Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Bush. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Bush. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 marca 2013

Papieże i prezydenci

Trwa konklawe, czas zatem na papiesko-prezydenckie nieciekawe ciekawostki.  Żaden papież nie pobił, z oczywistych powodów, rekordu Elżbiety II spotkań z amerykańskimi prezydentami (12), ale wynik Jana Pawła II (5) też jest niczego sobie, zwłaszcza zważywszy na to, że historia spotkań papieży i prezydentów nie sięga jeszcze nawet stu lat.

To, że pierwsze spotkanie między urzędującym papieżem, a urzędującym prezydentem miało miejsce dopiero w 1919 roku, a zatem 130 lat od ustanowienia tego drugiego urzędu, nie powinno dziwić. Do lat 60. XX wieku papieże niechętnie opuszczali Watykan, więc o żadnych międzynarodowych podróżach nie było mowy. Nie żeby prezydenci USA byli o wiele lepsi - pierwszym urzędującym prezydentem, który wybrał się w podróż za granicę był dopiero Teddy Roosevelt w 1906 roku, który postanowił zobaczyć na własne oczy Kanał Panamski. Do Europy zawitał jednak jako pierwszy jego następca - Woodrow Wilson - który w styczniu 1919 roku popłynął na Paryską Konferencję Pokojową, negocjować Traktat Wersalski. Zanim dojechał do Paryża, zahaczył o Rzym i tam spotkał się z Benedyktem XV. Zdjęć z tego spotkania brak.

Nie znaczy to, że Wilson był pierwszym prezydentem w ogóle, który spotkał się  z biskupem Rzymu. Byli prezydenci i owszem, podróżowali po świecie (czyli wtedy głównie do Europy) i czasem zaglądali do Rzymu. W 1855 roku Piusa IX odwiedziło aż dwóch eksprezydentów (co prawda osobno), co prawda z tych o których mało kto pamięta: Martin van Buren i Millard Fillmore. 

Pius X i Theodore Roosevelt 

Niewiele brakowało, a w 1910 roku z Piusem X  spotkałby się wspomiany Theodore Roosevelt, ale zaważyły powody prestiżowe, czyli nadmierne ego obu panów. Kiedy Roosevelt poprosił papieża o audiencję, papież zgodził się, ale pod warunkiem że w czasie pobytu w Rzymie były prezydent nie spotka się z amerykańskimi misjonarzami. TR nie miał, co prawda, takiego zamiaru, ale stawianie przez papieża podobbych żądań uznał (słusznie, skądinąd) za mieszanie się w nieswoje sprawy i ostatecznie do audiencji nie doszło. Było z tego wiele radości, gazety pisały o tym na pierwszych stronach gazet, kto ciekawy niech sobie poczyta TU.


Po Wilsonie następne spotkanie miało miejsce dopiero czterdzieści lat później, kiedy dobrego Jana XXIII odwiedził Dwight Eisenhower. Z niewiadomych dla mnie przyczyn wydawano z tej okazji znaczki w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (sic!).


Trzy lata później nieoficjalną wizytę we Włoszech złożyła Jackie Kennedy, która razem z siostrą, panią Radziwiłłową, leciała do Indii. Rzym oszalał na punkcie "królowej Ameryki", ale Jackie, jako katoliczce, wypadało też złożyć wizytę papieżowi. Anegdota głosi, że Jan XXIII podobno bardzo się denerwował przed spotkaniem z Pierwszą Damą, że palił papierosa za papierosem (J23 był nałogowym palaczem), na głos powtarzając sobie różne wersje powitania - "pani Kennedy" albo "Madame". Kiedy otwarto drzwi, uśmiechnał się, rozłożył ramiona i zakrzyknął "Jacqueline!".

Jacqueline i Giovanni

Jej mąż, John F. Kennedy, pierwszy (i jak na razie jedyny) katolicki prezydent USA, nie spotkał się już z Janem XXIII, ale z jego następcą, Pawłem VI. Rozmawiali podobno o prawach człowieka.

JFK i P6

JFK niecałe pół roku później zginął w zamachu, ale Paweł jako pierwszy papież odwiedził Amerykę, gdzie wygłosił przemówienie przed Zgromadzeniem Generalnym ONZ. Przy okazji, spotkał się z Lyndonem Johnsonem. Na zdjęciu niżej - obaj panowie przed nowojorskim hotelem Waldorf-Astoria, gdzie zatrzymał się papież.


