 roku jeden z elektorów pomyłkowo zagłosował na Johna Edwardsa na prezydenta (a nie wiceprezydenta). Od tamtej pory zmieniono prawo, wprowadzając głosowanie jawne i możliwość unieważnienia "niewiernego głosu".

Certyfikat z Minnesoty, z 2004 roku

Powstaje sześć certyfikatów głosowania: jeden trafia do wiceprezydenta; dwa trafiają do Archiwów Narodowych; dwa do sekretarza danego stanu (którego główną funkcją jest zazwyczaj właśnie nadzorowanie wyborów), a jeden - jako zapasowy - do sędziego właściwego stanowi sądu okręgowego. 

Certyfikaty wysłane do Waszyngtonu trafiają do dwóch mahoniowych skrzynek, rozdysponowane alfabetycznie - w jednej są od Alabamy do Missouri, w drugiej od Montany do Wyoming - z czego wynika, że pierwsza skrzyneczka jest cenniejsza votewise.

Congressional pages (paziowie? gońcy?) niosą skrzyneczki.

3. Na połączonej sesji Kongresu, której przewodniczyli wiceprezydent Biden i spiker Boehner, dwóch senatorów i dwoje reprezentantów (z obu partii) na zmianę ogłaszało wyniki głosowania z kolejnych stanów. 

Teoretycznie powinno się to odbyć 6 stycznia, czyli dziś, ale ponieważ mamy niedzielę, Kongres wyjątkowo pozwolił podliczyć głosy w piątek. 

Sesja nie cieszyła się zainteresowaniem - była na niej Nancy Pelosi, Boehner wyglądał na zbolałego, a Paul Ryan nie przyszedł. Więcej ludzi było na widowni, niż na sali obrad. Wszystko trwało zaledwie pół godziny. Całość (dla BARDZO zainteresowanych) tutaj.


4.  Obama zostanie oficjalnie zaprzysiężony na drugą kadencję 20 stycznia, w niedzielę za dwa tygodnie.


* Królewski zarządca i bailiff Chiltern Hundreds (Crown Steward and Bailifff of the three Chiltern Hundreds of Stoke, Desborough and Burnham) oraz Królewski zarządca i bailiff Northstead są starodawnymi urzędami nadawanym osobie, która chce zrezygnować z Izby Gmin. Ponieważ oficjalnie nie można "zrezygnować", poseł musi zwrócić się do Kanclerza Skarbu z prośbą o mianowanie go bailiffem tego i owego, gdyż objęcie urzędu płatnego z "królewskiej szkatuły" (1 funt rocznie) nie pozwala na zajmowanie stanowiska posła. Na koniec akcent polski: obecnym bailiffem Chiltern Hundreds jest Dennis MacShane, urodzony jako Dennis Matyjaszek.

niedziela, 21 października 2012

Podkuchenny Ryan

Doskonale wiadomo, że amerykańska kampania wyborcza rządzi się własnymi prawami. Jedną z rzeczy, którą robią kandydaci na wyborczym szlaku jest odwiedzanie instytucji - edukacyjnych, dobroczynnych, gastronomicznych, rozmaitych. Należy przy tym wykazać się jakąś aktywnością: a to coś przeczytać dzieciom, zjeść hamburgera, zapytać pacjentów jak się mają, a farmera jak mu się w tym roku udały zbiory kalarepy, w sumie nic wielkiego. 

W czasie takich gospodarskich wizyt nietrudno o gafy. Można - jak prezydent George Bush senior w 1992 roku - dziwować się w supermarkecie nad czytnikiem kodów kreskowych, które były w użyciu już od ponad dekady. Można, jak Dan Quayle, nieszczęsny zastępcą Busha, poprawiać dzieci w szkole, upierając się, że "potato" prawidłowo pisze się: "potatoe"

Jakiś czas temu Paul Ryan także wziął udział w takim "spontanicznym" wydarzeniu. Odwiedził mianowicie jadłodajnię dla ubogich Stowarzyszenia Świętego Wincentego a Paulo, zupełnie przypadkiem znajdującą się w kluczowym stanie Ohio. W prasie pojawiły się zdjęcia Ryana i pani Ryanowej w twarzowych fartuszkach, myjących naczynia. Rzecznik kandydata na wiceprezydenta powiedział, że wizyta Ryana w jadłodajni służyła "podkreśleniu znaczenia dobroczynności i wolontariatu dla społeczeństwa obywatelskiego". 



Jak jednak doniósł "Washington Post", ekipa Ryana wpadła z nienacka do jadłodajni, grubo po tym, jak skończono rozdawać jedzenie, posprzątano i umyto kuchnię. Państwo Ryan i trójka zakasali jednak rękawy, przywdziali fartuszki i zabrali się za "mycie" kilku czystych sprzętów kuchennychDali sobie, oczywiście, zrobić zdjęcia i po kwadransie już byli w drodze na lotnisko. A wszystko to nawet bez uprzedniego spytania o zgodę kierownictwa jadłodajni. 


Oczywiście, wszyscy wiedzą, że każda taka "spontaniczna" wizyta jest ustawiona, że chodzi o okazję do zrobienia paru zdjęć i pokazanie się tu czy tam. Nikt nie miałby do Ryana pretensji, gdyby swoją ustawioną wizytę potraktował zgodnie z zasadami tej zabawy - jak polityczny teatr w którym kandydat udaje, że z przyjemnością odwiedza daną instytucję, a wyborcy udają, że mu wierzą. 

