Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco Rubio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco Rubio. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

"Wyślij oszczerczym liberałom wiadomość - Marco Rubio nie tylko cię inspiruje, ale też nawadnia".

Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że nic mnie już w amerykańskiej polityce nie zdziwi, okazuje się jak bardzo się myliłem.

Marco Rubio przed kamerami wypada może tak sobie, za to ma w sztabie ludzi, którzy są w stanie przekuć wpadkę w sukces. Albo przynajmniej na niej zarobić. Mowa oczywiście o odpowiedzi senatora   na orędzie prezydenta, kiedy przerwał przemówienie po to, by napić się wody, nie odrywając wzroku od kamery. Zaiste, wyglądało bardzo niezręcznie, ale media zrobiły z tego od razu aferę godną "Watergate", a taki z pozoru drobiazg może zaszkodzić komuś marzącemu o prezydenturze w 2016 roku. 

Otóż wspierający Rubio Reclaim America PAC (nazwa źle się trochę kojarzy, ale mniejsza o to). Na stronie Reclaim America można złożyć darowiznę na ich rzecz (czyli na rzecz senatora), a w zamian - jeśli wpłaci się więcej niż 25 dolarów - otrzymać butelkę wody z limitowanej edycji. "Wyślij oszczerczym liberałom wiadomość - Marco Rubio nie tylko cię inspiruje, ale też nawadnia".

Jak podaje Buzzfeed - zagranie to przyniosło PACowi już ponad 100 tysięcy dolarów. Szacun za autoironię i umiejętność damage control. Choć nie za talent oratorski, rzecz jasna.

środa, 13 lutego 2013

State of the Media

Wczorajsze orędzie Obamy do narodu pokazało nowego prezydenta - polityka, który nie tylko ma jakieś poglądy, ale też jest gotów walczyć o ich realizację, nawet z Kongresem; prezydenta który przynajmniej ma wolę przełamania inercji, bezwładu, gnuśności, będącą od jakiegoś czasu dominującą cechą amerykańskiej polityki; wreszcie prezydenta, który po 30 latach ostatecznie zerwał (przynajmniej w sferze deklaracji) z Reaganowskim "government is not the solution to our problem, government is the problem" - "państwo nie jest rozwiązaniem problemu - państwo jest problemem". Choćby tylko z tego powodu było to orędzie wyjątkowe i zasługujące na wyjątkową uwagę, bez względu na to, czy ktoś się z Obamą zgadza czy też nie.


Tymczasem, co zobaczyliśmy? Amerykańskie media były całkowicie pochłonięte trwającym w tym samym czasie pościgiem za zabójcą policjantów z Kalifornii - wydarzeniem może i ciekawym, ale przecież wcale nie wyjątkowym, ot, czymś w rodzaju prawdziwszego niż zazwyczaj reality show. Większość stacji relacjonowała pościg do momentu w którym Obama wszedł do sali posiedzeń Izby Reprezentantów. Część telewizji - głównie lokalnych, kalifornijskich - w ogóle zignorowała orędzie, podobnie jak niektórzy z obecnych na sali posiedzeń, którzy jednym uchem słuchali prezydenta, śledząc na smartfonach  sprzeczne doniesienia na temat pościgu.

Po skończonym przemówieniu media wróciły do omawiania obławy, zamiast zająć się analizowaniem przemówienia prezydenta. Nie znaczy to, że temat orędzia został zignorowany. Gazety czy poważne portale w rodzaju Politico zajęły się omawianiem wystąpienia Obamy oraz republikańskiej odpowiedzi, wygłoszonej przez wschodzącą gwiazdę GOP, senatora Marco Rubio z Florydy. Co jednak przyciągnęło największą uwagę w internecie? Nowa "Watergate", tzn. niezręczny sposób w jaki Rubio przerwał swoje wystąpienie, żeby napić się wody (marki Poland Springs, nawiasem mówiąc). 

