Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitt Romney. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitt Romney. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 marca 2013

Santorum-Gingrich 2012! (albo odwrotnie)

W komedii Obywatele prezydenci (My Fellow Americans) John Lemmon i James Garner grają dwóch byłych prezydentów z opozycyjnych partii - Republikanina Kramera i Demokratę Douglasa. Są zajadłymi przeciwnikami politycznymi, serdecznie się nieznoszą, występowali przeciwko sobie w przeszłości, ale wspólne traumatyczne przejścia w połączeniu z niechęcią wobec innych polityków sprawiają, że Douglas i Kramer postanawiają wystartować razem w wyborach. Nie mogą tylko dojść do porozumienia w kwestii tego, który z nich zostanie kandydatem na prezydenta, a który na wice. Dziś dowiedzieliśmy się, że niemal równo rok temu political fiction, (dostosowane do panujących realiów, rzecz jasna) prawie stało się ciałem. Dość upiornym ciałem, dodajmy.


Okazuje się, że w czasie ubiegłorocznych republikańskich prawyborów, Rick Santorum i Newt Gingrich, prawie zgodzili się na wspólne wystartowanie we właściwych, listopadowych, wyborach, pod wspólnym, konserwatywnym "Unity Ticket". Obaj kandydaci nie znosili się serdecznie i atakowali się bez pardonu: Gingrich zarzucał Santorumowi, że służy wielkim korporacjom; Santorum Gingrichowi, że zmienia poglądy (i żony) jak rękawiczki. 

Byli jednak zgodni w dwóch kwestiach: po pierwsze, że Obama jest socjalistą, który planuje zniszczyć Amerykę; po drugie, że (względnie) centroprawicowy Mitt Romney byłby (jak ujął to Santorum) "najgorszym Republikaninem jakiego można wystawić przeciwko Obamie". Postanowili zatem stworzyć konserwatywną alternatywę, stanowiącą odpowiedź na głośno artykułowane wśród republikańskich wyborców hasło: Anybody But Romney - "Każdy, byle nie Romney".


Negocjacje między oboma sztabami zaczęły się w lutym, po tym jak Gingrich i Santorum wygrali kilka prawyborów, głównie na Południu, ale ostatecznie zaczęło zanosić się na wygraną Romneya.  Konserwatyści uznali, że tylko łącząc siły zdołają zablokować nominację Romneya. Dlaczego ostatecznie nie wyszło? Odpowiedź jest chyba oczywista - nie mogli się porozumieć w kwestii tego, czy będzie to kampania Santoruma i Gingricha, czy Gingricha i Santoruma. Każdy uważał, że to ON powinien być kandydatem na prezydenta - żaden nie chciał ustapić i zgodzić się na bycie wiceprezydentem, czyli de facto kwiatkiem do kożucha. Santorum argumentował, że to on zwyciężył dotyczczas w większej ilości stanów - Gingrich, że jest starszy od Santoruma, więc młodszy powinien ustąpić. Ostatecznie, to właśnie on zawiesił rozmowy i postanowił dalej próbować samemu - jak się wszystko skończyło, doskonale wiemy. 

piątek, 30 listopada 2012

R jak Romney

Smutno być Romneyem - nawet jeśli nadal jest się obrzydliwie bogatym, to twoja partia zaczyna się od ciebie odcinać, spadają ci lajki na fejsbuku, a teraz okazuje się, że nie można nawet liczyć na najwierniejszych, zdawałoby się, fanów. Eric Hartsburg, były zapaśnik z Indiany, który wytatuował sobie na skroni literkę "R", oficjalne logo kampanii Romneya, postanowił je sobie usunąć, choć jeszcze niedawno zarzekał się, że jako "wielki fan Romneya i Ryana zachowa je "na zawsze".


Jak twierdzi, na jego decyzję wpłynęło jakoby "niegodne" stwierdzenie Romneya, że zwycięstwo Obamie zapewniły "podarunki" dla mniejszości. Cóż, jakoś poprzednie wypowiedzi kandydata Republikanów jakoś nie przeszkodziły mu na zrobienie sobie tatuażu. Wyjaśnienie jest niestety - banalnie proste: 15 tysięcy dolarów. Hartsburg, gorący zwolennik wolnego rynku, wystawił swoją twarz na Ebayu (ciekawe jak to pogodzono z regulaminem?) za 5 tysięcy dolarów. Stanęło na logo kampanii Romneya, na co Hartsburg, zarejestrowany Republikanian (choć określający się mianem "Atheist specialist,ProGay,ProChoice" [pisownia oryginalna]) przystał.

Teraz czeka go od siedmiu do dziesięciu laserowych sesji usuwania tatuażu, przeprowadzanych co osiem tygodni. Całą procedurę sfinansuje (charytatywnie? reklamowo?) sieć zajmujących się tym salonów Dr. Tattoff. Nie wyklucza jednak wytatuowania sobie czegoś jeszcze przy okazji kolejnych kampanii. Jesli tak, to usuwanie "R" mogło być w sumie złym pomysłem: w roku 2016 startować będą pewnie i Marco Rubio i Paul Ryan.