Prawdziwy problem polega na tym, że Ryan próbował bezczelnie oszukać odbiorców, przekonując ich, że robi coś, czego w rzeczywistości wcale nie robił. Należy się tylko cieszyć, że robił to tak nieudolnie - jest szansa na to, że następnym razem jakiś polityki zastanowi się dwa razy zanim wparuje gdzieś bez pytania, żeby zrobić sobie kampanijne zdjęcie.

czwartek, 18 października 2012

O debatach śpiewająco

Dla tych, którzy nie widzieli ostatniej debaty: nieocenieni The Gregory Brothers właśnie wkleili na youtube'a jej umuzycznioną, bardzo funkową wersję. Cała debata w ciągu dwóch i pół minuty: są i najważniejsze tematy, i "skoroszyty pełne kobiet", a także biorąca jakże aktywny udział w debacie Candy Crowley. A wszystko to powstało w ciągu niecałej doby po zakończeniu debaty. Chapeau bas!


Gregory Brothers (na youtube występujący jako schmoyoho) zaczęli od przerobienia przy pomocy Auto-tune wiceprezydenckiej debaty z 2008 roku, między Sarą Palin i Joe Bidenem. Nie sposób zaprzeczyć, że w porównaniu z tegorocznymi debatami efekt wydaje się bardzo amatorski, ale dał początek całej serii - Auto-tune the News - w której tworzyli piosenki z wiadomości telewizyjnych: jedna z nich, Bed Intruder Song, stała się nawet najpopularniejszym klipem na YT w roku 2010. Z czasem seria zmieniła nazwę na obowiązującą obecnie - Songify This. Pomogli też stworzyć aplikację na smartphone'y, Songify, za której pomocą można robić z grubsza to samo co oni. Z grubsza, bo tworzone przez nich piosenki są coraz, coraz lepsze.

Poniżej klipy z  dwóch poprzednich debat, muzycznie chyba nawet jeszcze lepsze:




sobota, 13 października 2012

Ćwicz z Ryanem!

Jeszcze trochę o łatwości z jaką wiceprezydenccy kandydaci upodabniają się do własnych karykatur. 

Republikanie od razu zareagowali na śmichy-chichy Bidena, wypuszczając klip uderzający w znany ton: "Joe Biden jest niepoważny i śmieje z istotnych spraw".

To jednak nic w porównaniu z tym, co sam zrobił sobie Paul Ryan. Republikański kongresmen, znany ze zdrowego trybu życia, uprawiania sportów i biegania w maratonach (no, w jednym), rok temu wystąpił w "sportowej" sesji zdjęciowej dla magazynu "Time", gdzie prezentował swój słynny zestaw ćwiczeń, P90X. Zdjęcia zostały opublikowane w czwartek i już porównuje się do fotografii Dukakisa w czołgu czy Kerry'ego w stroju plemnika, o których pisałem wcześniej.




Pozornie wszystko w porządku: sportowy strój, słuchawki w uszach, w rękach hantle, niby normalna wizyta na siłowni. Ale wszystko to sprawie wrażenie cokolwiek dziwaczne: siedzi w czymś co przypomina bluebox, choć zdjęcia zostały zrobione we wnętrzu, Ryan ma na głowie czerwoną bejsbolówkę (w dodatku, z niewiadomych przyczyn, odwróconą), a hantle podnosi z miną no cóż... niezbyt mądrą. Jasne, mało kto wygląda inteligentnie dźwigając ciężary, ale nie każdy przypomina "chłopca z niskobudżetowego boysbandu". 

Republikanie oburzyli się, oczywiście, że "Time" opublikował je właśnie teraz, w dniu debaty, i rzeczywiście, trudno zrozumieć dlaczego zwlekano z nimi aż rok. Z drugiej strony, są to zdjęcia na których zrobienie Ryan sam się zgodził, z pewnością je też autoryzował. Jeśli sam się nie zorientował, że wygląda idiotycznie i niepoważnie, dlaczego nie powiedział mu tego żaden z jego ludzi? 

Póki co, nie wiadomo, ale FoxNews na pewno znajdzie na to odpowiedź i jestem pewien, że ostatecznie winny okaże się Obama. 

piątek, 12 października 2012

Foghorn Leghorn kontra Doogie Howser

Wszyscy ostrzyli sobie zęby na wczorajszą debatę wiceprezydencką - i słusznie, starcie starego wygi z młodym wilczkiem jest interesujące samo w sobie, a co dopiero, kiedy naprzeciwko siebie stają Joe Biden i Paul Ryan. 

Według Republikanów pierwszy jest "maszyną do popełniania gaf", wiejskim głupkiem, który ośmiesza urząd wiceprezydenta (jeśli przypadkiem to nie jest oksymoron). Dla Demokratów Ryan to bezwzględny "król liczb", wyznawca Ayn Rand, który w chwilach wolnych od pakowania na siłowni bilansuje budżet zrzucając babcię z urwiska.


