Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Senat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Senat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

"Wyślij oszczerczym liberałom wiadomość - Marco Rubio nie tylko cię inspiruje, ale też nawadnia".

Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że nic mnie już w amerykańskiej polityce nie zdziwi, okazuje się jak bardzo się myliłem.

Marco Rubio przed kamerami wypada może tak sobie, za to ma w sztabie ludzi, którzy są w stanie przekuć wpadkę w sukces. Albo przynajmniej na niej zarobić. Mowa oczywiście o odpowiedzi senatora   na orędzie prezydenta, kiedy przerwał przemówienie po to, by napić się wody, nie odrywając wzroku od kamery. Zaiste, wyglądało bardzo niezręcznie, ale media zrobiły z tego od razu aferę godną "Watergate", a taki z pozoru drobiazg może zaszkodzić komuś marzącemu o prezydenturze w 2016 roku. 

Otóż wspierający Rubio Reclaim America PAC (nazwa źle się trochę kojarzy, ale mniejsza o to). Na stronie Reclaim America można złożyć darowiznę na ich rzecz (czyli na rzecz senatora), a w zamian - jeśli wpłaci się więcej niż 25 dolarów - otrzymać butelkę wody z limitowanej edycji. "Wyślij oszczerczym liberałom wiadomość - Marco Rubio nie tylko cię inspiruje, ale też nawadnia".

Jak podaje Buzzfeed - zagranie to przyniosło PACowi już ponad 100 tysięcy dolarów. Szacun za autoironię i umiejętność damage control. Choć nie za talent oratorski, rzecz jasna.

niedziela, 6 stycznia 2013

Mahoniowe skrzyneczki

Bez większego echa przeszła wiadomość, że w ubiegły piątek Barack Obama został ponownie wybrany prezydentem (surprise! surprise!). Była to, oczywiście, czysta formalność, ale stare demokracje lubimy m.in. właśnie za takie pozornie bezsensowne tradycje. W Wielkiej Brytanii mamy urząd królewskiego bailiffa Chiltern Hundreds*, w Stanach Zjednoczonych coroczne ułaskawianie indyka i - właśnie - oficjalne wybieranie prezydenta.

Odbyło się ono w następujący sposób:

1. Po głosowaniu w listopadzie, gubernator każdego stanu musiał przygotować Certificates of Ascertainment, certyfikaty stwierdzenia, potwierdzające wybór elektorów. Dwa egzemplarze z każdego stanu trafiły do Archiwów Narodowych, reszta czekała na spotkanie elektorów. Wszystkie niejasności w tej kwestii musiały być wyjaśnione najpóźniej na sześć dni przed zebraniem.

Certyfikaty z 2008 roku, z Alaski (strona ostatnia, z podpisem gubernator Sary Palin) i  Kalifornii (strona 1) 

2.  W pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia, rzeczeni elektorzy zebrali się w swoich stanach - kolegium elektorskie de facto nie istnieje, bo nigdy nie obraduje razem. Głosy oddawali osobno na prezydenta, osobno na wiceprezydenta (dziękujemy ci, 12. poprawko do konstytucji, inaczej wiceprezydentem byłby Mitt Romney). 

Wyniki zapisuje się na certfikatach głosowania (Certificates of Vote), zawierających  wszystkich ludzi, którzy otrzymali jakikolwiek głos - czyli, w teorii, także głosy tzw. "niewiernych elektorów", głosujących inaczej niż ich stan. Np. w 2004 roku jeden z elektorów pomyłkowo zagłosował na Johna Edwardsa na prezydenta (a nie wiceprezydenta). Od tamtej pory zmieniono prawo, wprowadzając głosowanie jawne i możliwość unieważnienia "niewiernego głosu".

Certyfikat z Minnesoty, z 2004 roku

Powstaje sześć certyfikatów głosowania: jeden trafia do wiceprezydenta; dwa trafiają do Archiwów Narodowych; dwa do sekretarza danego stanu (którego główną funkcją jest zazwyczaj właśnie nadzorowanie wyborów), a jeden - jako zapasowy - do sędziego właściwego stanowi sądu okręgowego. 

Certyfikaty wysłane do Waszyngtonu trafiają do dwóch mahoniowych skrzynek, rozdysponowane alfabetycznie - w jednej są od Alabamy do Missouri, w drugiej od Montany do Wyoming - z czego wynika, że pierwsza skrzyneczka jest cenniejsza votewise.