Nixon odwiedził Watykan dwukrotnie, w 1969 i 1970 roku. Przy jednej z okazji zostawił Pawłowi VI małą flagę USA, która w czasie jednej z misji Apollo znalazła się na księżycu, a także taki oto gustowny podarunek:

wzruszający dar Nixonowego serca (fotografia P.T.)


Ostatnim - czwartym - prezydentem, którego spotkał Paweł VI był Gerald Ford, który - jak widać - kontynuował politykę Nixona także w kwestii eleganckich prezentów.

Kissinger, Ford, przekazany w darze  gustowny orzeł, Paweł VI

Jan Paweł I, jak doskonale wiadomo, nie zdążył się spotkać prawie z nikim - w przeciwieństwie do podróżującego Jana Pawała II, który już w 1979 roku odwiedział Amerykę, m.in. składając wizytę Jimmy'emu Carterowi w Białym Domu. 


Z Ronaldem Reaganem JP2 widział się co najmniej cztery razy, z czego raz na Alasce - prezydent wracał z Chin, papież leciał do Korei. 

Przystanek Alaska

Jan Paweł II spotykał potem już wszystkich - Busha ojca, Billa Clintona (który w czasie audiencji podobno głównie zajmował się podziwianiem fresków) i Busha syna. W 2005 roku wsyzscy trzej uczestniczyli w papieskim pogrzebie.





George W. Bush jest w dodatku jest - jak na razie - jedynym prezydentem, który miał okazję spokać się z dwoma papieżami. JP2 widział kilkukrotnie, a Benedykta raz, wręczając mu - a jakże - interesujący podarunek. Rekord Busha na pewno wyrówna jednak wkrótce Barack Obamaspotykając się z nowym papieżem Franciszkiem.

George W. Bush wręcza COŚ

Obamowie wręczają inne COŚ

piątek, 8 lutego 2013

Smutek Busha czyli "Portret prezydenta w wieku emerytalnym"

Kiedy człowiek przeżyje ewentualne próby zamachu i usunięcia z urzędu, kiedy po jednej lub dwóch kadencjach w Białym Domu przestaje być prezydentem Stanów Zjednoczonych, udaje się na zasłużoną emeryturę. Poza tym, oczywiście, że jeździ po świecie i wygłasza przemówienia za grube miliony rocznie (4:42-6:05), eksprezydent siedzi w domu, niańczy wnuki, pisze książki i zajmuje się swoimi hobby: Eisenhower grał w golfa i malował, Nixon naprawiał swoją reputację (z niezłym skutkiem), Carter ratował świat i pisał wiersze, a Bush ojciec skakał ze spadochronem. 

Kiedy - ku radości wielu - George W. Bush opuścił Biały Dom i wrócił do Teksasu, słuch o nim zaginął. Owszem, od czasu do czasu wygłaszał jakieś przemówienie tu i ówdzie, ale generalnie raczej nie ruszał się z domu. Partia Republikańska jakby zapomniała o tym, że kiedyś był taki prezydent, Romney unikał wszelkich skojarzeń z Bushem. Jeśli już media interesowały się kimś z rodziny, to młodszym bratem George'a, byłym gubernatorem Florydy, Jebem, który nie wiedział czy i kiedy samemu ubiegać się o prezydenturę. Nic zatem dziwnego, że George W. Bush - niejako z konieczności - zajął się budową swojej prezydenckiej biblioteki, grą w golfa i zabrał się za swoje hobby malowanie. 


Nie od dziś wiadomo jednak, że należy porównywać zjawiska podobne, a zatem w kategorii "byli prezydenci" można zestawić go jedynie (na ile mi wiadomo) z Eisenhowerem, który jeszcze w Białym Domu (i Camp David) sporo czasu spędzał albo na polu golfowym albo przy sztalugach, choć sam nie miał złudzeń co do swojego talentu i nazywał swoje dzieła "mazaninami" (daubs) "Nie mam talentu (...), ale ogromnie to lubię", pisał do Churchilla, który też nie był geniuszem w tej dziedzinie, ale na pewno o wiele lepszym malarzem.






Obrazy Ike'a są do bólu przewidywalne i sztampowe - jakieś domki, góry, kopiowane ze zdjęć portrety synowej i wnucząt etc. O Bushu słyszeliśmy dotychczas, że maluje psy i pejzaże Teksasu, co jakoś tam zgadzało się z wizerunkiem byłego prezydenta. Tymczasem dwa autoporterty Busha, które ujawnili właśnie hackerzy* pokazują, że Bush rozwinął się i jest znacznie mniej konserwatywnym artystą niż można by się tego po nim spodziewać.