Dyktatura "oglądalności", zajmowanie się atrakcyjnymi głupotami, a nie wymagającymi więcej od widza sprawami istotnymi; skupienie na detalach, a nie na treści; robienie z igły widły; kolejny przypadek żenującej praktyki dodawania "gate" do każdej, najdurniejszej "aferki". State of the Media, jaki wyłania się z podejścia mediów do wczorajszego State of the Union, jest bardzo zasmucający.

czwartek, 6 września 2012

W konwencji potlaczu

H. L. Mencken, jeden z najlepszych amerykańskich satyryków XX wieku, łojący po równo Republikanów, Demokratów i cały system polityczny Stanów Zjednoczonych, tak pisał w 1924 roku:
Pod pewnymi względami konwencja wyborcza przypomina publiczną egzekucję. Jest wulgarna, jest paskudna, jest głupia. Jest nużaca, uderza zarówno w ośrodek wyższych czynności mózgowych, jak i w gluteus maximus (czyli "w tyłek", przyp. P.T.), a jednak jest w jakiś sposób urocza".
Pisał to w czasach, kiedy konwencje partyjne miały jeszcze realne znaczenie, to właśnie w ich trakcie wybierano kandydata danej partii na urząd prezydenta. To prawda, że odbywało się to nierzadko w brzydki sposób, metodą zakulisowych transakcji, często po żmudnych, wielodniowych głosowaniach (szczególnie skłonni byli do tego Demokraci) ale przynajmniej  wynik konwencji nie był oczywisty.

Dziś nazwisko kandydata - zwycięzcy partyjnych prawyborów - znane jest już zazwyczaj parę miesięcy wcześniej. Ostatnie konwencje, co do których wyników były jakiekolwiek wątpliwości, miały miejsce w latach 1976 (u Republikanów, kiedy Ronald Reagan spróbował odebrać nominację urzędującemu prezydentowi Fordowi) i 1980 (gdy Ted Kennedy próbował tego samego z Carterem). Kiedyś w trakcie konwencji ogłaszano przynajmniej nazwisko kandydata na wiceprezydenta, ale od lat 80. również odbywa się to wcześniej.

Konwencje są teraz wyłącznie spektaklem, wydarzeniem polityczno-rozrywkowym, które jest niestety boleśnie przewidywalne (gratki takie, jak wystąpienie Clinta Eastwooda, nie zdarzają się często)Wiadomo, że wystąpi cała plejada mówców, mająca pokazać wewnętrzną różnorodność partii (zadanie znacznie trudniejsze dla GOP). Wiadomo, że wystąpi "kluczowy mówca", który nakreśli osnowę kampanii wyborczej i program partii. Wiadomo, że będą przemawiać żony kandydatów, mające ich rzekomo "uczłowieczać". Wreszcie, wiadomo, że na końcu wystąpi sam kandydat, przyjmie nominację, wygłosi przemówienie, zabrzmi muzyka i wszyscy rozjadą się do domów bardzo z siebie zadowoleni.

Pierwsze na myśl przychodzi skojarzenie z potlaczem -  indiańskim rytuałem trwonienia przez gospodarza dóbr, żeby zachować swój prestiż. Republikanie i Demokraci co cztery lata wyrzucają miliony dolarów w błoto tylko po to, by pokazać, że mogą sobie na to pozwolić. 




Uwaga jaką media poświęcają konwencjom (w sumie około 15 tysięcy [sic!] dziennikarzy na każdej z nich) jest zupełnie niewspółmierna do ich rzeczywistego znaczenia, ale znakomicie pokazuje wzajemną, perwersyjną zależność polityki i przemysłu informacyjno-rozrywkowego. Żywot  CNN, MSNBC czy Fox News zależy m.in. od właśnie takich wydarzeń jak konwencje partyjne. Dziennikarze analizują każdą kolejną, choćby najbardziej banalną mowę i rozpływają się nad przemówieniami Ann Romney i Michelle Obamy, które niewiele różniły się od wystąpień innych żon kandydatów w ostatnich dekadach ("mój mąż jest fantastycznym człowiekiem i będzie/jest świetnym prezydentem"). Szczyty absurdu osiąga CNN, gdzie Wolf Blitzer każdą kolejną mowę określa mianem "historycznej", "wielkiej" albo przynajmniej "solidnej", a jakiś inny facet podłącza grupce widzów kabelki i mierzy ich reakcje na kolejne przemówienia. W tym roku przynajmniej odbyło się bez hologramów.