W czasie debaty Biden był agresywniejszy, przerywał Ryanowi, a przede wszystkim ciagle szczerzył zęby i wybuchał głośnym śmiechem, kpiąco reagując na wypowiedzi Republikanina. Chodziło oczywiście o to, by zatrzeć złe wrażenie po niezbyt imponującym (i nazbyt koncyliacyjnym) występie Obamy. Zachowanie Bidena bywało irytujące, ale było skuteczne - to on nadawał ton debacie, parę razy udało mu się zagiąć Ryana i to jego większość komentatorów (i sondaży) uznała za zwycięzcę, zgodnie z regułą wedle której wygranym jest ten, kto zachowuje się bardziej bojowo.

Z kolei Ryan dał się zahukać i nie wyglądał jak mózg swojej partii, którym rzekomo jest.    Przy Bidenie sprawiał raczej wrażenie niedoświadczonego młodzieniaszka, którego wiceprezydent nieustannie określał jako "mojego przyjaciela" - niby grzecznie, ale przecież lekceważąco. Kiedy próbował być spokojny i merytoryczny, gubił się i odpowiadał trochę automatycznie. Kiedy próbował być arogancki - jak to miewa w zwyczaju - trafiał na lepszego od siebie. 

Jonathan Martin z Politico celnie określił wiceprezydencką debatę jako starcie Foghorna Leghorna, agresywnego koguta z kreskówek Looney Tunes i Doogiego Howsera, przemądrzałego małego geniuszka z serialu o którym pewnie mało kto dziś pamięta.


Zaiste, Biden i Ryana bardzo łatwo sprowadzić do roli karykatury, ale trzeba uczciwie przyznać, że obaj robią wiele, żeby tak było. Za to przynajmniej dostaliśmy niezłe widowisko,  pozbawione - jak uczy nas historia wiceprezydenckich debat - większego znaczenia dla wyników głosowania 6 listopada.

czwartek, 6 września 2012

W konwencji potlaczu

H. L. Mencken, jeden z najlepszych amerykańskich satyryków XX wieku, łojący po równo Republikanów, Demokratów i cały system polityczny Stanów Zjednoczonych, tak pisał w 1924 roku:
Pod pewnymi względami konwencja wyborcza przypomina publiczną egzekucję. Jest wulgarna, jest paskudna, jest głupia. Jest nużaca, uderza zarówno w ośrodek wyższych czynności mózgowych, jak i w gluteus maximus (czyli "w tyłek", przyp. P.T.), a jednak jest w jakiś sposób urocza".
Pisał to w czasach, kiedy konwencje partyjne miały jeszcze realne znaczenie, to właśnie w ich trakcie wybierano kandydata danej partii na urząd prezydenta. To prawda, że odbywało się to nierzadko w brzydki sposób, metodą zakulisowych transakcji, często po żmudnych, wielodniowych głosowaniach (szczególnie skłonni byli do tego Demokraci) ale przynajmniej  wynik konwencji nie był oczywisty.

Dziś nazwisko kandydata - zwycięzcy partyjnych prawyborów - znane jest już zazwyczaj parę miesięcy wcześniej. Ostatnie konwencje, co do których wyników były jakiekolwiek wątpliwości, miały miejsce w latach 1976 (u Republikanów, kiedy Ronald Reagan spróbował odebrać nominację urzędującemu prezydentowi Fordowi) i 1980 (gdy Ted Kennedy próbował tego samego z Carterem). Kiedyś w trakcie konwencji ogłaszano przynajmniej nazwisko kandydata na wiceprezydenta, ale od lat 80. również odbywa się to wcześniej.

Konwencje są teraz wyłącznie spektaklem, wydarzeniem polityczno-rozrywkowym, które jest niestety boleśnie przewidywalne (gratki takie, jak wystąpienie Clinta Eastwooda, nie zdarzają się często)Wiadomo, że wystąpi cała plejada mówców, mająca pokazać wewnętrzną różnorodność partii (zadanie znacznie trudniejsze dla GOP). Wiadomo, że wystąpi "kluczowy mówca", który nakreśli osnowę kampanii wyborczej i program partii. Wiadomo, że będą przemawiać żony kandydatów, mające ich rzekomo "uczłowieczać". Wreszcie, wiadomo, że na końcu wystąpi sam kandydat, przyjmie nominację, wygłosi przemówienie, zabrzmi muzyka i wszyscy rozjadą się do domów bardzo z siebie zadowoleni.

Pierwsze na myśl przychodzi skojarzenie z potlaczem -  indiańskim rytuałem trwonienia przez gospodarza dóbr, żeby zachować swój prestiż. Republikanie i Demokraci co cztery lata wyrzucają miliony dolarów w błoto tylko po to, by pokazać, że mogą sobie na to pozwolić. 




Uwaga jaką media poświęcają konwencjom (w sumie około 15 tysięcy [sic!] dziennikarzy na każdej z nich) jest zupełnie niewspółmierna do ich rzeczywistego znaczenia, ale znakomicie pokazuje wzajemną, perwersyjną zależność polityki i przemysłu informacyjno-rozrywkowego. Żywot  CNN, MSNBC czy Fox News zależy m.in. od właśnie takich wydarzeń jak konwencje partyjne. Dziennikarze analizują każdą kolejną, choćby najbardziej banalną mowę i rozpływają się nad przemówieniami Ann Romney i Michelle Obamy, które niewiele różniły się od wystąpień innych żon kandydatów w ostatnich dekadach ("mój mąż jest fantastycznym człowiekiem i będzie/jest świetnym prezydentem"). Szczyty absurdu osiąga CNN, gdzie Wolf Blitzer każdą kolejną mowę określa mianem "historycznej", "wielkiej" albo przynajmniej "solidnej", a jakiś inny facet podłącza grupce widzów kabelki i mierzy ich reakcje na kolejne przemówienia. W tym roku przynajmniej odbyło się bez hologramów.