Tak czy inaczej, trzeba przyznać, że w kwestii ozdabiania swojego ciała na potrzeby kampanii wyborczej, znacznie lepszego wyboru dokonała Katy Perry.


poniedziałek, 12 listopada 2012

Lajki Romneya


Amerykanie nie lubią przegranych. Proszę sobie wejść na fejsbukowy profil Mitta Romneya i  zacząć odświeżać stronę. Zobaczą Państwo, że konsekwetnie ubywa mu "lajków" - od kiedy stało się jasne, że Romney przegrał, zaczął tracić fanów z prędkością 857 "lajków" na godzinę. Ostatnio tempo nieco zwolniło, ale Romney i tak  ma o 93 tysiące mniej fanów niż w dniu wyborów, od których nie minał jeszcze nawet tydzień.


Z kolei Obama zyskał w tym samym okresie aż 930 tysięcy fanów i ma o jakieś 20 milionów więcej "lajków" niż Romney w najlepszym momencie. Cóż, jak tak dalej pójdzie, za rok dowiemy się, że na Obamę głosowało 60% ankietowanych Amerykanów.

sobota, 10 listopada 2012

Smutek białych

Jak już wiemy, biali mężczyźni głosowali głównie na Romneya, ale ich poparcie nie było wystarczające, gdyż za Obamą opowiedziało się 93% Afroamerykanów, 73% Azjatów, 71% Latynosów, a do tego - last, but not least - 55% kobiet, które bardzo często określa się największymi zwyciężczyniami tych wyborów. 

W Senacie zasiądzie rekordowe 20 kobiet. 1/5  składu to może nie tak dużo, ale jak na izbę w której nadal nie ma ani jednego przedstawiciela czarnych Amerykanów (14% społeczeństwa), to i tak jest nieźle. Nie wspominając już o tym, że owe 20% to i tak więcej niż w Izbie Reprezenantów, gdzie kobiet będzie jakieś 17%.

Z kolei stan New Hampshire od stycznia przyszłego roku będzie pierwszym stanem w historii z wyłącznie żeńską reprezentacją w Kongresie: oba miejsca w Senacie i oba w Izbie Reprezenantów zostaną obsadzone przez kobiety. Będzie miał również panią gubernator.

A co by było, gdyby w Stanach wciąż obowiązywały dawne prawa, dające prawo głosu wyłącznie białym mężczyznom? Mapa wyborcza - jak obliczył serwis Buzzfeed - według stanu z 1850 roku wyglądałaby tak:


15 poprawka dała prawo głosu wszystkim mężczyznom - przynajmniej w teorii, bo od lat 70. tzw. prawa Jima Crowa de facto pozbawiły tego prawa czarnych z Południa. Zanim jednak to nastąpiło, około roku 1870, mapa wyglądałaby tak:


W 1920 roku prawo głosu otrzymały kobiety:


W 1971 roku obniżono wiek uprawniający do głosowania do 18 roku życia. Oto jak rozłożyłyby się głosy dziś, gdyby dalej obowiązywały "stare" zasady. Jak widać, jest to pierwszy scenariusz w którym Obama wygrywa, ale o włos.


Pouczające. Nic dziwnego, że przed wyborami niektórzy Republikanie próbowali utrudnić głosowanie mniejszościom, a teraz krzywią się na ostateczny wynik wyborów i narzekają na elektorat.

piątek, 9 listopada 2012

"Rzeczywistość ma skrzywienie lewicowe".

332 do 206. Nie da się zaprzeczyć, że daleko mi do Nate'a Silvera, blogera "New York Timesa", który bezbłędnie przewidział wynik wyborów. Wygląda na to, że i ja częściowo uwierzyłem  w alternatywną rzeczywistość, którą karmili nas sztab Romneya i Fox News (co czasami na jedno wychodziło). Według tej wizji, wybory miały być w najgorszym wypadku niezwykle wyrównane, Romney miał mieć szansę na wygraną nie tylko w swing states, ale nawet w kilku stanach tradycyjnie "niebieskich", a niektórzy prognozowali nawet miażdżące zwycięstwo Republikanów. Choć wizja ta wydawała mi się nazbyt optymistyczna, to nie sądziłem jednak, że zwycięstwo Obamy - nie tylko w kolegium elektorskim, ale i w głosowaniu powszechnym - będzie aż tak zdecydowane. 


Kiedy wspomniany Silver, (który samodzielnie ogarnia wszystkie sondaże, statystyki, wskaźniki ekonomiczne etc.), parę dni przed wyborami obliczył dokładnie taki wynik, spadły na niego gromy ze strony Republikanów, zarzucających mu stronniczość, bycie "ideologiem", który prezentuje klasyczne myślenie życzeniowe, a na dokładkę "zniewieściałość", gdyż w prawicowym świecie najwidoczniej tylko "prawdziwy", "męski" samiec potrafi właściwie analizować dane statystyczne.

Rzeczywistość okazała się być, jak widać, zupełnie inna, ale zamknięci w swojej "bańce" medialnej, paranoicznie wierzący wyłącznie Fox News Republikanie, konsekwetnie ją ignorowali. Ich postawę najlepiej ująć słowami klasyka, Stephena Colberta: "Nie wierzę w rzeczywistość. Doskonale wiadomo, że rzeczywistość  ma skrzywienie lewicowe"

Fox News oferowało (i zapewne dalej będzie oferować) zatem zgoła inną wizję Ameryki, w której wszyscy nienawidzą socjalistycznego, pragnącego zniszczyć USA, tyrana: Baracka Husseina Obamy. Jego klęska miała być czymś nieuchronnym, jedynym możliwym rozwiązaniem. Ostatecznie, dziennikarze tej stacji sami uwierzyli we własną propagandę i kiedy okazało się, że Obama wygrał, zupełnie stracili rezon i zaczęli przechodzenie - jak to ktoś ładnie zauważył - czterech z pięciu stadiów żałoby: zaprzeczenia, gniewu, targowania się i depresji. Karl Rove nie chciał przyznać, że Romney stracił Ohio (a tym samym wybory), Donald Trump wzywał na twitterze do rewolucji i marszu na Waszyngton, a Sean Hannity obraził się na Amerykanów, mówiąc, że "zasługują na to, co sobie wybrali". 