Na jednym Bush patrzy w lustro w łazience, widzimy tylko jego plecy i oczy w odbiciu. Na drugim widzimy tylko jego stopy w wannie. Można oczywiście próbować je analizować, niektórzy widzą w nich pragnienie "zmycia z siebie poczucia winy" za Katrinę czy Irak, ale to wydaje się być intrepretacja nieco na wyrost. Nie da się jednak ukryć, że ich bezpretensjonalność jest uderzająca. Widać w tych obrazach smute i poczucie osamotnienia. Czy Bush świadomie nawiązywał do obrazów Fridy Kahlo czy Davida Hockneya? Pozwalam sobie w to wątpić, ale wiem jedno - trudno będzie teraz spoglądać na Busha tylko jako na karykaturę samego siebie, dławiącego się preclami wiejskiego głupka (na który to wizerunek tak ciężko dotychczas pracował). 

A także - czy tego chcemy czy nie - należy mu się tytuł najlepszego malarza wśród amerykańskich prezydentów.




Hacker o nicku "Guccifer" włamał się na prywatne konta mailowe rodziny Bushów, ujawniając tony prywatnej korespondencji dotyczącej choćby kiepskiego zdrowia Busha seniora. Można Busha (młodszego) nie lubić, ale włamywanie się komuś na konto mailowe (fejsbukowe, ebayowe czy jakiekolwiek inne) to zwykłe świństwo.

niedziela, 21 października 2012

Podkuchenny Ryan

Doskonale wiadomo, że amerykańska kampania wyborcza rządzi się własnymi prawami. Jedną z rzeczy, którą robią kandydaci na wyborczym szlaku jest odwiedzanie instytucji - edukacyjnych, dobroczynnych, gastronomicznych, rozmaitych. Należy przy tym wykazać się jakąś aktywnością: a to coś przeczytać dzieciom, zjeść hamburgera, zapytać pacjentów jak się mają, a farmera jak mu się w tym roku udały zbiory kalarepy, w sumie nic wielkiego. 

W czasie takich gospodarskich wizyt nietrudno o gafy. Można - jak prezydent George Bush senior w 1992 roku - dziwować się w supermarkecie nad czytnikiem kodów kreskowych, które były w użyciu już od ponad dekady. Można, jak Dan Quayle, nieszczęsny zastępcą Busha, poprawiać dzieci w szkole, upierając się, że "potato" prawidłowo pisze się: "potatoe"

Jakiś czas temu Paul Ryan także wziął udział w takim "spontanicznym" wydarzeniu. Odwiedził mianowicie jadłodajnię dla ubogich Stowarzyszenia Świętego Wincentego a Paulo, zupełnie przypadkiem znajdującą się w kluczowym stanie Ohio. W prasie pojawiły się zdjęcia Ryana i pani Ryanowej w twarzowych fartuszkach, myjących naczynia. Rzecznik kandydata na wiceprezydenta powiedział, że wizyta Ryana w jadłodajni służyła "podkreśleniu znaczenia dobroczynności i wolontariatu dla społeczeństwa obywatelskiego". 



Jak jednak doniósł "Washington Post", ekipa Ryana wpadła z nienacka do jadłodajni, grubo po tym, jak skończono rozdawać jedzenie, posprzątano i umyto kuchnię. Państwo Ryan i trójka zakasali jednak rękawy, przywdziali fartuszki i zabrali się za "mycie" kilku czystych sprzętów kuchennychDali sobie, oczywiście, zrobić zdjęcia i po kwadransie już byli w drodze na lotnisko. A wszystko to nawet bez uprzedniego spytania o zgodę kierownictwa jadłodajni. 


Oczywiście, wszyscy wiedzą, że każda taka "spontaniczna" wizyta jest ustawiona, że chodzi o okazję do zrobienia paru zdjęć i pokazanie się tu czy tam. Nikt nie miałby do Ryana pretensji, gdyby swoją ustawioną wizytę potraktował zgodnie z zasadami tej zabawy - jak polityczny teatr w którym kandydat udaje, że z przyjemnością odwiedza daną instytucję, a wyborcy udają, że mu wierzą. 