Konwencje mają, tak naprawdę, jeden wymierny cel. Są okazją do zaprezentowania się dla obiecujących i ambitnych polityków obu partii. To właśnie świetne przemówienie na konwencji w 2004 roku Baracka Obamy, podówczas zaledwie kandydata na senatora, rozpoczęło jego błyskawiczną karierę. W tym roku tak Republikanie, jak i Demokraci wspominali od czasu do czasu o kandydatach swoich partii (Demokraci trochę częściej Obamę, niż Republikanie Romneya), ale zazwyczaj - niczym dżentelmeni ze skeczu Monty Pythona - licytowali się, kto miał za młodu gorzej i biedniej, a także opowiadali o swoich osiągnięciach, przygotowując się na rok 2016.

Choć w Tampie Republikanie musieli oficjalnie deklarować wiarę w to, że za cztery lata prezydent Romney będzie ubiegał się o reelekcję - przemówienia Chrisa Christiego, Marco RubioScotta Walkera czy nawet Paula Ryana były lepsze od mowy Romneya i - co ważniejsze - znacznie bardziej ekscytowały delegatów. 

W Charlotte nie brakowało kandydatów do nominacji Demokratów w 2016 roku, choć faworytką jest wciąż Hillary, która sama pewnie nie wie czy będzie startować ponownie. Byli ci, o których mówi się od dawna: gubernator Maryland Martin O'Malley (alias Tommy Carcetti) i senator z Wirginii Mark Warner, jak i newcomers, jak Julian Castro (kolejny, po Rubio, "latynoski Obama"), burmistrz San Antonio w Teksasie czy Cory Booker, burmistrz Newark w New Jersey.

Innymi słowy, konwencje nie są niczym więcej, jak tylko showing off & jerking off równocześniepokazywaniem się, puszeniem się kandydatów, przyszłych kandydatów, sponsorów etc., a także wzajemną masturbacją emocjonalną członków partii,  pławieniem się  we własnej spaniałości i słuszności, zakończoną - symbolicznie - wypuszczeniem w powietrze tysięcy balonów w kolorach narodowych. Wszystko to, w rozsądnych ilościach jest w porządku, ale co za dużo, to niezdrowo. Ponieważ zaś liczba widzów konwencji konsekwentnie spada, wydaje się, że amerykańscy widzowie zdają się - na szczęście - myśleć tak samo.

Zwyczaje umierają jednak bardzo powoli i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miano nam (i sobie) oszczędzić kolejnych potlaczy.


PS: Czwartkowe wystąpienia na konwencji Demokratów jeszcze przed nami, ale nie wydaje się, żeby Scarlett Johansson i Natalie Portman powiedziały coś szczególnie ciekawego. Joe Biden może niczego nie chlapnie, a przemówienie Obamy będzie pewnie dobre, choć może nie aż tak ekscytujące jak mowa Billa Clintona. Aha, co ciekawe, po wystąpieniu prezydenta podobno mają nie wypuszczać balonów. 

czwartek, 30 sierpnia 2012

Sztampa w Tampie

Nie, wcale nie zapomniałem o konwencji Republikanów w Tampie - po prostu nie wydaje mi się zbyt interesująca. Oglądam niektóre przemówienia i wszyscy mówią z grubsza to samo: o swoich rodzinnych miasteczkach, o tym co mówił im ich ojciec, o małych przedsiębiorstwach ich ojców, wujków i dziadków, a przede wszystkim o matkach. I, oczywiście, Obamie, który zadłuża Amerykę, rozbudowuje rząd federalny i nie jest przywódcą. W sumie przewidywalna nuda.

Kilka rzeczy zwróciło jednak moją uwagę:

1) Tematem przewodnim konwencji GOP uczyniła odpowiedź na rzekomą uwagę Obamy, że jeśli masz jakiś biznes, to nie Ty go stworzyłeś. Jest to mój typ na największe kłamstwo tegorocznej kampanii, także dlatego, że jest tak grubymi nićmi szyte. Każdy, kto zadał sobie odrobinę trudu i posłuchał całej wypowiedzi Obamy - a nie tylko wyciętego fragmentu puszczanego w kółko przez Fox News - wie, że mowa była o tym, że jeśli masz jakiś biznes, to  nie jesteś samowystarczalny, bo korzystasz z dróg i infrastruktury zbudowanej przez państwo, której zaiste "nie zbudowałeś". 


2) Stosunkowo mało mówi się o samym kandydacie GOP. Prelegenci częściej mówią o urzędującym prezydencie (choć nie tak często, chyba, jak o matkach) niż o swoim kandydacie do Białego Domu. Wygląda to jak gdyby wspominali o nim z musu. 

3) Jeśli ktoś wzbudza prawdziwy entuzjazm delegatów, to wyrzucający z siebie bitewne zawołania Chris Christie i - zwłaszcza - Paul Ryan. Z trudem wyobrażam sobie, żeby przemówienie Romneya było w stanie przyćmić mowę Ryana. Kamera czasem pokazuje Mitta - siedzi skrzywiony, z bólem wypisanym na twarzy. I właściwie trudno mu się dziwić. Z jednej strony musi słuchać tych wszystkich komunałów. Z drugiej, ma chyba przeczucie, że nie wygra i cała ta konwencja służy tak naprawdę promocji kandydatów do republikańskiej nominacji za cztery lata.