Pal sześć, że wizji tej ulegli widzowe Fox News - gorzej (dla nich samych), że we własną propagandę uwierzyli politycy Partii Republikańskiej. Czas pokaże - i to już niedługo - jak poradzą sobie ze stadium ostatnim, tzn. akceptacją. Nieszczęsna rzeczywistość wygląda bowiem dla prawicy o wiele gorzej, niż na pierwszy rzut oka wskazwałaby to niewielka różnica między Obamą i Romneyem w głosowaniu powszechnym.

Romney przegrał wszędzie, gdzie tylko mógł (z wyjatkiem Karoliny Północnej). Przegrał  w Ohio i na Florydzie, i to mimo podejmowanych przez Republikanów prób ograniczenia głosu mniejszościom w obu tych stanach. Dramatycznie przegrał wśród Latynosów (o 40%), przegrał wśród wszystkich mniejszości, wśród kobiet i wśród młodych. Zwyciężył tylko wśród starszych ludzi i białych mężczyzn, których procent w amerykańskim społeczeństwie - zgodnie z wszelkimi demograficznymi prognozami - będzie tylko malał. 


Z taką "bazą" Republikanie będa przegrywać kolejne wybory i GOP musi coś ze sobą zrobić, biorąc lekcję z Kubusia Puchatka: im bardziej będą zaglądać do środka, tym bardziej nic tam nie znajdą. Muszą znowu stać się partią ogólnokrajową (na Wschodnim Wybrzeżu prawie nie ma już Republikanów), "otworzyć się" na kobiety i mniejszości, a nade wszystko podrzucić quasi-religijny radykalizm Tea Party. Ta ostatnia, oczywiście, nie odpuści jednak tak łatwo i już dokonała ataku uprzedzającego w nieuchronnej wojnie domowej GOP. Winą za klęskę obarczyła - oczywiście - zbyt umiarkowanych Republikanów, na czele z Romneyem.

Negowanie rzeczywistości - w której Amerykanie odrzucają  facetów bredzących o gwałtach i innych kandydatów Tea Party, za to wybierają lesbijki, gejów i orkijskie zabójczyniepopierają małżeństwa homoseksualne, a do tego chcą legalizacji marihuany - trwa nadal, ale już niebawem przekonamy się czy zimny prysznic poskutkował.  

A co z przegranym kandydatem? Nie żałujmy Mitta Romneya, bo...


wtorek, 6 listopada 2012

Niebieskie-czerwone-niebieskie-czerwone-bęc

Choć niedawno psioczyłem na system elektorski, nie mogę jednak zaprzeczyć, że ma on jedną, kolosalną zaletę: czyni przewidywania wyborcze znacznie, ale to znacznie ciekawszymi. Obstawianie procentowego wyniku nie jest nawet w połowie tak zajmujące, jak obstawianie poszczególnych stanów, zaznaczanie ich na niebiesko albo czerwono niczym w jakiejś loterii. Można to zrobić własnoręcznie na stronach PoliticoCNN i wielu innych.

Panuje dość powszechne przekonanie (poparte sondażami, dodajmy), że Obama wygra dzisiejsze wybory. Oczywiście, wszyscy możemy się bardzo zdziwić, jeśli dojdzie do ponownego liczenia głosów na Florydzie albo w Ohio, ale bawiąc się podstawową wersję gry w niebieskie-czerwone, przewidywałbym następujący wynik głosów elektorskich: 294 do 244 dla Obamy, o tak:


Oczywiście wszystko to przy zwycięstwie Obamy także w głosowaniu powszechnym.  Przemawia do mnie argument, że - paradoksalnie - w dłuższej perspektywie najlepiej byłoby, gdyby w głosowaniu powszechnym nieznacznie wygrał Romney, ale następnie przegrał w kolegium elektorskim - szansa na to jest jednak niewielka (prędzej zdarzyć się to może Obamie). Gdyby w przeciągu zaledwie 12 lat taka sama sytuacja przytrafiła się obu partiom, znacznie zwiększyłoby to szansę na przeprowadzenie niezbędnych zmian w konstytucji i zlikwidowanie systemu elektorskiego. Stracilibyśmy, co prawda, nasze zabawy z kolorowaniem stanów, ale w ogólnym  rozrachunku tak byłoby chyba lepiej.

Tyle o wyborach prezydenckich. Co jednak z pozostałymi wyborami, które odbywają się równolegle? Ciekawią mnie następujące rzeczy:

1.
Czy Demokratom uda się dokonać niemożliwego i utrzymać większość w Senacie?
Jeszcze niedawno wydawało się to właściwie nie do pomyślenia, ale w prawyborach GOP zwyciężyło wielu kandydatów Tea Party, wyeliminowawszy resztki bardziej umiarkowanych republikanów. Jeszcze dalszy przechył na prawo (objawiający się np. chęcią republikańskich kandydatów do rozprawiania na temat gwałtów) sprawił, że szanse GOP na zdobycie większości w Senacie wydają się marne. Obstawiam wynik: 50 do 49 dla Demokratów, plus 1 senator niezależny, sympatyzujący z Demokratami. 

