Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 października 2012

"Sędzia Dredd"

Dziś na e-splocie tekst o Dreddzie 3D - trochę recenzja, a trochę o bardzo politycznym wydźwięku słynnego komiksu, czyli jak faszysta stał się jednym z ulubionych bohaterów kultury masowej. 

czwartek, 2 sierpnia 2012

"Dark Knight Rises" czyli dwaj zamaskowani faceci o dziwnych głosach

UWAGA SPOILERY!

Choć Oscara dla Heatha Ledgera za Mrocznego Rycerza uważam za w pełni zasłużonego, konwencji Nolanowych „Batmanów” nie kupiłem od samego początku. Irytowało mnie też to, co – podobno – jest ich największą zaletą, a mianowicie ich rzekomy „realizm”, odmieniany przez wszystkie przypadki. W Mrocznym Rycerzu Nolan stawiał pytanie jak daleko można się posunąć w walce z terroryzmem, o relacje między bezpieczeństwem i wolnością. Wielu krytyków filmowych – nie znających się zbytnio na komiksach – z zaskoczeniem konstatowało, że komiks może być czymś więcej niż tylko obrazkową historyjką, mówić o problemach społecznych, dylematach moralnych i politycznych etc. Filmy Nolana po części „zrehabilitowały” komiks i chwała im za to. 

Czy jednak należy przesadzać? Innymi słowy: jeśli „komiksowość” traktuje się wyłącznie jako przykrywkę, czy – może raczej – kostium, to należałoby natychmiast zadać pytanie, po co w ogóle ten kostium? Jeśli świat przedstawiony w „Batmanach” jest „normalny”, „realistyczny”, „taki jak nasz”, to czemu wszyscy traktują poważnie facetów w maskach, którzy silą się na mówienie w dziwny sposób?


Zwieńczenie trylogii miało być monumentalne, apokaliptyczne itd. Fabuła wyraźnie wzorowana jest na serii komiksów No Man's Land, w którym zniszczone przez trzęsienie ziemi Gotham zostaje uznane przez władze za niemożliwe do uratowania i ogłoszone „ziemią niczyją”. W Dark Knight Rises Gotham zostaje na trzy miesiące zostawione samo sobie z nieco innych przyczyn, ale owej apokaliptyczności pogrążonego w chaosie miasta w ogóle nie widać. Owszem, jest trochę plądrowania, są jakieś sądy kapturowe, ale wszystko to w skali mikro, jak gdyby Nolan nie miał odwagi, by pokazać prawdziwą katastrofę Gotham – także, a może przede wszystkim, moralną. Więcej dramaturgii ma w sobie jedna scena z komiksowego No Man's Land w której najwięksi zbrodniarze Gotham – Pingwin, Two-Face, Riddler etc. – licytują się, oferując fortunę za ostatnie jabłko w skazanym na zagładę mieście.


Stąd chyba nieustanne podniosłe chóry i walenie w bębny, mające przekonać widzów, że oglądają sceny „wielkie” i poruszające, nawet jeśli na ekranie jakoś ich nie widać. Muzyka Hansa Zimmera świetnie pasuje do patosu, jaki Nolan serwuje nam z taką wprawą, jak gdyby pobierał lekcje u samego Rolanda Emmericha. Poprzedzające atak Bane'a odśpiewanie amerykańskiego hymnu jest chwytem naprawdę tanim, podobnie jak widok poszarpanej amerykańskiej flagi pod którą gromadzą się nienagannie ubrani policjanci z zadumanymi twarzami. Batman wygłasza górnolotne przemowy o tym, co znaczy bohaterstwo – i to mimo dziury od noża w boku (o której szybko zresztą wszyscy zapominają).

Gotham z mrocznej fantazji na temat Nowego Jorku (znanej z komiksów i filmów Burtona) zamieniło się po prostu w Nowy Jork. Widzimy zatem dobrze znaną wszystkim panoramę miasta, nowe World Trade Center, mamy też pościg Broadwayem, część finału dzieje się na Wall Street. „Realizm” okazuje się jednak tylko chwytem, a reżyser bez problemu zawiesza go ilekroć przyjdzie mu na to ochota. Gdyby to był film realistyczny, to ktoś z pewnością podjąłby próbę ucieczki z wyspy, a to odlatując prywatnym śmigłowcem (na całym Manhattanie żaden milioner nie ma ani jednego?), a to próbując wysadzić tunele etc. Gdyby to był film realistyczny, w Mrocznym Rycerzu ktoś z pasażerów promów na pewno nacisnąłby przycisk.


Czy czepiam się nieistotnych detali? Nie wydaje mi się – gdyby tak było, przyczepiłbym się do tego, że ośmiominutowy pościg trwa na ekranie minut piętnaście, zaczyna się w biały dzień, a kończy w środku nocy. Do tego, że kiedy panują straszliwe mrozy, skuwające rzekę lodem, bohaterom na ekranie nawet nie leci para z ust. Do tego, że policjanci od trzech miesięcy uwięzieni w kanałach mają czyste mundury i w ogóle nie wyglądają na zaniedbanych. TO są szczegóły. Nie jest nim natomiast wprowadzanie do rzekomo realistycznej opowieści „starożytnego więzienia” do którego „od setek lat wrzuca się więźniów”, a osadzeni przypominają jakichś zawodzących mnichów z klasztoru Shaolin, którzy jednak dysponują telewizją kablową. Takie rzeczy uchodzą w Avengersach, Thorze i innychkomiksowych” adaptacjach komiksów. W przyjętej przez Nolana konwencji sceny w „starożytnym więzieniu” ocierają się o śmieszność, szczególnie widmowe pojawienie się dobrotliwego mistrza Jedi Qui-Gon Jinna w roli nieśmiertelnego Ra's al Ghula.