4) Matki. Czy wspominałem, że wszyscy mówią o matkach? 

sobota, 18 sierpnia 2012

Hillary i Joe: zamiana miejsc, która nie nastąpi

Od lat wszyscy wiedzą, że Joe Bidenowi zdarza się powiedzieć coś nie na miejscu, bez zachowania politycznej poprawności, a czasami po prostu od rzeczy. W sytuacji w której polityka - szczególnie amerykańska - jest jednak tak silnie zrytualizowana, Biden wnosi pewną autentyczność i szczerość.

Kiedy parę dni temu powiedział do grupy wyborców (w dużej mierze czarnych), że pod rządami Romneya "Wall Street zakuje Was z powrotem w kajdany" Republikanie rozpętali histerię. Komentarz wiceprezydenta odnosił się do słów Paula Ryana o konieczności "zrzucenia kajdanów krępujących gospodarkę", ale można go uznać za niestosowny, zwłaszcza zważywszy na kontekst. Okazuje się jednak, że Joe Biden nie tyle ma za długi język, ile jest prawdziwym rasistą. Cóż, trzeba przyznać, że to odważny zarzut ze strony partii, która ma w Kongresie jednego czarnoskórego przedstawiciela, a i to tylko dopiero od zeszłego roku. 

Wielkim zaskoczeniem okazało się również to, że Republikanów żywotnie interesuje dobro prezydenta Obamy i skuteczność jego kampanii wyborczej. Senator John McCain stwierdził, że "byłoby mądrze" zastąpić Bidena kimś innym, Sarah Palin zasugerowała Hillary Clinton (sic), a prawicowe blogi rozpisały się o tym, jak bardzo Biden nie nadaje się na stanowisko wiceprezydenta. No cóż, kolejny poważny zarzut ze strony partii, która wybierała na to stanowisko takie tuzy intelektu, jak Spiro Agnew, Dan Quayle czy rzeczona Sarah Palin.

Teoretycznie byłoby to możliwe, choć ostatni przypadek wymiany wiceprezydenta miał miejsce w 1944 roku i zrobił to Franklin D. Roosevelt, (zastępując nieco zbyt liberalnego Henry'ego Wallace'a Harrym Trumanem), ubiegający się wówczas o czwartą kadencję i mogący sobie na taki ruch pozwolić. Obama nie jest jednak w tak komfortowej sytuacji, a na trzy tygodnie przed konwencją partyjną wyglądałoby to na ruch desperata - zupełnie niezrozumiały w sytuacji, w której konsekwentnie prowadzi w sondażach.

Tak czy inaczej, w internecie radośnie wrócono do ubiegłorocznych spekulacji na temat ewentualnej zamiany stanowisk między Bidenem i Hillary. Rzecznik pani sekretarz stanu, zmęczony nieustannym zaprzeczaniem jakoby jego szefowa spotkała się w sprawie wiceprezydentury z doradczynią Obamy, Valerie Jarrett, wystosował takie oto oświadczenie:

To nie miało miejsca.
Nie jadły lunchu.
Nie jadły żadnego innego posiłku.
Nie spotkały się w tym miesiącu.
Nie spotkały się w poprzednim miesiącu.
Nie spotkały się w 2012 roku.
Nie spotkały się w latach 2011, 2010 i 2009
To się nie dzieje.


Aha, jest jeszcze jeden BARDZO dobry powód dla którego za trzy tygodnie w Charlotte Biden zostanie nominowany ponownie - zbyt dużo wyprodukowano już chorągiewek, czapeczek, t-shirtów, kubków, przypinek, ubranek dla psów, futerałów na iPhone'y oraz setek innych rzeczy z napisem OBAMA-BIDEN, do kupowania których  codziennie zachęca mnie mailem sztab Obamy.

środa, 15 sierpnia 2012

Hey girl, it's Paul Ryan Gosling!

Wszyscy pewnie natknęli się kiedyś na słynne memy "hey girl". Założenie jest proste: na widok Ryana Goslinga kobiety mdleją, a mężczyźni stają się lepsi - "bez wysiłku podbija serca - wszystkie serca". Jest - rzekomo - tak niebywale słodki, przystojny i bezpretensjonalny, że wszystko co przeczyta można odebrać jako wyznanie miłości. Mojego serca nie podbił, ale powszechne uwielbienie dla niego - choć stanowi dla mnie jedną z największych tajemnic XXI wieku - jest faktem. 



"Hey girl" zaczęły powstawać już w roku 2008, na popularności zyskały dopiero w ubiegłym roku, po tym jak Gosling dwukrotnie pojawił się w MTV i przeczytał niektóre z memów na wizji (ha, a podobno telewizja nie ma już żadnego znaczenia). Rozpętało się szaleństwo - poza nieustannymi uczuciowymi deklaracjami, Gosling czytał wyimki z teorii feministycznej i genderowej, dzielił się opiniami na temat czcionek drukarskich, promował weganizm i cytował Szekspira. Wszystko czego nie tknął stawało się sexy, nic zatem dziwnego, że na fenomenie Goslinga spróbowali też zyskać politycy.