2. 
Jak poradzą sobie kandydaci Tea Party?
Mam nadzieję, że źle. Nie tylko dlatego, że ich poglądy wydają mi się straszne, a ich potencjalna realizacja szkodliwa. Przede wszystkim dlatego, że tylko wielka porażka jest w stanie wstrząsnąć Partią Republikańską i zawrócić ją z prawej ściany z powrotem w stronę centrum, co byłoby dobre nie tylko dla niej samej, ale i dla amerykańskiej polityki samej w sobie. Mimo to, wszystko wskazuje na to, że Republikanie utrzymają większość w Izbie Reprezentantów, choć chyba stracą kilka miejsc. Czy Michele Bachmann, królowa Tea Party, przegra z mało znanym Demokratą? Pewnie nie, ale przynajmniej naje się strachu, bo w sondażach jej zwycięstwo nie jest wcale takie pewne. Obstawiam: 238 do 197 dla Republikanów.

3.
W ilu kolejnych stanach zostaną zalegalizowane małżeństwa homoseksualne?
Referenda w tej sprawie odbędą się m.in. w Maine, Maryland i Waszyngtonie. Sondaże wskazują na to, że najprawdopodobniej zwyciężą zwolennicy takiego rozwiązania. Na dokładkę, jeśli Demokratom się powiedzie w Wisconsin, jest szansa na to, że w Senacie zasiądzie pierwsza w historii jawna lesbijka.

4.
Czy w którymś stanie zostanie zalegalizowana marihuana?
Głosowanie nad legalizacją trawki odbędzie się w trzech stanach (Kolorado, Oregon i Waszyngton) i szansa na to, że propozycja ta wszędzie polegnie, jest raczej niewielka. Szykuje się poważny problem, gdyż - jak pisałem wcześniej - oficjalne stanowisko władz federalnych w kwestii marihuany jest zdecydowanie negatywne.

Na koniec wreszcie zupełny drobiazg, ale - wbrew pozorom - nie całkiem bez znaczenia:
5. 
Czy Colleen Lachowicz zostanie wybrana do senatu stanowego Maine?
Demokratka Colleen Lachowicz, o której pisałem wcześniej, została zaatakowana przez Republikanów za to, że grywa w World of Warcraft jako niebezpieczna ogrzycą. Trzymam za nią kciuki, choćby po to, żeby w przyszłości nie czepiano się takich rzeczy.

Tyle zgadywanek. Wszystkiego dowiemy się już jutro! Albo - co jest, niestety, bardzo prawdopodobne - wcale nie.

niedziela, 4 listopada 2012

Przegląd ludowych mądrości wyborczych

Do wyborów tuż tuż, publikowane są ostatnie sondaże (ogólnokrajowe i te dotyczące Ohio). Gdyby opierać się tylko na nich, powinien wygrać Obama. Amerykanie uwielbiają jednak wróżyć zwycięstwo jednemu lub drugiemu kandydatowi na podstawie ludowych mądrości w rodzaju "zawsze wygrywa ten, który...". Oto uchylam przed Państwem rąbka tej "tajemnej wiedzy", która niczym kabała rzekomo pozwala przewidzieć wygraną.

1. Zawsze wygrywa wyższy kandydat. 
Bzdura, oczywiście. Na 28 wyborów przeprowadzonych od 1900 roku wyżsi kandydaci wygrali 18 razy, niżsi 8, a w dwóch przypadkach byli tego samego wzrostu. Jeśli  jednak wliczać w to wybory wcześniejsze,  (kiedy wyborcy rzadko widywali na oczy kandydatów, a co dopiero obu naraz) to statystyki rozkładają się następująco: w 53% wygrywali wyżsi, w 39% niżsi. Czasami wybierano naprawdę niskich, a najwyższy kandydat w historii (wybory 1852 roku, generał Winfield Scott, mający 196 cm) przegrał z kretesem, tak więc wysoki wzrost nie gwarantuje sukcesu - o czym przekonali się i Al Gore, i John Kerry. Tak czy owak - Obama jest wyższy od McCaina, ale niższy od Romneya. Punkt dla tego ostatniego.

2. Zawsze wygrywa ten, który wyda więcej pieniędzy na kampanię.
Często, ale nie zawsze. W 2008 roku Obama zgromadził dwukrotnie więcej pieniędzy na kampanię niż McCain i wygrał, ale już Bob Dole przegrał z Clintonem w 1996 roku, choć na kampanię wydał więcej. Mimo to, wszyscy wydają się w to bezkrytycznie wierzyć i sztab Obamy nieustannie bombarduje swoich zwolenników mailami w których dramatycznym tonem obwieszcza, że Republikanie mają więcej pieniędzy niż Demokraci i wieszczy niechybną klęskę, jeśli nie wyśle się im co najmniej pięciu dolarów. Punkt dla Romneya.

3. Nie da się wygrać wyborów, jeśli przegra się w "swoim" stanie.
No więc da się, choć ostatnim, który tego dokonał był Richard Nixon. Wygrał w swojej rodzinnej Kalifornii, ale  przegrał w Nowym Jorku, gdzie był zarejestrowany. Gdyby nie głosy na Florydzie, udałoby się to również Alowi Gore'owi, który w 2000 roku przegrał w Tennessee.  Tak więc, dla Romneya - który od samego początku może zapomnieć o wygranej w Massachusetts - też  jest jakaś nadzieja, ale mimo wszystko: punkt dla Obamy.