Konwencje mają, tak naprawdę, jeden wymierny cel. Są okazją do zaprezentowania się dla obiecujących i ambitnych polityków obu partii. To właśnie świetne przemówienie na konwencji w 2004 roku Baracka Obamy, podówczas zaledwie kandydata na senatora, rozpoczęło jego błyskawiczną karierę. W tym roku tak Republikanie, jak i Demokraci wspominali od czasu do czasu o kandydatach swoich partii (Demokraci trochę częściej Obamę, niż Republikanie Romneya), ale zazwyczaj - niczym dżentelmeni ze skeczu Monty Pythona - licytowali się, kto miał za młodu gorzej i biedniej, a także opowiadali o swoich osiągnięciach, przygotowując się na rok 2016.

Choć w Tampie Republikanie musieli oficjalnie deklarować wiarę w to, że za cztery lata prezydent Romney będzie ubiegał się o reelekcję - przemówienia Chrisa Christiego, Marco RubioScotta Walkera czy nawet Paula Ryana były lepsze od mowy Romneya i - co ważniejsze - znacznie bardziej ekscytowały delegatów. 

W Charlotte nie brakowało kandydatów do nominacji Demokratów w 2016 roku, choć faworytką jest wciąż Hillary, która sama pewnie nie wie czy będzie startować ponownie. Byli ci, o których mówi się od dawna: gubernator Maryland Martin O'Malley (alias Tommy Carcetti) i senator z Wirginii Mark Warner, jak i newcomers, jak Julian Castro (kolejny, po Rubio, "latynoski Obama"), burmistrz San Antonio w Teksasie czy Cory Booker, burmistrz Newark w New Jersey.

Innymi słowy, konwencje nie są niczym więcej, jak tylko showing off & jerking off równocześniepokazywaniem się, puszeniem się kandydatów, przyszłych kandydatów, sponsorów etc., a także wzajemną masturbacją emocjonalną członków partii,  pławieniem się  we własnej spaniałości i słuszności, zakończoną - symbolicznie - wypuszczeniem w powietrze tysięcy balonów w kolorach narodowych. Wszystko to, w rozsądnych ilościach jest w porządku, ale co za dużo, to niezdrowo. Ponieważ zaś liczba widzów konwencji konsekwentnie spada, wydaje się, że amerykańscy widzowie zdają się - na szczęście - myśleć tak samo.

Zwyczaje umierają jednak bardzo powoli i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miano nam (i sobie) oszczędzić kolejnych potlaczy.


PS: Czwartkowe wystąpienia na konwencji Demokratów jeszcze przed nami, ale nie wydaje się, żeby Scarlett Johansson i Natalie Portman powiedziały coś szczególnie ciekawego. Joe Biden może niczego nie chlapnie, a przemówienie Obamy będzie pewnie dobre, choć może nie aż tak ekscytujące jak mowa Billa Clintona. Aha, co ciekawe, po wystąpieniu prezydenta podobno mają nie wypuszczać balonów. 

sobota, 14 lipca 2012

Finał zabawy

Ani się człowiek spostrzegł, a tu powoli już dobiega końca gra w "veepstakes". Choć konwencja partyjna dopiero pod koniec sierpnia, sztab Romneya zasugerował, że już niebawem ich kandydat ogłosi, kogo wybrał na swojego wiceprezydenta.

W tym roku sytuacja jest o tyle niecodzienna, że na giełdzie nazwisk nie pojawiają się w ogóle inni uczestnicy prawyborów. Do tej pory zwycięzca nierzadko wybierał sobie na kompana jednego z pokonanych kolegów (Reagan, Clinton, Kerry) - a przynajmniej rozważał taką możliwość. Tym razem nie ma kogo wybierać - jak w "Hunger Games": w świetle kamer uczestnicy skoczyli sobie do gardeł i powyrzynali się wzajemnie, aż na placu boju pozostał tylko jeden, bardzo pokiereszowany zwycięzca. Mowy nie ma zatem o żadnym Santorumie czy Gingrichu.