Prawdziwy problem polega na tym, że Ryan próbował bezczelnie oszukać odbiorców, przekonując ich, że robi coś, czego w rzeczywistości wcale nie robił. Należy się tylko cieszyć, że robił to tak nieudolnie - jest szansa na to, że następnym razem jakiś polityki zastanowi się dwa razy zanim wparuje gdzieś bez pytania, żeby zrobić sobie kampanijne zdjęcie.

wtorek, 12 czerwca 2012

Trzeci Bush

Niecałe dwa tygodnie temu odsłonięto w Białym Domu oficjalny portret 43 prezydenta, George'a W. Busha. W swojej kategorii nic specjalnego - sam Bush namalowany jest, co prawda, lepiej niż Clinton, ale nieproporcjonalne krzesło o które się opiera wygląda naprawdę strasznie. No cóż, skończyły się już czasy, kiedy prezydenckie portrety malował Singer Sargent.  


Dubya może teraz poświęcać większość czasu na granie w golfa - dziś kiedy pada nazwisko Bush, chodzi już o kogoś innego. Parę dni temu brat George'a, były gubernator Florydy, Jeb (John Ellis Bush), przyznał, że powinien był ubiegać się w tym roku o nominację Republikanów. Można powiedzieć - "Mądry Bush po szkodzie" - wszyscy mu to przecież powtarzali już od co najmniej roku. W teorii, miał wszystko,  czego było trzeba - poparcie elektoratu i partyjnego establishmentu równocześnie, sympatię latynoskich wyborców (via żona Meksykanka), i innych mniejszości, kluczową Florydę w garści, dostęp do pieniędzy na kampanię, a do tego wszystko charyzmę, której tak bardzo brakuje Mittowi Romneyowi.

Ma jednak Jeb także wady, a jedną z nich jest nazwisko - jednak, wbrew pozorom, wcale nie  tylko dlatego, że wyborcom kojarzyłby się z bratem, a zatem - pośrednio - wojną w Iraku, ograniczaniem swobód obywatelskich i kryzysem bankowym 2008 roku. Jeb nigdy nie był bliskim politycznym współpracownikiem brata i nie odgrywał żadnej roli w czasie jego prezydentury.



Problemem Jeba było - i nadal jest - nie tyle to, że dla ogólu elektoratu byłby spadkobiercą swojego starszego brata, ale to, że dla niemałej części GOP byłby spadkobiercą ojca. W 1992 roku, kiedy Bush ojciec przegrał z Billem Clintonem, Jeb - zawsze uważany w rodzinie za mądrzejszego i bardziej utalentowanego - zaczynał na Florydzie karierę publiczną. To on  miał był polityczną nadzieją rodziny, ale na przeszkodzie stanęły ambicje brata, który - nieco ku zaskoczeniu rodziny - został gubernatorem Teksasu, a potem prezydentem kraju. 

Tymczasem, wedle dzisiejszych standardów, Jeb nie jest konserwatywnym Republikaninem, jak brat, ale - tak jak jego ojciec - Republikaninem umiarkowanym, jednym z ostatnich przedstawicieli ginącego gatunku. Należy do niego też Mitt Romney, który żeby przetrwać w nieprzyjaznym środowisku, jakim stała się dzisiejsza GOP, musiał przybrać barwy ochronne, strojąc się w szaty ultrakonserwatysty. Niezbyt mu to - oczywiście  - wychodzi, ale wszyscy udają, że w to wierzą: prawdziwi konserwatyści, żeby w listopadzie móc głosować na niego z jako takim przekonaniem; Demokraci z Obamą na czele, żeby móc łatwiej zrównywać Romneya z Santorumem, Palin i świrami w rodzaju Rusha Limbaugha czy Glenna Becka, który ostatnio stwierdził, że Theodore Roosevelt był socjalistą.

Jeb, stwierdziwszy, że przespał swoją szansę, może teraz mówić szczerze. I mówi to, co myśli, ale co w panującej dziś w GOP atmosferze ideologicznej ortodoksji, brzmi jak herezje. Jak to, że za czasów jego ojca (i Ronalda Regana) Republikanie szli na kompromisy z Demokratami. Że wspólpraca obu partii pozwala na zrobienie wielu pożytecznych rzeczy. Odważył się pochwalić Obamę i niektórych członków jego gabinetu.
Nie muszę bawić się w bycie stuprocentowo przeciwko prezydentowi Obamie w sprawach w których uważam, że postępuje słusznie (...). Nie mam zamiaru po prostu powtarzać "nie", "nie".
Jeb przyznał też - o zgrozo - że aby zrównoważyć budżet konieczne jest nie tylko dokonywanie cięć (co, jak mantrę powtarzają Republikanie), ale też podnoszenie podatków. Do tego dodał, że jeśli Romney wygra, będzie konieczny "wielki kompromis" między obiema partiami i Republikanie będą musieli podnieść podatki - tak, jak kilkakrotnie zrobił to Ronald Reagan (sic!) i Bush ojciec (co, ostatecznie, kosztowało go prezydenturę, ale nie nominację własnej partii - to jednak trochę inna historia).