Zaczęło się od Rona Paula. Na blogu Ron Paul Ryan Gosling pojawiły się memy z Goslingiem cytującym guru amerykańskich libertarian. 


Nie miało to jeszcze - wbrew nazwie - wiele wspólnego z kongresmenem z Wisconsin, ale nie minęło jednak wiele czasu, kiedy (w kwietniu tego roku) pojawiły się memy "hey girl" z samym Paulem Ryanem, w których łączy seksualne aluzje z fiskalnym konserwatyzmem. Ludzi z biura Nancy Pelosi natychmiast odpowiedzili własnymi memami z Paulem Ryanem, w których to, co mówi, nie jest już takie fajne - a nieco bliższe prawdy.



Po tym jak Mitt Romney wybrał Ryana na swojego zastępcę, "Hey girl, it's Paul Ryan" rozlało się szeroką falą, ale raczej nie pomoże Romneyowi w wyborach. Amerykańska prawica desperacko pragnie kogoś ekscytującego, nowego i charyzmatycznego (stąd to ciągłe ogłaszanie kogoś "nowym Reaganem"), a ławka jest dramatycznie krótka, nic zatem dziwnego, że padło na Ryana. Zresztą, jego mina zgubionego psiaka rzeczywiście przypomina odrobinę Goslinga. Wizerunku GOP jako partii starych, białych, bogatych facetów (jak Romney) nie zmieni jendak młody, biały, bogaty facet, nawet jeśli codziennie ćwiczy na siłowni i łapie ryby gołymi rękami.

sobota, 11 sierpnia 2012

"Intelektualny przywódca partii" numerem 2

Na pokładzie pancernika "Wisconsin" w Norfolk, w Wirginii, przy dźwiękach czegoś, co brzmiało jak muzyka Hansa Zimmera, Mitt Romney ogłosił swój wybór kandydata na wiceprezydenta - Paula Ryanakongresmena z Wisconsin. I nagle stał się cud: wszyscy są zadowoleni.


Zadowoleni są Republikanie. Fox News ogłasza, że to "odważny ruch", że Ryan jest nie tylko młody, charyzmatyczny (o wiele bardziej od Romneya, nawiasem mówiąc) i lubiany przez Tea Party, ale też niebywale inteligentny. Porównują go do Kennedy'ego i - oczywiście - Reagana.

Zadowoleni są Demokraci. Intelektualne przywództwo Ryana polega nie tylko na tym, że lubi (a przynajmniej lubił) Ayn Rand, ale przede wszystkim na tym, że jest autorem budżetowego planu GOP, nazwanego górnolotnie Path to Prosperity, który opiera się na obniżkach podatków dla najbogatszych i cięciach w wydatkach budżetowych, w tym znacznej modyfikacji Medicare. To w odpowiedzi na niego jakiś czas temu Demokraci stworzyli bardzo nieelegancki klip w którym ktoś bardzo podobny do Ryana spycha starszą panią z urwiska.


Dla sztabu Obamy wybór Ryana jest świetną wiadomością, gdyż doskonale wpisuje się w przyjętą przez Demokratów narrację: Romney jest kandydatem starych, zawodnych metod, które nie mogą naprawić sytuacji gospodarczej, gdyż to właśnie one są odpowiedzialne za kryzys. Ryan sprawia, że w kampanii pojawia się kolejny temat niezbyt wygodny dla Republikanów - zakusy GOP na Medicare, popularną także wśród republikańskich wyborców. Jako żywo, zdobycie głosów starszych ludzi (pozdrowienia z Florydy) będzie teraz naprawdę niełatwym zadaniem dla sztabu Romneya.

Wybór Ryana jest - także  z tego powodu - dość zaskakujący. Od dawna wszyscy powtarzali do znudzenia (i ja także), że wiceprezydenckim kandydatem będzie zapewne senator Portman albo gubernator Pawlenty - stało się to jednak wiedzą tak powszechną, że - jak widać z perspektywy - po prostu nie mogło nastąpić, gdyż zostałoby przyjęte najwyżej ze wzruszeniem ramion.

Przegrywający w sondażach kandydat Republikanów potrzebował kogoś zaskakującego, nowego, młodszego, bardziej konserwatywnego i popularniejszego wśród partyjnej bazy. Wszyscy pamiętamy jak skończyło się to cztery lata temu, mimo początkowego entuzjazmu na prawicy - włącznie z namaszczaniem na "nowego Reagana".

O ile jednak świeżo upieczona gubernator Alaski była nikim, zasiadający w Kongresie od wielu lat Ryan rzeczywiście jest - jak określił go sam Romney - "intelektualnym przywódcą partii". Należałoby jednak zadać pytanie - dlaczego rzekomy "intelektualny lider partii", który narzuca linię programową całej partii startuje tylko na wiceprezydenta? Nic dziwnego, że przedstawiając go, Romney pomylił się i nazwał "następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych". 

Być może za cztery lata (jeśli Romney przegra), albo za osiem (jeśli wygra), Ryan stanie się rzeczywistym liderem partii - tak, jak w ostatnich latach to poglądy Sary Palin, a nie McCaina stały się obowiązującymi poglądami Partii Republikańskiej. Na razie jednak, Amerykanie wybierają między Obamą a Romneyem. I tyle. Paul Ryan - jak żaden wiceprezydencki kandydat - nie będzie miał żadnego znaczenia dla ostatecznego wyniku wyborów.

sobota, 14 lipca 2012

Finał zabawy

Ani się człowiek spostrzegł, a tu powoli już dobiega końca gra w "veepstakes". Choć konwencja partyjna dopiero pod koniec sierpnia, sztab Romneya zasugerował, że już niebawem ich kandydat ogłosi, kogo wybrał na swojego wiceprezydenta.

