Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezydent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezydent. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 kwietnia 2013

U Busha w bibliotece

Parę dni temu pisałem o prezydenckich ekslibrisach i Bibliotece Kongresu - dziś kontynuujemy temat biblioteczny. Wczoraj, 25 kwietnia, na terenie Southern Methodist University w Dallas otwarto muzeum oraz bibliotekę prezydencką George'a W. Busha. Z tej okazji do Dallas zjechali wszyscy żyjący bywsi prezydenci z małżonkami (i Berlusconi na dokładkę) i zaczęli wychwalać George'a W.


Dziwna była to uroczystość: każdy starał się Busha skomplementować, powiedzieć coś życzliwego, nawet jeśli przychodziło mu to z najwyższym trudem. Przypominało to nieco pogrzeb Richarda Nixona przed niemalże dwudziestu laty, kiedy wszyscy skupiali się na osiągnięciach byłego prezydenta (niewątpliwych, dodajmy), pomijając właściwie aferę Watergate. Byli prezydenci stają się bowiem chronionym dobrem wspólnym amerykańskiej wyobraźni zbiorowej, awatarami świętego urzędu "prezydentury" jako takiej.

Jimmy Carter, który nie zgadzał się z Bushem właściwie w żadnej sprawie, znalazł dwie rzeczy: pochwalił go za doprowadzenie do pokoju w  Sudanie i walkę z AIDS w Afryce. Obama - który do dziś obwinia Busha o przyłożenie się do kryzysu finansowego - uciekł się do najprostszych komplementów, mówiąc, że "Prezydent Bush jest dobrym człowiekiem". Kissinger na pogrzebie Nixona zacytował "Hamleta" - He was a man, take him for all in all (czyli - w tłumaczeniu Barańczaka -  Ja bym powiedział więcej: był człowiekiem) - ale chodziło mu chyba jednak o coś innego. Z pewnoscią jednak jest Bush człowiekiem niepozbawionym autoironii. Swoje przemówienie zaczął od stwierdzenia: Był taki okres w moim życiu, że trudno byłoby mnie znaleźć w bibliotece, a co dopiero myśleć, że mogę jakąś założyć

Na takie dictum wszyscy wybuchnęli szczerym śmiechem, za to zdecydowanie nerwowe uśmieszki wywołała uwaga Billa Clintona, który wskazał na bibliotekę i oznajmił: Powiedziałem prezydentowi Obamie, że to najnowszy, największy przykład odwiecznych zmagań byłych prezydentów, żeby przepisać historię na nowo. Niby żart, ale jednak bardzo prawdziwy, zresztą kto jak kto, ale Clinton doskonale wie o czym mówi.

Biblioteki prezydenckie budują prezydenci prywatnie, ze środków sponsorów, i urządzają też według własnego widzimisię. Później przechodzą one pod zarząd Archiwów Narodowych, ale o tym jak wygląda wystawa, decydują głównie ludzie danego prezydenta. Celem eskpozycji bibliotek nie jest obiektywne pokazanie dokonań byłych prezydentów, ale wystawienie im mniej lub bardziej kolorowej laurki. Dlatego w muzeum Busha II znajdzie się, na przykład gra komputerowa w której goście będą mogli zasiąść w jego fotelu i podjąć "za niego" kluczowe decyzje: czy najechać Irak czy nie, czy wprowadzić stan wyjątkowy w czasie huraganu Katrina etc. Nie należy się jednak spodziewać, że obie decyzje będą - z punktu widzenia twórców - równie słuszne: poprawne rozwiązanie będzie tylko jedno - takie, jakie wybrał GWB. 