Do tego wszystkiego przyznał rację Obamie, że Reagan i Bush ojciec mieliby dziś kolosalne problemy z uzyskaniem nominacji GOP. Czym, właściwie, odpowiedział na pytanie jakie byłyby jego własne szanse w roku 2016, gdyby chciał startować jako kandydat "umiarkowany".

PS: Dziś 88 urodziny obchodzi George H. W. Bush, 41 prezydent. Choć 75, 80 i 85 urodziny świętował skacząc ze spadochronem, stan zdrowia nie pozwala mu już na tak spektakularne obchody. Ważniejsze jest jednak to, że Bush ojciec, który nigdy nie (współ)napisał wielkich wspomnień z czasów swojej prezydentury, zgodził się na to, by HBO nakręciło o nim film dokumentalny - "41". Premiera pojutrze, 14 czerwca.

sobota, 2 czerwca 2012

Królowa i prezydenci

Dzisiaj, w 59 rocznicę koronacji Elżbiety II, rozpoczynają się uroczystości jej Diamentowego Jubileuszu. Królowa wstąpiła na tron w 1952 roku i spotkała się ze wszystkimi urzędującymi amerykańskimi prezydentami (z wyjątkiem Lyndona Johnsona), a także z dwoma wcześniejszymi. 

Na zdjęciach praprapraprawnuczka króla Jerzego III - którego "ponawiane, nieustanne krzywdy i nadużycia", mające "ustanowić absolutną tyranię nad tymi oto Stanami", doprowadziły do wybuchu amerykańskiej wojny o niepodległość - z prezydentami "tych oto Stanów".


z Herbertem Hooverem


z Harrym Trumanem


z Dwightem Eisenhowerem


z Johnem Kennedym i Jackie.

Na pogrzeb JFK nie mogła przylecieć, gdyż była w ciąży z księciem Andrzejem. W 1964 urodziła księcia Edwarda i też nie odwiedziła Stanów Zjednoczonych - pierwszą wizytę od 1957 roku złożyła dopiero w roku 1976. Dlatego nie miała okazji spotkać się z prezydentem Johnsonem.


z Richardem Nixonem


tańcząc z Geraldem Fordem


z mężem, mamą i Jimmym Carterem


z ubawionym Ronaldem Reaganem


w ejtisowej garsonce z Georgem Bushem tatą


szczebiocząc z Billem Clintonem


z figlarnym Georgem Bushem synem


z Barackiem Obamą

Jej Wysokości gratulujemy długiego panowania (trzy lata do pobicia praprababci Wiktorii!) i życzymy serdecznie poznania jeszcze kilku amerykańskich prezydentów!

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

"Veep" czyli komedia bardzo wesoła, a ogromnie przez to smutna



Jak słusznie ktoś zauważył, nikt nigdy nie „aspiruje do zostania wiceprezydentem”. Wyjątkowo jasno widać to teraz, patrząc na to, co się dzieje w Partii Republikańskiej. Zabawa w „veepstakes” trwa, a kolejni wywołani do tablicy kandydaci z nieszczerym uśmiechem wypowiadają tę samą formułkę o tym, że są zaszczyceni wymienianiem ich nazwiska w tym kontekście, ale są bardzo zadowoleni z tego, co robią teraz i tylko w ten sposób chcą służyć Ameryce. I że nie oni, ale może ktoś inny. Marco Rubio mówi, że może Jeb Bush, a Bush, że lepszy byłby Rubio. Nikki Haley nie chce porzucać pracy gubernatora Karoliny Południowej i proponuje Chrisa Christie z New Jersey, a ten mówi, że jest zaszczycony, ale dziękuje i może Bobby Jindal z Luizjany. A wszyscy wskazują na nikomu nieznanego senatora z Ohio, Roba Portmana, którego główną zaletą zdaje się być to, że jest jeszcze nudniejszy od Romneya (sic). No i sam nie ma żadnych ambicji prezydenckich, w przeciwieństwie do wszystkich wyżej wymienionych. Ale i Portman nie wydaje się być zachwycony tym ciągłym wytykaniem go palcami.