To sprawiło, że w tej wesołej zabawie uczestniczyli niemal wszyscy. Media wyrzucały z siebie listy nazwisk, czasami zupełnie przypadkowych, i domagały się komentarzy.




W kolejnym etapie słuchaliśmy o tym, kto jest "vetted" czyli sprawdzany pod kątem ewentualnej nominacji. Innymi słowy - czy nie ma kochanki/kochanka, czy nie oszukuje na podatkach, czy nie zatrudnia nielegalnie gosposi, czy nie powiedział kiedyś czegoś STRASZNIE głupiego, etc. Twist zabawy polega na tym, że i tak właściwie nie ma jak sprawdzić kto jest, a kto nie jest prześwietlany, toteż wszystkie strony mogą mówić, co im się żywnie podoba. 

Jeśli zatem jest się ambitnym politykiem średniego szczebla, można łatwo pozyskiwać punkty do znaczenia, rozpoznawalności i obecności w mediach. Równocześnie stosuje się jednak formułkę "jestem bardzo zaszczycony/a, że jestem prześwietlany, ale dalej chcę pracować na zajmowanym stanowisku (gubernator/senator), bo tak obiecałem/am wyborcom...", za pomocą której zdobywa się punkty do odpowiedzialności i oszczędza sobie wstydu, gdyby okazało się, że nie przeszło się do etapu następnego. Jeśli jest się kimś ważnym, a przy tym rzeczywiście zainteresowanym wiceprezydenturą, po wygłoszeniu standardowej formułki należy dodać, że "dałoby się przekonać".

Jeśli się jest Romneyem, można z kolei podsycać zainteresowanie różnymi kandydatami w zależności od potrzeb. Kiedy pojawia się jakiś sondaż, w którym Romney na słabe notowania u kobiet, zwraca się uwagę, że "na liście" jest przecież dużo kobiet - Nikki Haley, Kelle Ayotte, Susana Martinez - a żona Romneya mówi, że jej mąż "rozważa wybranie kobiety na wice". To "rozważanie" jest w ogóle wygodną formułką.

Kiedy tematem są problemy Republikanów z latynoskimi wyborcami, częściej  mówi się o Marco Rubio i wspomnianej już Martinez, gubernator Nowego Meksyku. To ma pokazać, że Romney i GOP są wrażliwi na sprawy tej grupy i poważnie rozważają wybranie latynoskiego VP, ale to, że padają tylko dwa nazwiska, pokazuje raczej jak krótka jest "latynoska ławka" Republikanów.

Czasami zabawa jest aż nazbyt przejrzysta. Po tym, jak kilka dni temu Romney został wybuczany na spotkaniu z NAACP (Krajowym Stowarzyszeniem na rzecz Awansu Ludności Kolorowej), nagle na giełdzie wiceprezydenckiej pojawiła się Condoleezza Rice. Pal sześć, że jak na dzisiejsze standardy GOP jest ona bez mała socjalistką (pro-choice, popiera związki partnerskie, groza) - po wpadce na spotkaniu NAACP sztab Romneya za wszelką cenę chce pokazać, że ich kandydat "rozważa wybranie czarnej osoby", a Condi Rice jest JEDYNĄ rozpoznawalną czarną osobą w szeregach Republikanów. 

Oczywiście, media czasem utrudniają zabawę - obu stronom - donosząc, że dana osoba wcale nie jest "vetted" przez sztab Romneya. Dla kandydata jest to policzek, bo okazuje się, że nawet nie zakwalifikował się do półfinału. Dla Romneya - problem, bo okazuje się, że pomimo zapewnień, wcale nie bierze pod uwagę tego latynosa czy tej kobiety.

Dziś, zbliżając się do finału, słyszymy już tylko o "krótkiej liście", na której mają znajdować się cztery nazwiska:
  • Paul Ryan, kongresmen z Wisconsin, ten od planu oszczędnościowego GOP,
  • Bobby Jindal, gubernator Luizjany, 
  • Tim Pawlenty, były gubernator Minnesoty,
  • Rob Portman, senator z Ohio. 
Jak widać - żadnej kobiety, żadnego latynosa, żadnego Afroamerykanina, mniejszości reprezentuje przynajmniej Jindal - z pochodzenia Hindus. 