Decision Points, czyli Zostań Bushem

Wydaje się, że biblioteka Busha jest kolejnym punktem na drodze do jego publicznej rehabilitacji. Badania pokazują, że opinia Amerykanów na jego temat znacznie się poprawiła od kiedy odszedł ze stanowiska. W ostatnich miesiącach prezydentury popierało go ledwie 25% obywateli (o 1% więcej niż Nixona w adekwatnym momencie). Dziś pozytywnie ocenia go już 47% - wciąż  mniej niż połowa, ale wydaje się, że to tylko kwestia czasu zanim Bush przekroczy tę magiczną granicę. Po jakimś czasie od złożenia urzędu wszyscy (prawie) prezydenci są coraz lepiej oceniani przez opinię publiczną, pamięta się tylko o tym, co zrobili dobrego, reszta rozmywa się w sosie "wspólnego, pozapolitycznego porozumienia". 

Bush ma szczęście - rolę prezydenckiego "złego" obsadził już dawno Richard Nixon, a Amerykanom w zupełności wystarcza jeden upadły prezydent. Jego postprezydenckie approval ratings nigdy nie przekroczyły 40%, mimo częściowej rehabilitacji ze strony środowisk akademickich, które dawno już pokazały, że - gdy rzetelnie oceniać jego politykę - okazuje się właściwie centrystą, a nie zaplutym karłem reakcji, za jakiego go uważano.  Dla zwykłych Amerykanów Nixon wciąż jest wygodnie zobiektywizowanym "złym", którego można wskazać palcem i wyśmiać, całkowicie przy tym pomijając rzetelną analizę zagrożeń, jakie wypływają z amerykańskiego ustroju i roli w nim prezydenta.

Z pewnością pomaga Bushowi dość sympatyczna - jakby nie było - osobowość: bezpretensjonalność, ujawnienie jego nowej pasji malarskiej, doniesienia rodzinne (chory ojciec, córka w ciąży). W dodatku, na tle dzisiejszych Republikanów wydaje się niezwykle ugodowym przedstawicielem amerykańskiej prawicy, o niemalże centrowych poglądach na niektóre sprawy. Wizerunek nieudolnego przygłupa, który rozpętuje wojny na prawo i lewo powoli jest zastępowany przez wizerunek miłego, stroniącego od biężącej polityki, rozczulającego dziadka zajmującego sie malowaniem piesków. Dziesięć lat temu wydawałoby się to czystą fantastyką, ale dziś staje się rzeczywistością.



wtorek, 23 kwietnia 2013

Przegląd prezydenckich ekslibrisów

Z okazji Światowego Dnia Ksiązki - przegląd prezydenckich ekslibrisów, który zaczyna się od... braku ekslibrisu. Zwyczaju ich stosowania nie miał bowiem, jak się wydaje, najsłynniejszy prezydencki bibliofil, Thomas Jefferson, któremu swój byt zawdzięcza największa biblioteka świata, Biblioteka Kongresu. Jefferson był w swoim czasie właścicielem największego księgozbioru w całym kraju. Kiedy w 1814 roku Brytyjczycy spalili Waszyngton, a wraz z nim ówczesną, dość skromniutką bibliotekę, z pomocą przyszedł właśnie Jefferson - który jako prezydent przyczynił się do jej rozwoju.

Zwykło się mówić, że były prezydent ofiarował swój zbiór w prezencie - w rzeczywistości jednak sprzedał go, za 24 tysiące dolarów, czyli z grubsza za wysokość ówczesnej rocznej pensji prezydenta - dzisiaj wynoszącej 400 tysięcy dolarów. Nie był to może  majątek, ale też nie można chyba nazwać tego czynem charytatywnym. Tak czy owak, niewiele to Jeffersonowi pomogło - kiedy umierał w 1826 roku, 1,5 tysiąca tomów, których się w międzyczasie dorobił, musiano sprzedać na pokrycie długów. Kilkadziesiąt z nich odkryto parę lat temu na uniwersycie w Missouri. Lepiej na tym wyszła Biblioteka Kongresu, która z dnia na dzień zyskała prawie 6,5 tysiąca tomów - całkiem nieźle, zważywszy na to, że przed barbarzyńskim wyczynem Brytyjczyków liczyła zaledwie 3 tysiące pozycji. Niestety, dwie trzecie zbiorów Jeffersona przepadła w kolejnym pożarze, który w roku 1851 strawił Bibliotekę.