W tym roku sytuacja jest o tyle niecodzienna, że na giełdzie nazwisk nie pojawiają się w ogóle inni uczestnicy prawyborów. Do tej pory zwycięzca nierzadko wybierał sobie na kompana jednego z pokonanych kolegów (Reagan, Clinton, Kerry) - a przynajmniej rozważał taką możliwość. Tym razem nie ma kogo wybierać - jak w "Hunger Games": w świetle kamer uczestnicy skoczyli sobie do gardeł i powyrzynali się wzajemnie, aż na placu boju pozostał tylko jeden, bardzo pokiereszowany zwycięzca. Mowy nie ma zatem o żadnym Santorumie czy Gingrichu.


To sprawiło, że w tej wesołej zabawie uczestniczyli niemal wszyscy. Media wyrzucały z siebie listy nazwisk, czasami zupełnie przypadkowych, i domagały się komentarzy.




W kolejnym etapie słuchaliśmy o tym, kto jest "vetted" czyli sprawdzany pod kątem ewentualnej nominacji. Innymi słowy - czy nie ma kochanki/kochanka, czy nie oszukuje na podatkach, czy nie zatrudnia nielegalnie gosposi, czy nie powiedział kiedyś czegoś STRASZNIE głupiego, etc. Twist zabawy polega na tym, że i tak właściwie nie ma jak sprawdzić kto jest, a kto nie jest prześwietlany, toteż wszystkie strony mogą mówić, co im się żywnie podoba. 

Jeśli zatem jest się ambitnym politykiem średniego szczebla, można łatwo pozyskiwać punkty do znaczenia, rozpoznawalności i obecności w mediach. Równocześnie stosuje się jednak formułkę "jestem bardzo zaszczycony/a, że jestem prześwietlany, ale dalej chcę pracować na zajmowanym stanowisku (gubernator/senator), bo tak obiecałem/am wyborcom...", za pomocą której zdobywa się punkty do odpowiedzialności i oszczędza sobie wstydu, gdyby okazało się, że nie przeszło się do etapu następnego. Jeśli jest się kimś ważnym, a przy tym rzeczywiście zainteresowanym wiceprezydenturą, po wygłoszeniu standardowej formułki należy dodać, że "dałoby się przekonać".

Jeśli się jest Romneyem, można z kolei podsycać zainteresowanie różnymi kandydatami w zależności od potrzeb. Kiedy pojawia się jakiś sondaż, w którym Romney na słabe notowania u kobiet, zwraca się uwagę, że "na liście" jest przecież dużo kobiet - Nikki Haley, Kelle Ayotte, Susana Martinez - a żona Romneya mówi, że jej mąż "rozważa wybranie kobiety na wice". To "rozważanie" jest w ogóle wygodną formułką.

Kiedy tematem są problemy Republikanów z latynoskimi wyborcami, częściej  mówi się o Marco Rubio i wspomnianej już Martinez, gubernator Nowego Meksyku. To ma pokazać, że Romney i GOP są wrażliwi na sprawy tej grupy i poważnie rozważają wybranie latynoskiego VP, ale to, że padają tylko dwa nazwiska, pokazuje raczej jak krótka jest "latynoska ławka" Republikanów.

Czasami zabawa jest aż nazbyt przejrzysta. Po tym, jak kilka dni temu Romney został wybuczany na spotkaniu z NAACP (Krajowym Stowarzyszeniem na rzecz Awansu Ludności Kolorowej), nagle na giełdzie wiceprezydenckiej pojawiła się Condoleezza Rice. Pal sześć, że jak na dzisiejsze standardy GOP jest ona bez mała socjalistką (pro-choice, popiera związki partnerskie, groza) - po wpadce na spotkaniu NAACP sztab Romneya za wszelką cenę chce pokazać, że ich kandydat "rozważa wybranie czarnej osoby", a Condi Rice jest JEDYNĄ rozpoznawalną czarną osobą w szeregach Republikanów. 

Oczywiście, media czasem utrudniają zabawę - obu stronom - donosząc, że dana osoba wcale nie jest "vetted" przez sztab Romneya. Dla kandydata jest to policzek, bo okazuje się, że nawet nie zakwalifikował się do półfinału. Dla Romneya - problem, bo okazuje się, że pomimo zapewnień, wcale nie bierze pod uwagę tego latynosa czy tej kobiety.

Dziś, zbliżając się do finału, słyszymy już tylko o "krótkiej liście", na której mają znajdować się cztery nazwiska:
  • Paul Ryan, kongresmen z Wisconsin, ten od planu oszczędnościowego GOP,
  • Bobby Jindal, gubernator Luizjany, 
  • Tim Pawlenty, były gubernator Minnesoty,
  • Rob Portman, senator z Ohio. 
Jak widać - żadnej kobiety, żadnego latynosa, żadnego Afroamerykanina, mniejszości reprezentuje przynajmniej Jindal - z pochodzenia Hindus. 