4. Prezydent zawsze przegrywa walkę o reelekcję, jeśli bezrobocie jest większe niż 7%
W trzech przypadkach na cztery owszem: Ford, Carter i Bush ojciec przegrali, ale już Reaganowi się udało, więc może i Obamie się powiedzie, choć bezrobocie w październiku wyniosło 7,9%. Punkt dla Romneya.  

5. Prezydent zawsze przegrywa walkę o reelekcję, jeśli w badaniach opinii publicznej pozytywnie ocenia go mniej niż 50% badanych.
I znowu: zazwyczaj tak, ale nie zawsze, o czym najlepiej świadczy choćby przykład Harry'ego Trumana, którego approval ratings w 1948 roku wynosiły marne 39%. Poza tym ich wysokość nie przekłada się na wysokość wygranej - można mieć 66% i wygrać o kilka procent (jak Clinton) albo o kilkanaście (jak Nixon). Według ostatnich badań prezydenta Obamę pozytywnie ocena równo 50% badanych - niech zatem będzie punkt dla niego.

Reasumując: znaki na niebie i ziemi wskazywałyby jednak na wyższego i bogatszego Romneya, a nie na borykającego się z bezrobociem Obamę. Ale - jak doskonale wiadomo - na dwoje babka wróżyła, na świętego Hironima jest dysc, abo go ni ma. Wszystko i tak rozbije się o wróżbę ostatnią: 

6. Żeby wygrać wybory, Republikanie muszą zdobyć Ohio.
Znowu to nieszczęsne Ohio. Bo jeszcze tak nie było, żeby Republikanin został prezydentem przegrywając w tym stanie. Czyli wracamy do punktu wyjścia, a ja dyskretnie odsyłam do ostatnich sondaży na temat, które wróżą... no właśnie, remis. 

wtorek, 23 października 2012

Konie i bagnety

Zgodnie z nową tradycją, każda debata tegorocznej kampanii przynosi wysyp jakichś memów. Po pierwszej mieliśmy Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej, po drugiej "skoroszyty pełne kobiet", po wczorajszej debacie, nikt chyba nie ma wątpliwości, co stało się hitem: konie i bagnety.


Ostatnie starcie obu kandydatów poświęcone było polityce zagranicznej, głównie Bliskiemu Wschodowi. Romney generalnie zgadzał się z Obamą prawie we wszystkim, ale musiał też kilka razy wyrazić swój krytycyzm. Sprzeciwiając się cięciom w wydatkach na armię (no jasne, to w końcu tylko 700 miliardów rocznie) zarzucił prezydentowi, że amerykańska marynarka wojenna jest obecnie najmniejsza od 1917 roku. 

Obama, mistrz ciętej riposty, odparował: 
Wspomniał pan choćby o marynarce i o tym, że mamy mniej statków niż w roku 1916. Cóż, gubernatorze, mamy też mniej koni i bagnetów, bo natura prowadzenia wojny uległa zmianie. Mamy tak zwane lotniskowce na których mogą lądować samoloty. Mamy okręty, które pływają pod wodą, nuklearne łodzie podwodne. To nie jest gra w statki, gdzie liczy się statki, ale kwestia naszych priorytetów.
Nie wspominając o tak lubianych przez Obamę dronach bojowych


Choć Romney ma rację co do liczb (nawiasem mówiąc, wziętych z raportu konserwatywnego think tanku Heritage Foundation), to proste liczenie ilości statków - bez brania pod uwagę kontekstu, realiów politycznych i bojowych - jest, po prostu, idiotyczne. Zresztą, gdyby mimo wszystko Romney upierał się, że największe znaczenie ma rozmiar, musiałby przyznać, że Obama odniósł niebywały sukces, gdyż za jego kadencji liczba okrętów wzrosła o 10% w porównaniu z prezydenturą Busha. Auć.

Na koniec nieciekawa ciekawostka: nauka posługiwania się bagnetem była częścią podstawowego szkolenia każdego amerykańskiego żołnierza do lipca 2010 roku, a ostatnie bojowe wykorzystanie amerykańskiej kawalerii konnej miało miejsce w 1942 roku.



piątek, 19 października 2012

"Na złość babci odmrożę sobie uszy" czyli o filozofii politycznej rodem z Elbonii

Scott Adams, twórca Dilberta, ogłosił wczoraj:
"Choć nie zgadzam się ze stanowiskiem Romneya w większości kwestii, od dziś popieram jego kandydaturę na prezydenta".
Dlaczego? Wszystko z powodu marihuany.

Scott obraził się na prezydenta Obamę za to, że za jego rządów władze federalne zamykają produkcje marihuany na potrzeby medyczne w Kalifornii. Stan ten dopuszcza medyczne użycie konopii indyjskich - władze federalne Stanów Zjednoczonych: nie. W czasie poprzedniej kampanii wyborczej Obama obiecywał, że jego administracja nie będzie na siłę zamykała sklepów z marihuaną, ale  tej obietnicy (jak i kilku innych) nie dotrzymał i federalna agencja DEA (Drug Enforcement Administration) zamyka miejsca zajmujące się legalną (w świetle kalifornijskiego prawa) sprzedażą medycznej marihuany. Głośna jest ostatnio sprawa niejakiego Aarona Sandusky'ego, właściciela takiego punktu, któremu grozi 10 lat w przepełnionym kalifornijskim więzieniu.