Swój ekslibris miał jednak pierwszy prezydent - George Washington - ze swoim herbem i mottem: cel uświęca środki.


Herbu używali też John Adams i jego syn, John Quincy Adams.



James Monroe i Martin van Buren woleli plakietki z imionami: Monroe uporządkowaną, a van Buren fikuśniejszą, jak na człowieka z fantazyjnymi bokobrodami przystało.



Generał Ulysses S. Grant, w podzięce za wygraną w wojnie secesyjnej trzymał w darze dużo książek z Biblioteki Publicznej w Bostonie - podówczas jeszcze największej biblioteki w całych Stanach. Razem z książkami otrzymał gotowe ekslibrisy.


Woodrow Wilson został bezdyskusyjnym zwycięzcą w kategorii najbardziej megalomański ekslibris dwustulecia.


William Taft i Calvin Coolidge cenili sobie motywy architektoniczne. 




Rooseveltowie, dalecy kuzyni Theodore i Franklin - używali swoich rodowych herbów, różniących się od siebie ułożeniem różyczek.  


Eleanor Roosevelt, żona Franklina, ale z domu też Rooseveltówna (bratanica Theodore'a), wolała coś bardziej fikuśnego - i patriotycznego.


U Kennedy'ego - urocze początki w dzieciństwie i pompatyczna nuda w Białym Domu. 

Na koniec odrobina fantazji dzięki uprzejmości Nelsona Rockefellera. Nie został on, co prawda, nigdy prezydentem, jedynie wiceprezydentem (choć nie, żeby nie próbował), ale jego ekslibrisy są jednymi z najfajniejszych. Kiedy znudził go pierwszy - o zaprojektowanie nowego poprosił przyjaciela - Picassa.

środa, 13 marca 2013

Papieże i prezydenci

Trwa konklawe, czas zatem na papiesko-prezydenckie nieciekawe ciekawostki.  Żaden papież nie pobił, z oczywistych powodów, rekordu Elżbiety II spotkań z amerykańskimi prezydentami (12), ale wynik Jana Pawła II (5) też jest niczego sobie, zwłaszcza zważywszy na to, że historia spotkań papieży i prezydentów nie sięga jeszcze nawet stu lat.

To, że pierwsze spotkanie między urzędującym papieżem, a urzędującym prezydentem miało miejsce dopiero w 1919 roku, a zatem 130 lat od ustanowienia tego drugiego urzędu, nie powinno dziwić. Do lat 60. XX wieku papieże niechętnie opuszczali Watykan, więc o żadnych międzynarodowych podróżach nie było mowy. Nie żeby prezydenci USA byli o wiele lepsi - pierwszym urzędującym prezydentem, który wybrał się w podróż za granicę był dopiero Teddy Roosevelt w 1906 roku, który postanowił zobaczyć na własne oczy Kanał Panamski. Do Europy zawitał jednak jako pierwszy jego następca - Woodrow Wilson - który w styczniu 1919 roku popłynął na Paryską Konferencję Pokojową, negocjować Traktat Wersalski. Zanim dojechał do Paryża, zahaczył o Rzym i tam spotkał się z Benedyktem XV. Zdjęć z tego spotkania brak.

Nie znaczy to, że Wilson był pierwszym prezydentem w ogóle, który spotkał się  z biskupem Rzymu. Byli prezydenci i owszem, podróżowali po świecie (czyli wtedy głównie do Europy) i czasem zaglądali do Rzymu. W 1855 roku Piusa IX odwiedziło aż dwóch eksprezydentów (co prawda osobno), co prawda z tych o których mało kto pamięta: Martin van Buren i Millard Fillmore. 