Congressional pages (paziowie? gońcy?) niosą skrzyneczki.

3. Na połączonej sesji Kongresu, której przewodniczyli wiceprezydent Biden i spiker Boehner, dwóch senatorów i dwoje reprezentantów (z obu partii) na zmianę ogłaszało wyniki głosowania z kolejnych stanów. 

Teoretycznie powinno się to odbyć 6 stycznia, czyli dziś, ale ponieważ mamy niedzielę, Kongres wyjątkowo pozwolił podliczyć głosy w piątek. 

Sesja nie cieszyła się zainteresowaniem - była na niej Nancy Pelosi, Boehner wyglądał na zbolałego, a Paul Ryan nie przyszedł. Więcej ludzi było na widowni, niż na sali obrad. Wszystko trwało zaledwie pół godziny. Całość (dla BARDZO zainteresowanych) tutaj.


4.  Obama zostanie oficjalnie zaprzysiężony na drugą kadencję 20 stycznia, w niedzielę za dwa tygodnie.


* Królewski zarządca i bailiff Chiltern Hundreds (Crown Steward and Bailifff of the three Chiltern Hundreds of Stoke, Desborough and Burnham) oraz Królewski zarządca i bailiff Northstead są starodawnymi urzędami nadawanym osobie, która chce zrezygnować z Izby Gmin. Ponieważ oficjalnie nie można "zrezygnować", poseł musi zwrócić się do Kanclerza Skarbu z prośbą o mianowanie go bailiffem tego i owego, gdyż objęcie urzędu płatnego z "królewskiej szkatuły" (1 funt rocznie) nie pozwala na zajmowanie stanowiska posła. Na koniec akcent polski: obecnym bailiffem Chiltern Hundreds jest Dennis MacShane, urodzony jako Dennis Matyjaszek.

wtorek, 18 grudnia 2012

Małe wielkie zmiany w amerykańskim Senacie.

Republikanie będą mieli pierwszego czarnego senatora od 1979 roku, a Południe wyśle do senatu czarnoskórego mężczyznę po raz pierwszy od czasów tzw. Rekonstrukcji, czyli sklejania Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej. Gubernator Karoliny Południowej, Nikki Haley, nie mianowała ani Stephena Colberta (och!), ani Jenny Sanford, ale kongresmena Tima Scotta

Tim Scott

Partia Republikańska robi co może, żeby pokazać swoją różnorodność, otwarcie na mniejszości, które masowo odrzuciły kandydata partii w wyborach prezydenckich. Wybór Scotta jest, oczywiście, istotny. Jedyny urzędujący czarny senator (sic!) będzie Republikaninem, a nie Demokratą. Niestety, kiedy Scott przeniesie się z południowego skrzydła Kapitolu do północnego, Republikanie stracą swojego jedynego czarnego członka Izby Reprezentantów, co najdobitniej pokaże jak krótka jest w tej kwestii ich ławka. Dla porównania: Demokraci będą mieli około czterdzieściorga. 

Prawdziwym testem dla GOP będą specjalne wybory de senatu za dwa lata, kiedy Scott z pewnością będzie ubiegał się o nominację swojej partii, a potem o wsparcie wyborców Karoliny Południowej. Mimo wszystko jednak, decyzja pani gubernator jest bardzo istotna z jeszcze innego, symbolicznego powodu. Scott zasiądzie w senacie dokładnie 10 lat po tym, jak odszedł z niego inny przedstawiciel Karoliny Południowej - Strom Thurmond, który dożył setki, z czego połowę życia jako senator. Thurmond, najpierw Demokrata, potem Republikanin, znany był ze swojego wsparcia dla segregacji rasowej, i niechęci do czarnych (która nie przeszkodziła mu spłodzić dziecka swojej czarnej służącej). Żeby było zabawniej, w republikańskich prawyborach do Izby Reprezentantów dwa lata temu, Scott pokonał syna Thurmonda, Paula. Może to i przypadek, ale trzeba przyznać, że symbolicznie składa się to bardzo ładnie i pokazuje, że jakaś zmiana jednak w Partii Republikańskiej zaszła.