Można zrozumieć oburzenie Scotta, który pomstuje na działania prezydenta, o którym dobrze wiadomo, że w młodości nie stronił przecież od trawki. Czyżby jednak kandydat Republikanów zmienił nagle zdanie i stał się zwolennikiem legalizacji marihuany? Nic podobnego. Cytując jego rzecznika:
"Gubernator Romney od dawna sprzeciwia się używaniu marihuany z jakichkolwiek powodów. Sprzeciwia się legalizacji narkotyków, w tym marihuany dla celów medycznych. Z pełną siłą będzie egzekwował federalne prawa antynarkotykowe i będzie sprzeciwiał się jakimkolwiek próbom legalizacji".
Jaki jest na to argument Adamsa?
"Romney będzie zapewne kontynuował narkotykową politykę administracji Obamy. Ponieważ jest jednak kameleonem i pragmatykiem, nie można być tego pewnym".
Czyli będzie głosować na Romneya - z którym się nie zgadza - bo ten nie ma żadnych poglądów i często zmienia zdanie? No cóż, takie wyjaśnienie bez problemu wyobrażam sobie w ustach Szefa Dilberta, ale nie wiem czy akurat z nim chciałby się identyfikować Adams.

czwartek, 18 października 2012

O debatach śpiewająco

Dla tych, którzy nie widzieli ostatniej debaty: nieocenieni The Gregory Brothers właśnie wkleili na youtube'a jej umuzycznioną, bardzo funkową wersję. Cała debata w ciągu dwóch i pół minuty: są i najważniejsze tematy, i "skoroszyty pełne kobiet", a także biorąca jakże aktywny udział w debacie Candy Crowley. A wszystko to powstało w ciągu niecałej doby po zakończeniu debaty. Chapeau bas!


Gregory Brothers (na youtube występujący jako schmoyoho) zaczęli od przerobienia przy pomocy Auto-tune wiceprezydenckiej debaty z 2008 roku, między Sarą Palin i Joe Bidenem. Nie sposób zaprzeczyć, że w porównaniu z tegorocznymi debatami efekt wydaje się bardzo amatorski, ale dał początek całej serii - Auto-tune the News - w której tworzyli piosenki z wiadomości telewizyjnych: jedna z nich, Bed Intruder Song, stała się nawet najpopularniejszym klipem na YT w roku 2010. Z czasem seria zmieniła nazwę na obowiązującą obecnie - Songify This. Pomogli też stworzyć aplikację na smartphone'y, Songify, za której pomocą można robić z grubsza to samo co oni. Z grubsza, bo tworzone przez nich piosenki są coraz, coraz lepsze.

Poniżej klipy z  dwóch poprzednich debat, muzycznie chyba nawet jeszcze lepsze:




środa, 17 października 2012

Skoroszyty pełne kobiet

W czasie debaty Mitt Romney został spytany o to, co zamierza zrobić, żeby kobiety zarabiały wreszcie tyle samo, co mężczyźni. Romney zboczył trochę z niewygodnego dla siebie tematu i zapewnił, że kiedy został gubernatorem Massachusetts, chciał, żeby w jego gabinecie znalazły się też kobiety. Niestety, sposób w jaki to zrobił, nie mógł być gorszy - wyszło protekcjonalnie i głupio: 

"Spytałem moich ludzi: Jak to możliwe, że o te stanowiska ubiegają się tylko mężczyźni? Na co oni odparli: Cóż, to są ludzie, którzy mają kwalifikacje. A ja powiedziałem: Ojej, czy nie możemy znaleźć jakichś kobiet, które też mają kwalifikacje? I tak postanowiliśmy poszukać kobiet, które miałyby wystarczające doświadczenie, żeby zasiąść w moim gabinecie.  Poszliśmy do różnych organizacji kobiecych i spytaliśmy: Czy nie moglibyście nam pomóc znaleźć kogoś, a oni przynieśli nam skoroszyty pełne kobiet".

I właśnie te skoroszyty - binders full of women - stały się hitem internetu, i to jeszcze zanim skończyła się wczorajsza debata.






Żeby było zabawniej - to wcale nie Romney poprosił o te "skoroszyty". Massachusetts Women Political Caucus, gromadzący kobiety z obu partii, jeszcze przed wyborami gubernatorskimi w 2002 roku, z własnej inicjatywy przygotował listę potencjalnych kandydatek na różne wysokie rangą stanowiska. Kiedy wygrał Romney - pokonując kandydatkę Demokratów, Shannon O'Brien - po prostu otrzymał tę listę.

poniedziałek, 15 października 2012

Political Kombat '12

Nareszcie nadeszło polityczne Political Kombat '12 czyli mordercza walka na szlaku tegorocznej kampanii wyborczej. Przed Państwem:

Barack Obama vs. Donald Trump

\

Mitt Romney vs. Ron Paul & Newt Gingrich


Mitt Romney vs. Rick Santorum & Herman Cain


A w planach kolejne dwa odcinki: już niedługo Joe Biden zmierzy się na pięści z Paulem Ryanem, a potem wielki finał - Barack vs. Mitt

wtorek, 9 października 2012

"Duży, żółty, groźny dla naszej gospodarki"

Wszyscy już chyba wiedzą, że w czasie debaty z Obamą Romney wspomniał o tym, że z powodów oszczędności - koniecznych, żeby powstawały miejsca pracy - będzie musiał obciąć finansowanie dla telewizji PBS (w której pracuje moderator tamtej debaty, Jim Lehrer, swoje najlepsze dni mający zdecydowanie za sobą), mimo iż "uwielbia Wielkiego Ptaka". No ba, kto nie lubi?