Pius X i Theodore Roosevelt 

Niewiele brakowało, a w 1910 roku z Piusem X  spotkałby się wspomiany Theodore Roosevelt, ale zaważyły powody prestiżowe, czyli nadmierne ego obu panów. Kiedy Roosevelt poprosił papieża o audiencję, papież zgodził się, ale pod warunkiem że w czasie pobytu w Rzymie były prezydent nie spotka się z amerykańskimi misjonarzami. TR nie miał, co prawda, takiego zamiaru, ale stawianie przez papieża podobbych żądań uznał (słusznie, skądinąd) za mieszanie się w nieswoje sprawy i ostatecznie do audiencji nie doszło. Było z tego wiele radości, gazety pisały o tym na pierwszych stronach gazet, kto ciekawy niech sobie poczyta TU.


Po Wilsonie następne spotkanie miało miejsce dopiero czterdzieści lat później, kiedy dobrego Jana XXIII odwiedził Dwight Eisenhower. Z niewiadomych dla mnie przyczyn wydawano z tej okazji znaczki w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (sic!).


Trzy lata później nieoficjalną wizytę we Włoszech złożyła Jackie Kennedy, która razem z siostrą, panią Radziwiłłową, leciała do Indii. Rzym oszalał na punkcie "królowej Ameryki", ale Jackie, jako katoliczce, wypadało też złożyć wizytę papieżowi. Anegdota głosi, że Jan XXIII podobno bardzo się denerwował przed spotkaniem z Pierwszą Damą, że palił papierosa za papierosem (J23 był nałogowym palaczem), na głos powtarzając sobie różne wersje powitania - "pani Kennedy" albo "Madame". Kiedy otwarto drzwi, uśmiechnał się, rozłożył ramiona i zakrzyknął "Jacqueline!".

Jacqueline i Giovanni

Jej mąż, John F. Kennedy, pierwszy (i jak na razie jedyny) katolicki prezydent USA, nie spotkał się już z Janem XXIII, ale z jego następcą, Pawłem VI. Rozmawiali podobno o prawach człowieka.

JFK i P6

JFK niecałe pół roku później zginął w zamachu, ale Paweł jako pierwszy papież odwiedził Amerykę, gdzie wygłosił przemówienie przed Zgromadzeniem Generalnym ONZ. Przy okazji, spotkał się z Lyndonem Johnsonem. Na zdjęciu niżej - obaj panowie przed nowojorskim hotelem Waldorf-Astoria, gdzie zatrzymał się papież.


Nixon odwiedził Watykan dwukrotnie, w 1969 i 1970 roku. Przy jednej z okazji zostawił Pawłowi VI małą flagę USA, która w czasie jednej z misji Apollo znalazła się na księżycu, a także taki oto gustowny podarunek:

wzruszający dar Nixonowego serca (fotografia P.T.)


Ostatnim - czwartym - prezydentem, którego spotkał Paweł VI był Gerald Ford, który - jak widać - kontynuował politykę Nixona także w kwestii eleganckich prezentów.

Kissinger, Ford, przekazany w darze  gustowny orzeł, Paweł VI

Jan Paweł I, jak doskonale wiadomo, nie zdążył się spotkać prawie z nikim - w przeciwieństwie do podróżującego Jana Pawała II, który już w 1979 roku odwiedział Amerykę, m.in. składając wizytę Jimmy'emu Carterowi w Białym Domu. 


Z Ronaldem Reaganem JP2 widział się co najmniej cztery razy, z czego raz na Alasce - prezydent wracał z Chin, papież leciał do Korei. 

Przystanek Alaska

Jan Paweł II spotykał potem już wszystkich - Busha ojca, Billa Clintona (który w czasie audiencji podobno głównie zajmował się podziwianiem fresków) i Busha syna. W 2005 roku wsyzscy trzej uczestniczyli w papieskim pogrzebie.