Strom Thurmond

PS: Tego samego dnia zmarł Daniel Inouye, blisko dziewięćdziesięcioletni senator z Hawajów (pierwszy raz wybrany jeszcze za kadencji Kennedy'ego) i przewodniczący pro tempore wyższej izby Kongresu, czyli trzecia osoba w kolejce do prezydenckiego fotela. Jego miejsce zajął Pat Leahy z Vermont, o którym wspominałem w recenzji Dark Knight Rises - wielki fan Batmana, który w obu filmach Nolana wystąpił w epizodach. Fajny taki marszałek senatu, nie ma co.

Pat Leahy i Joker

środa, 12 grudnia 2012

"The Colbert Report" albo "Żona idealna".

Republikański senator z Karoliny Południowej, Jim DeMint, ogłosił, że ustępuje ze stanowiska, żeby stanąć na czele konserwatywnego think tanku, Heritage Foundation. To sprawia, że gubernator stanu, Nikki Haley, będzie musiała mianować nowego senatora, na dwa lata, do czasu przedterminowych wyborów w 2014 roku. Co w tym ciekawego? Otóż, wedle sondaży, mieszkańcy Karoliny Południowej najchętniej widzieliby na tym stanowisku... Stephena Colberta, prowadzącego prześmiewczy The Colbert Report

Stephen Colbert i Jim DeMint

Colbert prowadzi nie tylko wśród liberałów, ale też wśród wyborców umiarkowanych - nie lubią go tylko, oczywiście, konserwatyści. Colbert może zarzekać się, że jest "superkonserwatywny", ale w swoim programie nabija się z Republikanów ile wlezie, parodiując Billa O'Reilly'ego z Fox News, a w 2006 roku zniszczył George'a W. Busha w czasie White House Correspondent's Dinner

"Ambicje" Colberta są doskonale znane - w latach 2008 i 2012 rozważał kandydowanie na prezydenta, w dodatku z ramienia Partii Republikańskiej. W sondażach przed prawyborami dostawał po kilka procent głosów potencjalnych republikańskich wyborców (sic), co nie powinno dziwić, jeśli popatrzy się na wyniki badań, według których część widzów nie dostrzega zjadliwej ironii The Colbert Report i uważa go za prawdziwego konserwatystę.

Nie zalicza się do nich pani gubernator Haley, więc chyba jednak Colberta należy wykluczyć. Za to ciekawe jest miejsce drugie. Wśród przebadanych niezależnych wyborców znajduje się Jenny Sanford, była żona republikańskiego gubernatora, Marka Sanforda. W 2009 roku jej mąż zniknął na tydzień, jego biuro informowało, że gubernator wybrał się na wędrówkę po Appalachach, po czym okazało się, że tak naprawdę odwiedzał kochankę w Argentynie. Pani Sanford - niczym bohaterka serialu Żona idealna - rzuciła męża i zajęła się własną karierą. 

od lewej: Mark Sanford, jakiś chłopiec, Jenny Sanford

Żeby było zabawniej - gubernator naprawdę rozważa mianowanie pani Sanford.  Innymi słowy: jeśli nie The Colbert Report, to przynajmniej Żona idealna. I niech nikt nie mówi, że kultura popularna nie wpływa na poglądy i postawy amerykańskich wyborców. 

wtorek, 6 listopada 2012

Niebieskie-czerwone-niebieskie-czerwone-bęc

Choć niedawno psioczyłem na system elektorski, nie mogę jednak zaprzeczyć, że ma on jedną, kolosalną zaletę: czyni przewidywania wyborcze znacznie, ale to znacznie ciekawszymi. Obstawianie procentowego wyniku nie jest nawet w połowie tak zajmujące, jak obstawianie poszczególnych stanów, zaznaczanie ich na niebiesko albo czerwono niczym w jakiejś loterii. Można to zrobić własnoręcznie na stronach PoliticoCNN i wielu innych.