Romney, Ryan i cała masa Republikanów nieustannie powtarzają, że konieczne są oszczędności. Co do tego zgoda, zaiste czasy są ciężkie, na pewno można gdzieś usprawnić wydatki państwowe. Sęk w tym, że federalne dofinansowanie dla CPB (Corporation for Public Broadcasting), która z kolei łoży pieniądzena PBS i NPR (National Public Radio) wynosi ok. 444 milionów dolarów rocznie. Dużo? Może, ale to stanowi zaledwie 0,06% rocznego budżetu obronnego USA, który wynosi ok. 700 miliardów dolarów rocznie.

W dodatku, jak słusznie zauważono, Wielki Ptak sam jest "twórcą miejsc pracy" (w zawodzie od 1969 roku), gdyż dzięki swojej popularności pomógł sprzedać tysiące zabawek, koszulek i innych gadżetów. Sesame Workshop, producent "Ulicy Sezamkowej" ma roczny zysk w wysokości 47 milionów dolarów i zatrudnia 1320 pracowników. Jeszcze więcej pieniędzy Ulica Sezamkowa (a zatem i Wielki Ptak) przynosi Hasbro, drugiej największej na świecie firmie produkującej zabawki. Czy zatem zabijanie Wielkiego Ptaka naprawdę ma sens?

Schizofrenia dzisiejszych Republikanów polega (między innymi) na tym, że choć głośno perorują na temat konieczności bilansowania budżetu, podchodzą do tej kwestii nie jak do czegoś naukowego, ale niemalże religijnego. Podnoszenie podatków jest złe, koniec kropka, obcinajmy "niepotrzebne wydatki", do których można - ich zdaniem - zaliczyć praktycznie wszystko: edukację, kulturę, publiczne media, pomoc zagraniczną etc. Z wyjątkiem obronności, rzecz jasna.

Weźmy na przykład "Zasadę Buffetta", czyli propozycję podniesienia podatków dla najbogatszych (zarabiających powyżej miliona dolarów rocznie, czyli 0,3% podatników), która przyniosłoby fiskusowi ok. 37 miliardów dolarów rocznie. Zdaniem Republikanów nie warto tego jendak robić, gdyż to praktycznie nic, żaden zysk, sztuczka Obamy etc. 

Z kolei budżet NEA (National Endowment for the Arts), amerykańskiego odpowiednika ministerstwa kultury, wynosi zaledwie 155 milionów dolarów - mniej niż budżet filmu Avengers. Nie przeszkadza to jednak Republikanom walczyć o zlikwidowanie NEA już od trzydziestu lat - próbował Reagan, próbował Gingrich, teraz obcięcie finansowania proponuje Romney. Nagle te 150 milionów to bardzo ważna pozycja w budżecie, konieczna do tego, by "uzdrowić amerykańską gospodarkę".

Atakując Wielkiego Ptaka jako symbol "zbędnych wydatków" Romney wystawia się na łatwe ataki, jak choćby w tej reklamówce sztabu Obamy, wyglądającej, zresztą, jak coś, co spokojnie mogłoby powstać w Daily Show Jona Stewarta.


czwartek, 4 października 2012

Mitt Romney Style

Jak już pewnie wszyscy wiedzą, Mitt Romney wygrał wczorajszą debatę. Głównym zadaniem kandydatów w takich starciach jest niepopełnienie żadnej poważnej (albo nawet niepoważnej) gafy, którą media mogłyby potem wałkować w nieskończoność. Jeśli kandydatowi uda się coś więcej, to już tylko czysty zysk. A Romney nie dość, że niczego nie palnął, to jeszcze mówił składnie, przytaczał dane i w ogóle wyglądał lepiej niż niemrawy i zagubiony Obama.

Entuzjazm Republikanów i Fox News jest zrozumiały - Romney musiał wypaść w tej debacie dobrze, żeby w ogóle mieć jakiekolwiek szanse w wyborach - i to udało się nawet z nawiązką. Wróciły porównania tegorocznych wyborów z tymi sprzed 32 lat, kiedy Ronald Reagan stawił wyzwanie i pokonał urzędującego prezydenta, Jimmiego Cartera. Sęk w tym, że Romney nie jest Reaganem - i powtarzają mu to nawet koledzy Republikanie.

Równie dobrze można wysnuwać analogie z rokiem 2004, choćby opierając się na badaniach poparcia dla urzędującego prezydenta. W miesiącach poprzedzających wybory Cartera pozytywnie oceniało ledwie trzydzieści kilka procent badanch - Busha czterdzieści kilka, tyle samo ile teraz Obamę. 

Prawda jest taka, że nic nie wiadomo. Przed nami jeszcze dwie debaty (i jedna wiceprezydencka) - Obama może się poprawić, Romney może się popsuć. Poza tym, o czym warto pamiętać - wygrana w debatach nie gwarantuje wcale wygranej przy urnach, o czym boleśnie przekonał się choćby John Kerry. 

Za to przynajmniej zrobiło się ciekawiej.