George W. Bush jest w dodatku jest - jak na razie - jedynym prezydentem, który miał okazję spokać się z dwoma papieżami. JP2 widział kilkukrotnie, a Benedykta raz, wręczając mu - a jakże - interesujący podarunek. Rekord Busha na pewno wyrówna jednak wkrótce Barack Obamaspotykając się z nowym papieżem Franciszkiem.

George W. Bush wręcza COŚ

Obamowie wręczają inne COŚ

poniedziałek, 11 marca 2013

Festiwal hipokryzji

Jak to zazwyczaj bywa, polskie media mówiąc o trzynastogodzinnym blokowaniu mównicy przez senatora Randa Paula skupiły się głównie na związanych z tym "atrakcjach", przede wszystkim na tym, że musiał  zakończyć (prze)mówienie, bo chciało mu się sikać. Mało kogo interesowało meritum - motywacje, którymi kierował się senator, sprzeciwiający się nominowaniu na szefa CIA Johna Brennana, człowieka odpowiedzialnego za obecną politykę stosowania bezzałogowych dronów do zabijania terrorystów i podejrzanych o terroryzm, w tym także obywateli amerykańskich. Można Paula nie lubić, a jego libertariańskie poglądy uważać za bzdurne uproszczenia, ale nie da się ukryć, że w tym akurat przypadku zachował się nie tylko słusznie, ale też - jako jeden z nielicznych - uczciwie i konsekwentnie. Nawet jeśli przy okazji nieoficjalnie rozpoczął swoją kampanię prezydencką A.D. 2016.

senator Rand Paul

Przy okazji senackiej debaty nad nominacją Brennana świat stanął na głowie. Polityk kojarzony z Tea Party okazał się głosem rozsądku, Republikanie stanęli w jednym szeregu ze znienawidzoną przez siebie lewicową organizacją ACLU (American Civil Rights Union), a Demokraci znaleźli się niebezpiecznie blisko lorda Sithów, Dartha Cheneya.

W czasach Busha, Republikanie wyśmiewali obawy liberałów, którzy zwracali uwagę na wciąż rosnące uprawnienia władzy federalnej w zakresie bezpieczeństwa narodowego, prawo do podsłuchiwania bez nakazu sądowego etc. Pomysł "sądzenia terrorystów", traktowania ich jak jeńców wojennych, podlegających przepisom prawa, przedstawiali jako idiotyczny i niepatriotyczny. Usprawiedliwali użycie tortur jako zła koniecznego, opowiadali się bezterminowym przetrzymywaniem podejrzanych o terroryzm, w tym także amerykańskich obywateli. Dziś ci sami ludzie drżą ze strachu przed tym, że rządowy dron zastrzeli ich bez żadnego powodu "w kawiarni w San Francisco".

Demokraci nie są w tym przypadku o wiele lepsi. Parę lat temu oskarżali Busha i Cheneya o zbrodnie wojenne, tajne rządowe programy uważali za deptanie konstytucji. Dziś zazwyczaj bronią Obamy, choć nikt nie ma chyba wątpliwości, że gdyby administracja republikańskiego prezydenta zachowywała się w tej kwestii tak samo, jak administracja Obamy, pierwsi zarzucaliby mu wprowadzanie cichaczem dyktatury. Przeciwko zatwierdzeniu Brennana głoswała jedynie garstka demokratycznych senatorów, reszta - nawet jeśli miała jakieś wątpliwości - nie chciała być łączona z Randem Paulem. Zdaniem większości Demokratów (i Republikanów) sprawa została rozwiązana, bo prokurator generalny zapewnił Paula, że "prezydent nie ma prawa używać dronów na amerykańskiej ziemi przeciwko amerykańskim obywatelom niezaangażowanym w walkę", a poza tym laureat Pokojowej Nagrody Nobla nie będzie przecież zabijał niewinnych obywateli swojego kraju.