Ponieważ ja również bawię się w "veepstakes", obstawiam któregoś z nudziarzy - Pawlenty'ego albo Portmana, od którym od dawna mówiło się, że zostanie VP Romneya. Nie przyćmi szefa, jest z kluczowego Ohio, ma doświadczenie. Z kolei Pawlenty jest z Minnesoty, która też jest ważna, nie brakuje mu doświadczenia i jest odrobinkę ciekawszy od Portmana. Cztery lata temu znalazł się nawet na "krótkiej liście" McCaina, ale ostatecznie wybór padł na wszyscy-wiemy-kogo z wiemy-jakim-skutkiem. Przypuszczam zatem, że Romney nie popełni tego samego błędu i wybierze kogoś bezpiecznego. Choć, jak wiemy, w tej zabawie zdarzają się i niespodzianki, to tegoroczna nie nazywa się ani Condi Rice, ani Marco Rubio, ani (chyba) Bobby Jindal. 

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

"Veep" czyli komedia bardzo wesoła, a ogromnie przez to smutna



Jak słusznie ktoś zauważył, nikt nigdy nie „aspiruje do zostania wiceprezydentem”. Wyjątkowo jasno widać to teraz, patrząc na to, co się dzieje w Partii Republikańskiej. Zabawa w „veepstakes” trwa, a kolejni wywołani do tablicy kandydaci z nieszczerym uśmiechem wypowiadają tę samą formułkę o tym, że są zaszczyceni wymienianiem ich nazwiska w tym kontekście, ale są bardzo zadowoleni z tego, co robią teraz i tylko w ten sposób chcą służyć Ameryce. I że nie oni, ale może ktoś inny. Marco Rubio mówi, że może Jeb Bush, a Bush, że lepszy byłby Rubio. Nikki Haley nie chce porzucać pracy gubernatora Karoliny Południowej i proponuje Chrisa Christie z New Jersey, a ten mówi, że jest zaszczycony, ale dziękuje i może Bobby Jindal z Luizjany. A wszyscy wskazują na nikomu nieznanego senatora z Ohio, Roba Portmana, którego główną zaletą zdaje się być to, że jest jeszcze nudniejszy od Romneya (sic). No i sam nie ma żadnych ambicji prezydenckich, w przeciwieństwie do wszystkich wyżej wymienionych. Ale i Portman nie wydaje się być zachwycony tym ciągłym wytykaniem go palcami.

W rzekomo najdoskonalszym ustroju politycznym świata stanowisko wiceprezydenta jest zaiste tworem kuriozalnym. Veep może tylko czekać aż prezydent umrze/zachoruje/zrezygnuje. Jego rola ogranicza się do przecinania wstąg, wręczania odznaczeń i podróżowania na śluby, inauguracje i pogrzeby. Jak to autoironicznie ujął Tata Bush w czasach kiedy był zastępcą Reagana:
„I'm George Bush – you die, I fly”.
W nagrodę, po wymęczeniu się w ten sposób przez cztery – albo i osiem – lat, zazwyczaj zyskuje się szansę ubiegania się o prezydenturę samemu, nominację własnej partii ma się właściwie w kieszeni – choć, jak pokazuje historia, już nie wygraną.

Sęk w tym, że rzekome doświadczenie zdobywane na tym stanowisku nie jest wcale wielkie, Kandydat na wiceprezydenta zazwyczaj dobierany jest z klucza wyborczego, ma równoważyć słabości swojego szefa – nie muszą się nawet specjalnie lubić, a co dopiero ściśle współpracować. Trochę inaczej to wyglądało za czasów Clintona i Busha juniora, którzy rzeczywiście współpracowali ze swoimi „veeps” (a w przypadku Cheneya może nawet odwrotnie), ale już za Obamy sytuacja wróciła do „normy”. Joe Biden jeździ sobie to tu tam, coś powie mądrzej lub głupiej, ale nie należy do najbliższych ludzi prezydenta, a do nominacji Demokratów w 2016 ma mocnych kontrkandydatów (i kontrkandydatki – zwłaszcza jedną).