Panuje dość powszechne przekonanie (poparte sondażami, dodajmy), że Obama wygra dzisiejsze wybory. Oczywiście, wszyscy możemy się bardzo zdziwić, jeśli dojdzie do ponownego liczenia głosów na Florydzie albo w Ohio, ale bawiąc się podstawową wersję gry w niebieskie-czerwone, przewidywałbym następujący wynik głosów elektorskich: 294 do 244 dla Obamy, o tak:


Oczywiście wszystko to przy zwycięstwie Obamy także w głosowaniu powszechnym.  Przemawia do mnie argument, że - paradoksalnie - w dłuższej perspektywie najlepiej byłoby, gdyby w głosowaniu powszechnym nieznacznie wygrał Romney, ale następnie przegrał w kolegium elektorskim - szansa na to jest jednak niewielka (prędzej zdarzyć się to może Obamie). Gdyby w przeciągu zaledwie 12 lat taka sama sytuacja przytrafiła się obu partiom, znacznie zwiększyłoby to szansę na przeprowadzenie niezbędnych zmian w konstytucji i zlikwidowanie systemu elektorskiego. Stracilibyśmy, co prawda, nasze zabawy z kolorowaniem stanów, ale w ogólnym  rozrachunku tak byłoby chyba lepiej.

Tyle o wyborach prezydenckich. Co jednak z pozostałymi wyborami, które odbywają się równolegle? Ciekawią mnie następujące rzeczy:

1.
Czy Demokratom uda się dokonać niemożliwego i utrzymać większość w Senacie?
Jeszcze niedawno wydawało się to właściwie nie do pomyślenia, ale w prawyborach GOP zwyciężyło wielu kandydatów Tea Party, wyeliminowawszy resztki bardziej umiarkowanych republikanów. Jeszcze dalszy przechył na prawo (objawiający się np. chęcią republikańskich kandydatów do rozprawiania na temat gwałtów) sprawił, że szanse GOP na zdobycie większości w Senacie wydają się marne. Obstawiam wynik: 50 do 49 dla Demokratów, plus 1 senator niezależny, sympatyzujący z Demokratami. 

2. 
Jak poradzą sobie kandydaci Tea Party?
Mam nadzieję, że źle. Nie tylko dlatego, że ich poglądy wydają mi się straszne, a ich potencjalna realizacja szkodliwa. Przede wszystkim dlatego, że tylko wielka porażka jest w stanie wstrząsnąć Partią Republikańską i zawrócić ją z prawej ściany z powrotem w stronę centrum, co byłoby dobre nie tylko dla niej samej, ale i dla amerykańskiej polityki samej w sobie. Mimo to, wszystko wskazuje na to, że Republikanie utrzymają większość w Izbie Reprezentantów, choć chyba stracą kilka miejsc. Czy Michele Bachmann, królowa Tea Party, przegra z mało znanym Demokratą? Pewnie nie, ale przynajmniej naje się strachu, bo w sondażach jej zwycięstwo nie jest wcale takie pewne. Obstawiam: 238 do 197 dla Republikanów.

3.
W ilu kolejnych stanach zostaną zalegalizowane małżeństwa homoseksualne?
Referenda w tej sprawie odbędą się m.in. w Maine, Maryland i Waszyngtonie. Sondaże wskazują na to, że najprawdopodobniej zwyciężą zwolennicy takiego rozwiązania. Na dokładkę, jeśli Demokratom się powiedzie w Wisconsin, jest szansa na to, że w Senacie zasiądzie pierwsza w historii jawna lesbijka.

4.
Czy w którymś stanie zostanie zalegalizowana marihuana?
Głosowanie nad legalizacją trawki odbędzie się w trzech stanach (Kolorado, Oregon i Waszyngton) i szansa na to, że propozycja ta wszędzie polegnie, jest raczej niewielka. Szykuje się poważny problem, gdyż - jak pisałem wcześniej - oficjalne stanowisko władz federalnych w kwestii marihuany jest zdecydowanie negatywne.

Na koniec wreszcie zupełny drobiazg, ale - wbrew pozorom - nie całkiem bez znaczenia:
5. 
Czy Colleen Lachowicz zostanie wybrana do senatu stanowego Maine?
Demokratka Colleen Lachowicz, o której pisałem wcześniej, została zaatakowana przez Republikanów za to, że grywa w World of Warcraft jako niebezpieczna ogrzycą. Trzymam za nią kciuki, choćby po to, żeby w przyszłości nie czepiano się takich rzeczy.

Tyle zgadywanek. Wszystkiego dowiemy się już jutro! Albo - co jest, niestety, bardzo prawdopodobne - wcale nie.