Szczytem hipokryzji - z obu stron sceny politycznej - jest bowiem to, że zainteresowanie dronami gwałtownie wzmogło się dopiero wtedy, kiedy pojawiła się kwestia zabijania Amerykanów. Ataki przy pomocy dronów trwają co najmniej od 2004 roku, w tym czasie zginęło już parę tysięcy osób, w tym także cywile i dzieci. W tym samym czasie w ten sam sposób zginęło trzech amerykańskich obywateli. TRZECH.

John Brennan w czasie  przesłuchania przed senacką komisją do spraw wywiadu

W orędziu do narodu miesiąc temu Obama obiecał więcej przejrzystości w kwestii dronów, po czym na stanowisko szefa CIA mianował człowieka, który cały program dronów wymyślił. Żeby nie było wątpliwości - nie wierzę w rojenia skrajnej prawicy, że rząd federalny (ten albo inny) planuje zabijanie amerykańskich obywateli ot tak, po prostu. Nie wierzę też - jak skrajna lewica i Julian Assange - że jedynym rozwiązaniem jest tzw. "pełna jawność", odtajnienie wszystkich dokumentów jak leci. 

Wiadomo, że każdy amerykański prezydent będzie zlecał zabijanie ludzi uznanych za wrogów Stanów Zjednoczonych - czy to jawnie, na wojnie, czy potajemnie, przez jednostki specjalne, czy wreszcie za pomocą dronów, które są de facto nowoczesną wersją komandosów. Zmienić się tego raczej nie da,  choć - oczywiście - nie jest to powód do radości. Uważam jednak, że można - a nawet należy - wymagać od rządu (szczególnie centrolewicowego, szermującego hasłami otwartości i demokracji), żeby gotów był poddawać się jakiejś formie kontroli ze strony obywateli, szczególnie w tak istotnej sprawie jak decydowanie o życiu i śmierci ludzi - nie tylko Amerykanów.


PS: Żeby było zabawniej (?) okazało się, że Brennan złożył przysięgę na egzemplarz konstytucji z 1787 roku, a zatem taki, który nie zawierał Bill of Rights, czyli pierwszych dziesięciu poprawek - prawa wolności słowa, wolności wyznania, wolności prasy etc. - przyjętych w 1791 roku po to, by ograniczyć władzę rządu federalnego nad obywatelami. Wiadomo, że to głupi przypadek, ale w obecnej sytuacji naprawdę niefortunny.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Kup pan lincolna!

Dziś trzeci poniedziałek lutego, Presidents Day, co znaczy, że Amerykanie świętują urodziny Waszyngtona i kupują samochody na wyprzedażach.


Jak to często w Stanach bywa, w przypadku Urodzin Waszyngtona świętuje się raczej ogólną ideę, a nie ów dzień w sensie ścisłym - jak z Dniem Niepodległości, który obchodzi się 4 lipca, choć zerwanie z Wielką Brytanią kolonie ogłosiły już dwa dni wcześniej. No, ale 4 lipca przynajmniej podpisano Deklarację Niepodległości (a przynajmniej niektórzy ją podpisali) - z urodzinami Jerzego W. sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Trzeci poniedziałek lutego przypada bowiem zawsze między 15 a 21 dniem miesiąca, co oznacza, że oficjalne urodziny Waszyngtona nigdy nie wypadają tego dnia, w którym naprawdę przyszedł na świat: 22 lutego (według kalendarza gregoriańskiego) albo 11 lutego (według obowiązującego wówczas w Imperium Brytyjskim kalendarza juliańskiego).

Wszystkiemu winny Lyndon Johnson, który w 1968 roku podpisał ustawę Uniform Monday Holiday Act. Czyniła ona z czterech świąt federalnych święta ruchome, przypadające w różne poniedziałki, np. Columbus Day na drugi w październiku, a Memorial Day na ostatni w maju. Chodziło o to, by pracownicy federalni dostali kilka długich weekendów. Uprzedzając jednak co poniektórych, którzy chcieliby zacząć pomstować na mnożenie świąt, które  rozleniwiają ludzi i obniżają PKB, od razu dodaję, że poniedziałkowe święta okazały się prawdziwym błogosławieństwem dla biznesu. 