HBO nakręciło właśnie Veep, sitcom o smutnej pracy wiceprezydenta. To jednak nie absurdalny (i głupi) humor That'sMy Bush!, ale brytyjskie spojrzenie na politykę (autorem jest Armando Ianucci), która ogłupia i przyprawia o depresję nie tylko elektorat, ale przede wszystkim samych polityków. Politykę pustych gestów, wyczerpującego nicnierobienia i narastającego poczucia, że wbrew pozorom nic się nie znaczy. Jest zatem śmiesznie, ale i dość ponuro – można by powiedzieć: komedia to bardzo wesoła, a ogromnie przez to smutna.

Grana przez Julię Louis-Dreyfus pani wiceprezydent, Selina Meyer, przegrała walkę w prawyborach i została „zaszczycona” stanowiskiem zastępcy prezydenta, którego nigdy nie widzimy. Meyer codziennie pyta sekretarkę o to czy dzwonił prezydent, ale doskonale zna odpowiedź. Prezydent zajmuje się rządzeniem z Owalnego Gabinetu – ona, zostawiona samej sobie, zajmuje się głupotami, próbując wykroić sobie jakąś niszę (biodegradowalne sztućce), przekonać innych – i samą siebie – że jest do czegoś potrzebna i coś naprawdę znaczy.


Meyer jest niezbyt mądrą, atrakcyjną brunetką, więc nic dziwnego, że skojarzenia od razu uciekają w stronę Sary Palin, ale to byłoby zbytnie uproszczenie. Selina Meyer jest amalgamatem kilku ostatnich wiceprezydentów – zainteresowanie ekologią ma z Ala Gore'a, skłonność do popełniania gaf z Dana Quayle'a (to on jest, tak naprawdę, autorem połowy tzw. buszyzmów) i Joe Bidena. Tylko z Cheneya jakby nic. Nie znamy jej partii, ale można podejrzewać, że jest raczej Demokratką. Nie żeby miało to jakieś znaczenie – satyra Veep nie jest wymierzona w konkretne poglądy czy partię, ale jest uniwersalna. Wyśmiewa puste gesty, uzależnienie od doradców i PR-u, ale także idiotyczną rolę, jakie wiceprezydent pełni w amerykańskim ustroju. 

Bardzo a propos skatologicznego dowcipu Veep, którym kończą się oba wyemitowane dotychczas odcinki (mam nadzieję, że to nie stanie się regułą), warto przypomnieć, że Pierwszy (z trzech) wice Roosevelta, znany z dosadnego języka Teksańczyk Nance Garner, mówił, że wiceprezydentura „nie jest warta wiadra ciepłych szczyn”. Trick polega na tym, że w każdej chwili można nagle stać się najpotężniejszym człowiekiem na świecie - albo do końca kadencji przecinać wstęgi.

czwartek, 29 marca 2012

Wiceprezydenckie przymiarki


Przyzwyczajania się do Romneya ciąg dalszy – po Jebie Bushu poparł go też oficjalnie Tata Bush, który cieszy się szacunkiem jako elder (czy raczej the eldest) statesman. Z kolei milczenie George W. wydaje się z jego strony gestem kurtuazyjnym, gdyż otwarte opowiedzenie się za Romneyem mogłoby mu raczej zaszkodzić, niż pomóc.

Szczególnie ważne jest jednak wsparcie jego kandydatury przez pewnego senatora-nowicjusza z Florydy, Marco Rubio.



Romney ma 65 lat – Rubio 40. Romney jest z północy – Rubio z południa. Romney jest patrycjuszem, synem gubernatora i kandydata do republikańskiej nominacji pół wieku temu – Rubio Latynosem, synem imigrantów z Kuby (co prawda uciekających nie przed komunistą Castro, ale przed pupilkiem Stanów, Batistą, ale mniejsza o to). Romney mormonem – Rubio katolikiem i (sic) baptystą. W konserwatyzm Romneya wielu Republikanów powątpiewa – Rubio jest nazywany „książątkiem” Tea Party i do senatu dostał się pokonując w republikańskich prawyborach byłego gubernatora, który nie tylko fizycznie przypominał Romneya. Nic zatem dziwnego, że w wyobraźni wielu Republikanów (choćby Jeba Busha) uzupełnialiby się wręcz idealnie z punktu widzenia ekonomii wyborczej, tworząc dreamticket, który mógłby zagrozić Obamie.