PS: CollegeHumor nakręciło udaną parodię Gangnam Style z Romneyem. Zanim ktoś mi zarzuci, że ciągle wklejam antyromneyowe filmiki - to nie moja wina, że nie powstają żadne parodie na poziomie, które byłyby wymierzone w Obamę. Jeśli ktoś z Państwa znajdzie takową - proszę o nadsyłanie.



poniedziałek, 17 września 2012

"Disclosure"

Amerykanie to są jednak utalentowani. Cztery lata temu mieliśmy Obama Girl, która ciałem i duszą wspierała Baracka Obamę w jego walce o Biały Dom. Poparcie prezydenta dla małżeństw homosekualnych zrobiło jednak swoje. W tym roku mieliśmy już Obama Boy (gorszego, przyznajmy, od Obama Girl), który też zadurzył się w Obamie, ale dopiero teraz pojawił się prawdziwy hit tej kampanii.


Oto piosenka Disclosure Full Frontal Freedom, samozwańczego anty-PAC, "koalicji niezależnych artystów (...) chcących wykorzystać swój talent do tego, by (...) promować dyskurs publiczny". Niezależni - dobre sobie - ale nie da się ukryć, że zdolni,   zaangażowani i ewidentnie opowiadający się za niemalże pełną jawnością.

Dbający o swój rozwój fizyczny panowie z Full Frontal Freedom wypominają Romneyowi Bain Capital, kłamstwa, niestałośc w poglądach, a przede wszystkim niepokazanie opinii publicznej wszystkiego:

You won't show what you're hiding down below 
You have got to disclosure 


Chodzi oczywiście o zeznania podatkowe.

PS: Piosenka wzorowana jest na What Makes You Beautiful, rzekomym hicie jakiegoś boysbandu o którym nigdy nie słyszałem, ale Disclosure znacznie lepsze - nie wspominając już o tym, że amerykańscy chłopcy są znacznie sympatyczniejsi niż brytyjski oryginał.

niedziela, 16 września 2012

Zabójczy uśmieszek

Historia prezydenckich kampanii zna takie przypadki. Kandydat - zazwyczaj gorzej stojący w sondażach i niezbyt charyzmatyczny - zostaje sfotografowany w niezręcznej sytuacji. I nie chodzi tu wcale o "przyłapanie w łóżku z żywym chłopakiem albo martwą dziewczyną", o nie, czasem wystarczy głupia mina.

W 1988 roku kandydat Demokratów, gubernator Massachusetts, Michael Dukakis, dał się sfilmować w czołgu. Choć dwa lata wcześniej zdjęcie Margaret Thatcher w podobnej sytuacji tylko pomogło utwierdzić jej wizerunek silnej przywódczyni, w przypadku Dukakisa efekt był zgoła odwrotny. W porównaniu z Bushem (ojcem), służącym jako pilot w czasie II wojny światowej, Dukakis - niski, z wymuszonym uśmieszkiem, wypadł  - delikatnie rzecz ujmując - niezbyt korzystnie, a zdjęcie zyskało miano "Snoopy'ego w czołgu".


W 2004 roku inny kandydat z Massachusetts - senator John Kerry, również uważany za sztywniaka - padł ofiarą podobnego zabiegu. Sztab Busha syna wykorzystał film z surfującym Kerrym, żeby wytknąc mu jego rzekomą niestałość w poglądach, ale nie da się ukryć, że chodziło też o pokazanie senatora w niezręcznej sytuacji - kto bowiem wygląda mądrze uprawiając jakikolwiek sport?


Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Kerry nie utrudniał Republikanom zadania - co i raz to pojawiały się niekorzystne zdjęcia senatora - a to na polowaniu, a to z taką czy inną piłką, a to wreszcie w stroju NASA, w którym  - zdaniem niektórych Republikanów - przypominał Woody'ego Allena w stroju spermy plemnika z Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie...



















Teraz, do galerii niezręcznych kandydatów z Massachusetts dumnie dołącza kolejny. Mitt Romney skrytykował Obamę za wydarzenia na Bliskim Wschodzie i śmierć amerykańskiego ambasadora w Libii. Kiedy skończył wystąpienie, na jego twarzy widniał słynny już uśmieszek. 


Nie wiadomo czy był to uśmieszek zadowolenia z siebie, że dokopało się prezydentowi (niestosowny, zważywszy na okoliczności), czy raczej nerwowy uśmiech kandydata, który nie lubi publicznych przemówień i ewidentnie źle się czuje w roli mówcy. Po roku patrzenia na Romneya wydaje mi się, że raczej to drugie - Romney jest najbardziej niezręcznym w sytuacjach publicznych kandydatem od czasów Richarda Nixona. Publiczne wystąpienia sprawiają mu niemal fizyczny ból, a maskowanie ich uśmieszkami i nerwowym chichotem tylko pogarsza sytuację.

Tak czy owak, damage is done - w internecie natychmiast pojawiły się memy Smirking MItt Walking Away From Stuff - w dużej mierze zresztą bardzo kiepskie, ale to już nie ma znaczenia. Zdjęcie przejdzie zapewne do historii prezydenckich kampanii, na błędach Romneya uczyć się będą przyszli kandydaci.

Co nie oznacza, oczywiście, że zdjęcie z uśmieszkiem będzie miało jakikolwiek realny wpływ na wyniki wyborów. Jak ujął to sam Dukakis - "gdybyśmy prowadzili porządną kampanię, (zdjęcie w czołgu) nie miałoby żadnego znaczenia". Otóż to.