Od lat 80. rozpowszechniła się praktyka otwierania sklepów w świąteczne poniedziałki, a z czasem także organizowania wielkich wyprzedaży. W ten właśnie sposób Presidents Day stał się świętem wyprzedaży samochodów, Memorial Day dniem przecenionej elektroniki, Labor Day świętem wyprzedaży sprzętów ogrodowych, a w Columbus Day przeceną upamiętnia się meble i wyposażenie domów. Happy Birthday, George!


niedziela, 20 stycznia 2013

Koronacja

W poniedziałek czeka nas pięćdziesiąta siódma ceremonia inauguracyjna prezydenta Stanów Zjednoczonych. W amerykańskiej konstytucji wymieniona jest jedynie treść przysięgi jaką prezydent ma złożyć. O samej inauguracji nie ma nic, jej przebieg jest zatem kwestią tradycji i w ciągu ostatnich dwustu (z nawiązką) lat  wyglądało to różnie. 

George Washington składał pierwszą przysięgę w Nowym Jorku, na balkonie Federal Hall, który to budynek Amerykanie - już wtedy skorzy do burzenia i budowania nowego - rozebrali ledwie 23 lata później, w 1812 roku. Kolejne dwie odbyły się w Filadelfii, w Congress Hall, którego demolkę nakazano, co prawda, w 1870 roku, ale ostatecznie niezrealizowano. Pierwsza inauguracja w Waszyngtonie (który składał się wówczas ledwie z paru domów na krzyż) - Thomasa Jeffersona w 1801 roku - miała miejsce w budynku Kapitolu, a dokładnie jedynym wybudowanym jego skrzydle, wyglądającym, z grubsza, tak:

Kapitol w 1800 roku

Później, kiedy Kapitol wreszcie zbudowano (a potem odbudowano), prezydenci składali przysięgi w Izbie Reprezentantów, dopóki Andrew Jackson - czempion "zwykłego człowieka" - przeniósł ceremonię na zewnątrz, przed Wschodni Portyk, gdzie mogło w niej uczestniczyć aż 20 tysięcy ludzi - ogromna liczba, zważywszy na to, że cała aglomeracja liczyła ledwie 30 tysięcy mieszkańców. Jackson wszedł, co prawda, przez piwnice, żeby uniknąć tłumów, ale potem tłumy wprosiły się na bal do Białego Domu, "potrącając kelnerów, tłukąc talerze, wskakując na meble - a wszystko to w celu uściśnięcia dłoni prezydentowi lub przynajmniej zobaczenia go". Jackson, przeziębiony i ciągle w żałobie po śmierci żony, wyszedł przez okno i poszedł do swoich apartamentów.

Zaprzysiężenie Jacksona

Od tej pory ceremonie zaprzysiężenia zaczęły się rozrastać. William Henry Harrison jako pierwszy zorganizował oficjalny komitet organizacyjny, a także wprowadził tradycję inauguracyjnych balów. Wygłosił też najdłuższą mowę inauguracyjną w historii, dzięki której stał się zarazem najkrócej urzędującym prezydentem w dziejach. Gadał przez dwie godziny na mrozie i śniegu, w dodatku bez płaszcza, w efekcie czego miesiąc później zszedł na zapalenie płuc. W 1873 roku było tak zimno, że zamarzły kanarki, które miały ucieszyć prezydenta Ulyssesa GrantaKolejni prezydenci - nauczeni doświadczeniem - mówili krócej, a Reagan w 1985 roku z powodu siarczystego mrozu przeniósł nawet zaprzysiężenie do środka Białego Domu. 