Ponieważ ja również bawię się w "veepstakes", obstawiam któregoś z nudziarzy - Pawlenty'ego albo Portmana, od którym od dawna mówiło się, że zostanie VP Romneya. Nie przyćmi szefa, jest z kluczowego Ohio, ma doświadczenie. Z kolei Pawlenty jest z Minnesoty, która też jest ważna, nie brakuje mu doświadczenia i jest odrobinkę ciekawszy od Portmana. Cztery lata temu znalazł się nawet na "krótkiej liście" McCaina, ale ostatecznie wybór padł na wszyscy-wiemy-kogo z wiemy-jakim-skutkiem. Przypuszczam zatem, że Romney nie popełni tego samego błędu i wybierze kogoś bezpiecznego. Choć, jak wiemy, w tej zabawie zdarzają się i niespodzianki, to tegoroczna nie nazywa się ani Condi Rice, ani Marco Rubio, ani (chyba) Bobby Jindal. 

niedziela, 8 lipca 2012

Skumbrie w tomacie

Śmieszna sprawa. Gubernator Luizjany, Bobby Jindal (wschodząca gwiazda Partii Republikańskiej), podpisał ustawę pozwalającą na opłacanie z funduszy stanowych szkół religijnych. Valarie Hodges, członkini stanowej Izby Reprezentantów, Republikanka i sympatyczka Tea Party, głosowała za ustawą, ale dziś jest oburzona, bo okazuje się, że (o zgrozo!) ustawa pozwala na finansowanie szkół RÓŻNYCH religii:
Popieram nauczanie podstaw religii Ojców Założycieli, to znaczy chrześcijaństwa [sic!], w szkołach publicznych i prywatnych. (...) Niestety, nie będzie ono ograniczało się do religii Założycieli.
Honest mistake. Pani Hodges nie wiedziała, po prostu, że "religijny" nie musi oznaczać "chrześcijański". Nie wiedziała również (i pewnie dalej nie wie), że Ojcowie Założyciele byli mało chrześcijańscy. Za to wie już, że nowe prawo pozwoli na finansowanie z budżetu stanowego "radykalnych islamistów", czemu jest - rzecz jasna - przeciwna.


Niby nic takiego, ot, kolejna przypowieść o dogmatyzmie dzisiejszych Republikanów, którzy  w ogóle nie oglądając się na ewentualne skutki forsują swój program ekonomiczny i społeczny niczym religię (co niekiedy, jak widać, jest jednym i tym samym). Pal sześć, kiedy skutkiem jest jedynie dyskomfort jakiejś stanowej posłanki, ale konsekwencje takiego fanatyzmu bywają czasami znacznie poważniejsze.

W 2010 roku władze Colorado Springs (tego od doktor Quinn), miasta znanego ze swojego prawicowego i libertariańskiego podejścia, w imię oszczędności i walki z deficytem dokonały ogromnych cięć w budżecie. Oprócz zlikwidowania części oświetlenia ulicznego, miejskich toalet, koszy na śmieci w parkach oraz komunikacji miejskiej w weekendy, obcięto też budżet policji i - tak właśnie - straży pożarnej, zmuszając na obu instytucjach redukcję zatrudnienia i sprzedaż śmigłowców.

Wcześniej w referendum mieszkańcy miasteczka zdecydowanie odrzucili podniesienie podatku od nieruchomości, (jednego z najniższych w kraju), który o ponad 10% zwiększyłby miejski budżet, i w ogóle jakichkolwiek podatków, konsekwentnie obniżanych od 1990 roku. W efekcie, władze miejskie zachęcały do wolontariatu, samodzielnego zbierania śmieci, koszenia miejskich trawników etc. "Zmierzamy niemalże w stronę modelu 'zrób-to-sam'", oznajmiał z dumą jeden z miejskich radnych. Ale - co oczywiste, choć może nie dla władz Colorado Springs - zbieranie śmieci to niejedyna funkcja władz miejskich.

Właśnie trwa dogaszanie największego pożaru w historii Kolorado, który zniszczył wiele domów w Colorado Springs, drugim największym mieście w stanie. Zginęły na szczęście jedynie dwie osoby, ale konieczna była ewakuacja kilkudziesięciu tysięcy. Raczej nie dało się zapobiec katastrofie, ale z pewnością miejscowej straży pożarnej walczyłoby się z ogniem lepiej, gdyby miała więcej pieniędzy - i więcej ludzi.


Kiedy wybuchły pożary, trzech republikaskich kongresmenów z Kolorado zażądało od władz federalnych  sprzętu i większych funduszy. Żeby było zabawniej, wszyscy głosowali w Izbie Reprezentantów za tzw. Planem Ryana, sztandarowym projektem gospodarczym swojej partii, który dramatycznie obniżał federalne wydatki - tak, także na straż pożarną. Efekt? W Do walki z pożarami w Colorado Springs U.S. Forest Service (Straż Leśna) musiała pożyczać śmigłowce z Kanady - tak jak robiła to rok wcześniej przy okazji pożarów w Teksasie i na Alasce.

What's the matter with Colorado (Springs)? chciałoby się zapytać. Odpowiedź: z grubsza to samo co z Kansas., niestety. Ale jest nadzieja. Pani Hodges z Luizjany, tłumacząc swój sprzeciw wobec ustawy o szkołach religijnych, wyjaśnła: "Kiedy spojrzy się na szczegóły ustawy, pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi na temat długofalowych skutków, jakie mogą przynieść owe zmiany". Lepiej późno niż wcale.