W rzekomo najdoskonalszym ustroju politycznym świata stanowisko wiceprezydenta jest zaiste tworem kuriozalnym. Veep może tylko czekać aż prezydent umrze/zachoruje/zrezygnuje. Jego rola ogranicza się do przecinania wstąg, wręczania odznaczeń i podróżowania na śluby, inauguracje i pogrzeby. Jak to autoironicznie ujął Tata Bush w czasach kiedy był zastępcą Reagana:
„I'm George Bush – you die, I fly”.
W nagrodę, po wymęczeniu się w ten sposób przez cztery – albo i osiem – lat, zazwyczaj zyskuje się szansę ubiegania się o prezydenturę samemu, nominację własnej partii ma się właściwie w kieszeni – choć, jak pokazuje historia, już nie wygraną.

Sęk w tym, że rzekome doświadczenie zdobywane na tym stanowisku nie jest wcale wielkie, Kandydat na wiceprezydenta zazwyczaj dobierany jest z klucza wyborczego, ma równoważyć słabości swojego szefa – nie muszą się nawet specjalnie lubić, a co dopiero ściśle współpracować. Trochę inaczej to wyglądało za czasów Clintona i Busha juniora, którzy rzeczywiście współpracowali ze swoimi „veeps” (a w przypadku Cheneya może nawet odwrotnie), ale już za Obamy sytuacja wróciła do „normy”. Joe Biden jeździ sobie to tu tam, coś powie mądrzej lub głupiej, ale nie należy do najbliższych ludzi prezydenta, a do nominacji Demokratów w 2016 ma mocnych kontrkandydatów (i kontrkandydatki – zwłaszcza jedną).

HBO nakręciło właśnie Veep, sitcom o smutnej pracy wiceprezydenta. To jednak nie absurdalny (i głupi) humor That'sMy Bush!, ale brytyjskie spojrzenie na politykę (autorem jest Armando Ianucci), która ogłupia i przyprawia o depresję nie tylko elektorat, ale przede wszystkim samych polityków. Politykę pustych gestów, wyczerpującego nicnierobienia i narastającego poczucia, że wbrew pozorom nic się nie znaczy. Jest zatem śmiesznie, ale i dość ponuro – można by powiedzieć: komedia to bardzo wesoła, a ogromnie przez to smutna.

Grana przez Julię Louis-Dreyfus pani wiceprezydent, Selina Meyer, przegrała walkę w prawyborach i została „zaszczycona” stanowiskiem zastępcy prezydenta, którego nigdy nie widzimy. Meyer codziennie pyta sekretarkę o to czy dzwonił prezydent, ale doskonale zna odpowiedź. Prezydent zajmuje się rządzeniem z Owalnego Gabinetu – ona, zostawiona samej sobie, zajmuje się głupotami, próbując wykroić sobie jakąś niszę (biodegradowalne sztućce), przekonać innych – i samą siebie – że jest do czegoś potrzebna i coś naprawdę znaczy.


Meyer jest niezbyt mądrą, atrakcyjną brunetką, więc nic dziwnego, że skojarzenia od razu uciekają w stronę Sary Palin, ale to byłoby zbytnie uproszczenie. Selina Meyer jest amalgamatem kilku ostatnich wiceprezydentów – zainteresowanie ekologią ma z Ala Gore'a, skłonność do popełniania gaf z Dana Quayle'a (to on jest, tak naprawdę, autorem połowy tzw. buszyzmów) i Joe Bidena. Tylko z Cheneya jakby nic. Nie znamy jej partii, ale można podejrzewać, że jest raczej Demokratką. Nie żeby miało to jakieś znaczenie – satyra Veep nie jest wymierzona w konkretne poglądy czy partię, ale jest uniwersalna. Wyśmiewa puste gesty, uzależnienie od doradców i PR-u, ale także idiotyczną rolę, jakie wiceprezydent pełni w amerykańskim ustroju. 

Bardzo a propos skatologicznego dowcipu Veep, którym kończą się oba wyemitowane dotychczas odcinki (mam nadzieję, że to nie stanie się regułą), warto przypomnieć, że Pierwszy (z trzech) wice Roosevelta, znany z dosadnego języka Teksańczyk Nance Garner, mówił, że wiceprezydentura „nie jest warta wiadra ciepłych szczyn”. Trick polega na tym, że w każdej chwili można nagle stać się najpotężniejszym człowiekiem na świecie - albo do końca kadencji przecinać wstęgi.