Harrison 1841. ŹLE

 Reagan 1985. DOBRZE

Zaprzysiężenia Abrahama Lincolna słynne są z powodu dwóch zdjęć. Na tym z 1861 roku widać w tle budowaną kopułę Kapitolu (bo oprócz burzenia, Amerykanie lubią też unowocześniać), a na tym o cztery lata późniejszym widać w tłumie Johna Wilkesa Bootha, który miesiąc pózniej zastrzeli prezydenta w teatrze Forda.

1861

1865

Na zdjęciach tych dobrze widać skalę wydarzeń, z każdym kolejnym coraz bardziej się rozrastających, zyskujących coraz bardziej świąteczny -  i monumentalny - charakter. Pojawiły się parady, orkiestry, modlitwy, poeci-laureaci odczytujący swoje wiersze, artyści odśpiewujący hymn, wzrosła też liczba balów (Obama miał ich cztery lata temu aż dziesięć). Szczytem pompy było obwożenie na lawetach rakiet Pershing (za Eisenhowera i Kennedy'ego) - z militariów zrezygnował Nixon, żeby nie wyjść na zbyt wojowniczego.

Z jakichkolwiek uroczystości zrezygnowano tylko raz, w 1945 roku, kiedy Franklin Roosevelt swoją czwartą przysięgę złożył prywatnie, w Białym Domu, a paradę odwołano z powodu oszczędności wojennych. Pózniej tylko Carter próbował trochę zmniejszyć królewski wymiar imprezy przechodząc piechotą spod Kapitolu do Białego Domu, ale się to nie przyjęło (Obamowie nawiązali do tego w 2009, ale tylko na trochę) - co jak co, ale  Amerykanie lubią, kiedy uroczystości państwowe mają rozmach.

bal inauguracyjny Williama McKinleya, 1901

 parada inauguracyjna Teddy'ego Roosevelta, 1905

 Pierwsze zaprzysiężenie Franklina Delano Roosevelta, 1933

Eisenhower obserwuje czołgi, 1953

Parada z okazji zaprzysiężenia Kennedy'ego, 1961

W XX wieku zaszły trzy istotne zmiany odnośnie inauguracji. Po pierwsze, 20. poprawka do konstytucji (rok 1933) przeniosła zaprzysiężenie z marca na 20 stycznia. Po drugie, Kennedy jako ostatni prezydent wystąpił na ceremonii w cylindrze. Po trzecie, w 1981 roku Ronald Reagan przeniósł ceremonie na zachodnią stronę Kapitolu. Oficjalnie chodziło o oszczędności (schody mogły z powodzeniem zastąpić podium, które do tej pory trzeba było budować), ale też i o to, żeby zmieściło się jeszcze więcej widzów. Rekordowa była pod tym względem poprzednia inauguracja Baracka Obamy w której wzięło udział jakieś 1,8 miliona ludzi.



 Zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Obama, Reagan, Clinton, Bush II

Tegoroczne zaprzysiężenie raczej rekordu nie pobije, ale będzie wyjątkowe będzie z powodu daty. Kiedy dzień inauguracji wypada w niedzielę, prezydent składa przysięgę dwa razy - najpierw prywatnie, w Białym Domu, a potem publicznie, w poniedziałek. Kiedyś chodziło o względy religijne, ale teraz głównie o to, żeby nie przepadło święto państwowe, jakim jest  wolny od pracy Inauguration Day.

Poza tym będzie tak jak zawsze: niezwykle uroczyście, dość pompatycznie i raczej nudnawo. Ceremoniał inauguracji/koronacji jest już tak sztywny i hieratyczny, że największą atrakcją zdają się być niecodzienne nakrycia głowy co poniektórych gości, np. w zeszłym roku biret sędziego Antonina Scalii, a zwłaszcza kokarda z brylantami Arethy Franklin.


 Co, oczywiście, nie zmienia faktu, że i tak wszyscy będą to oglądać.