Z jednej strony wybór swojego przyszłego wiceprezydenta jest pierwszym „prezydencką” decyzją kandydata - wybiera się osobę, która może w każdej chwili sama może zasiąść w Białym Domu, więc należy kierować się jej kompetencjami. Z drugiej, wybór wiceprezydenckiego kandydata jest posunięciem kampanijnym, uzupełnianiem luk ideologicznych i geograficznych, tzw. balancing the ticket. Ma odwrócić uwagę od słabych punktów starszego partnera oraz pozyskać ten elektorat, który do tej pory był sceptyczny.

Tyle teoria, której czasem przeczy praktyka. Drużyna Bill Clinton-Al Gore okazała się bardzo skuteczna, choć obaj byli w podobnym wieku i pochodzili z Południa. Z kolei genialny w teorii pomysł, by starszemu, doświadczonemu, umiarkowanemu (wówczas) McCainowi przydać gorliwą konserwatystkę-outsiderkę, Sarę Palin, odbił się nieprzyjemną czkawką (więcej o tym w mojej recenzji „Game Change”).

Podobieństw Rubio do Palin jest niemało – młodzi, religijni, żarliwi konserwatyści, którym politycznie bliżej do Santoruma, niż Romneya, do tego niezbyt doświadczeni – ale wydają się być w dużej mierze pozorne. Owszem, Rubio zasiada w senacie dopiero od roku (tyle ile Palin była gubernatorem), ale wcześniej przez 9 lat był członkiem stanowej legislatury, z czego dwa lata jej przewodniczącym. Ma tytuł doktora prawa, a nie licencjat z dziennikarstwa. Może opowiadać swoją wzruszającą historię imigranckiego dziecka, które ciężką pracą etc. etc., czego tak lubią słuchać Amerykanie. Bliżej mu do Obamy, niż do Palin, ale w obecnym klimacie nienawiści do prezydenta, ludzie Rubio wolą unikać takich skojarzeń, które mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Poza tym, last but not least, Palin „wnosiła” w wianie Alaskę, której 3 głosy elektorskie i tak zawsze zdobywa GOP – Rubio daje sporą szansę na Florydę, od której znowu może zależeć wynik całych wyborów.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rubio konsekwentnie powtarza, że nie jest zainteresowany byciem wiceprezydentem. Co prawda równie konsekwentnie robi wszystko, żeby podtrzymywać zainteresowanie własną osobą (a to przyśpieszy wydanie autobiografii, a to w odpowiednim momencie poprze kandydata, do któremu jest ideologicznie najdalej, ale który wygrywa), więc chyba należy traktować to jako obowiązkową dramaturgię kampanii à la Juliusz Cezar: należy długo wyrażać swoje désintéressement, żeby nie wyjść na żądnego władzy, po czym niechętnie ulec „namowom obywateli” i zgodzić się „dla dobra kraju”.

Pytanie tylko czy kiedy Romney zdobędzie nominację (a na 99% tak będzie), zdecyduje się na „idealnego” (zbyt idealnego?) Rubio? To, że wyborcy by go pokochali, jest pewne, ale to niesie ze sobą oczywiste zagrożenie, że kandydat rezerwowy przyćmi kandydata głównego. Jeśli tak zdarzyło się cztery lata temu z wyrazistym McCainem, to w przypadku Romneya jest tym bardziej prawdopodobne. A Romney może być nudny, ale głupi nie jest. Nie po to od pięciu lat wydaje fortunę, żeby utorować drogę do nominacji w 2016 roku dla jakiegoś chłystka. Obstawiałbym zatem, że wybierze kogoś innego, choć, oczywiście, wszystko może się jeszcze zdarzyć - nawet i to, że tym kimś będzie Santorum.