Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Frum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Frum. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 kwietnia 2012

"Dziś Reagan nie zdobyłby nominacji Republikanów"


Kilka razy wspomniałem już o tym, że umiarkowani Republikanie zaczynają być ginącym gatunkiem, ale tempo w jakim się to dzieje, zaskakuje chyba wszystkich, którzy jeszcze jakiś czas temu czytali wszędzie jak to Obama i Demokraci są skazani na katastrofalną klęskę w tegorocznych wyborach.

Tymczasem tu i ówdzie widać było pewne znaki. Schemat jest podobny. W republikańskich prawyborach, w konserwatywnych stanach, przeciwko umiarkowanemu, walczącemu o reelekcję incumbent staje bardziej „konserwatywny” kandydat „z ludu”, atakujący go z prawej strony za nawet najmniejsze odstępstwo od „konserwatywnej” doktryny. Ponieważ Demokrata zazwyczaj się w tych stanach nie liczy, walka o zwycięstwo odbywa się, de facto, w czasie prawyborów – kto je wygra, ma 99,9% na wygraną w listopadzie.

Zaczęło się już w 2010 r. i to obiecująco. W Utah Tea Party wykopała w prawyborach urzędującego senatora-weterana, Boba Bennetta (trzy kadencje w Senacie), zamieniając go na innego, wspieranego m.in. przez Ricka Santoruma, kandydata, który wygrał w cuglach – jak to zwykle Republikanin w Utah.

W innych stanach nie poszło jednak aż tak dobrze. Na Alasce, senator Lisa Murkowski (nie, nie będę pisał o jej polskich korzeniach), o włos przegrała w prawyborach z niejakim Joe Millerem, wspieranym przez Sarę Palin. Choć w grę wchodziły tu również osobiste animozje między paniami, przede wszystkim Miller był kandydatem Tea Party – poparła go np. także Michelle Bachmann. Mimo to, tradycyjnie konserwatywna przecież – ale umiarkowanie – Alaska wybrała Murkowski, dopisując jej nazwisko (a także rozmaite jego wersje) do listy.

W Delaware porażka była jeszcze bardziej spektakularna. O zwolnione przez wiceprezydenta Joe Bidena miejsce miał odbyć się pojedynek między obiema partiami – wyrównany, choć ze wskazaniem na GOP. Tymczasem, prowadzący w sondażach były republikański gubernator został pokonany przez Christine O'Donnell, „byłą czarownicę”, która doznała religijnego nawrócenia i walczy z masturbacją. W listopadowych wyborach z kretesem przegrała z bezbarwnym Demokratą.

Wielu komentatorom zdawało się, że te porażki przypieczętowały los republikańskich radykałów, którzy mogą zaszkodzić centroprawicowym kandydatom, ale sami nie są w stanie (zazwyczaj) wygrać. Tymczasem w 2012 roku Mitt Romney musi użerać się z Rickiem Santorumem, który sam nie tylko nie zdobędzie nominacji, ale też gdyby ją jakimś cudem zdobył (a w cuda wierzy), to przegrałby z Obamą sromotnie.

To jednak nie ma znaczenia. Atakowany z prawej, Romney broni się z prawej, raz po raz zaprzeczając wszystkiemu temu, co czyniło go atrakcyjnym kandydatem dla centrowych, tzw. niezależnych wyborców. W ostatnim, „Mad Menowym” numerze „Newsweeka” polecam interesujący artykuł Davida Fruma George and Mitt Romney & the Death of Moderate GOP”). Autor (Republikanin) porównuje kampanie wyborcze Mitta Romneya i jego ojca, George'a. Pokazuje, jak w 1968 roku Romney-ojciec sprzeciwiał się partyjnym radykałom, a 44 lata później jego syn próbuje się im przypodobać.

"W 1966 roku George Romney próbował ich pokonać. W 2012 roku Mitt Romney chce do nich przystać.W 1966 roku zdawało się, że umiarkowani będą rządzić GOP już zawsze, a George Romney był ich wielką nadzieją. W 2012 roku umiarkowani są na wymarciu, a Mitt Romney poświęca większość czasu na dystansowanie się od tego wszystkiego co zdziałał, a co może go z nimi łączyć".

Nie są to, co warto w tym miejscu podkreślić, ci sami radykałowie. Senator Barry Goldwater, „Mr. Conservative” który zdobył nominację GOP w 1964 roku i przegrał z Johnsonem największą – 22% - ilością głosów w historii, z czasem znalazł się na jej liberalnym skrzydle – nie ruszając się zbytnio z zajmowanych pozycji, jeśli nie licząc jego poparcia dla służby homoseksualistów w armii.

Przesunięcie się Republikanów na prawo jest tak kolosalne (nie mówię tu już o ostatnich czterdziestu latach, ale ostatnich czterech), że dla republikańskich wyborców przewiną staje się jakakolwiek współpraca z Demokratami w ogóle, a z prezydentem Obamą w szczególności.

Oto Dick Lugar, najstarszy wiekiem i stażem Republikanin w senacie (od 1977 roku), specjalista od spraw zagranicznych, wymieniany jako kandydat na sekretarza stanu, musi tłumaczyć się swoim wyborcom z popełnienia tak z ich punktu widzenia czynów, jak głosowanie za zatwierdzeniem obu nominatek Obamy do Sądu Najwyższego czy dobre kontakty z prezydentem, z którym współpracował w senackiej komisji spraw zagranicznych. Wyniki sondażowe nie są zaskakujące – kandydat GOP/Tea Party, remisuje w sondażach z kandydatem Demokratów, którzy sześć lat temu nawet nie wystawili nikogo przeciwko Lugarowi – taką cieszył się popularnością w swoim stanie.

W konserwatywnym Kansas („What's the matter with Kansas?”) w prawyborach do stanowej legislatury republikanie radykalni walczą z republikanami umiarkowanymi, którzy mają czelność blokować niektóre pomysły ultrakonserwatywnego gubernatora Sama Brownbacka, np. całkowitą likwidację dotacji na kulturę.

Nic dziwnego, że Olympia Snowe, najstarsza wiekiem i stażem Republikanka w senacie, wielokrotnie uznawana za najlepszą senator w izbie, ogłosiła ostatnio, że odchodzi z polityki:

Frustrujące jest to, że w naszych kampaniach wyborczych i instytucjach politycznych dominująca stała się atmosfera polaryzacji i podejście „albo będzie po mojemu, albo nie będzie wcale”.

Najlepiej podsumował to sam Obama, mówiąc, że gdyby dziś Ronald Reagan ubiegał się dziś o nominację Republikanów, „nie wyszedłby zwycięsko z prawyborów”. I nie jest to wcale dla niego powód do radości. Politykę w Stanach uprawia się na szczeblu federalnym w centrum – jeśli wygra wybory w listopadzie (a wydaje się to coraz pewniejsze), może się okazać, że współpraca z Kongresem może być jeszcze trudniejsza niż dotychczas. Radykałowie nie wygrają, ale przeszkadzać mogą – jak Santorum.