Cały wątek z al Ghulem, który chce zniszczyć współczesną Sodomę wydawał mi się chybiony już w Batman Begins, trudno mi zatem pojąć dlaczego wracać do niego po siedmiu latach. Siłę filmom z Batmanem nadają jego przeciwnicy, czego najlepszym przykładem był Joker – i u Burtona, i u Nolana. Joker z Mrocznego Rycerza jest jednak wyjątkiem potwierdzającym regułę zgodnie z którą wrogowie w filmach Nolana są niecharyzmatyczni i niezbyt ciekawi. Tak było z Ra's al Ghulem i Scarecrowem w Batman Begins – tak samo jest i tutaj. Bane zamiast zaciekawienia czy przerażenia budzi raczej uśmiech politowania, szczególnie pod koniec filmu, kiedy pojawienie się Batmana komentuje głosem w ogóle nie pasującym do swojego wyglądu (tak, wiem, że to było celowe, ale cóż z tego?) i z przesadzonym brytyjskim akcentem mówi „Im-possible!” Do cholery, czy to jest Bane czy zły z Bonda?

Porównanie wydaje mi się o tyle zasadne, że ratowanie miasta przed nuklearną zagładą jest właśnie zadaniem nie tyle Batmana, ile kilku innych bohaterów popkultury. Komiksowy Batman dlatego był „realistyczny” (w porównaniu, choćby, z takim Spider-Manem czy Supermanem), że walczy z szaleńcami chcącymi przejąć kontrolę nad Gotham, walczy z przestępczością, zbrodnią, moralnym upadkiem miasta, którego uratować się nie da. Tymczasem fabuła Dark Knight Rises w zaskakującym stopniu przypomina The World is Not Enough (1999), trzeciego Bonda z Piercem Brosnanem – tam też mieliśmy faceta z dziwną głową, który przy pomocy bomby atomowej zamierza zniszczyć duże miasto, a tak naprawdę (co okazuje się w finale) pracuje na zlecenie kobiety, z którą głównego bohatera łączy relacja emocjonalno-łóżkowa. Tam jednak obywało się bez patosu, przeciwniczka była intrygująca, a jej plan miał sens. W Dark Knight Rises bomba tyka, a nasz dzielny Batman w ostatnich sekundach – a jakże – ocali miasto. Ech.

PS pop-polityczny: Przyjemnie było zobaczyć, że sympatyczny senator z Vermont, Pat Leahy, nie tylko potrafi postawić się Jokerowi, ale też zasiada w radzie nadzorczej Wayne Enterprises. Poza tym, w roli prezydenta na ekranach telewizorów pojawia się William Devane, jeden z tych aktorów, którzy etatowo grają wysokich rangą polityków - był już wieloletnim sekretarzem stanu w administracji Josiaha Bartleta (West Wing), sekretarzem obrony w administracjach Keelera i Logana (24) i prezydentem w świecie Stargate. Wszystko wskazuje na to, że utrzymał się na stanowisku.

sobota, 28 lipca 2012

"Political Animals": ni pies, ni wydra


Kiedy prezydentura jej męża – niewiernego w małżeństwie, ale popularnego wśród wyborców – dobiega końca, była pierwsza dama postanawia sama rozpocząć karierę w polityce. Startuje w wyborach na poziomie stanowym i odnosi sukces, a po kilku latach postanawia sama ubiegać się o prezydenturę. Choć zwycięstwo w prawyborach początkowo wydaje się mieć zapewnione, zostaje pokonana przez młodszego, uwielbianego przez media kandydata, który wygrywa wybory, a pokonanej rywalce proponuje stanowisko sekretarza stanu.


Każdy chyba zauważy, że Political Animals bardzo wyraźnie wzorują się na historii Hillary Clinton. Są oczywiście drobne różnice: po opuszczeniu Białego Domu Elaine Barrish była gubernatorem Illinois, a nie senatorem z Nowego Jorku; jej mąż, Bud Hammond był gubernatorem Karoliny Północnej, a nie Arkansas; młody polityk, który pokonał Elaine nie jest czarnoskóry, ale ma włoskie pochodzenie. Cały pomysł na serial opiera się jednak na tych różnicach, które nie są wyłącznie kosmetyczne, ale stanowią urzeczywistnienie największych marzeń zwolenników Hillary – do których należy również twórca Political Animals, Greg Berlanti. Po pierwsze, Elaine rozwiodła się z mężem, czyli zrobiła to, co – zdaniem wielu – dawno już powinna była zrobić Hillary: uniezależnić się od Billa nie tylko de facto, ale też de iure. Po drugie, wielu rozczarowanych obecną administracją wyborców Partii Demokratycznej namawiało Hillary do tego, by wystąpiła przeciwko Obamie w tegorocznych prawyborach. Ku ich rozczarowaniu, Hillary Clinton ogłosiła, że wycofuje się z polityki – w fantazji Berlantiego Elaine planuje rzucić wyzwanie walczącemu o reelekcję prezydentowi Garcettiemu.

Political Animals są dość dziwnym skrzyżowaniem serialu o polityce z operą mydlaną, a może nawet operą mydlaną z wątkiem politycznym. Oczywiście, samo w sobie nie jest to niczym złym (soap opery bywają bardzo atrakcyjną guilty pleasure, jak Dynastia, Powrót do Edenu czy, ostatnio, Gossip Girl), ale Political Animals nie są zbyt dobre w żadnej z tych kategorii, przynajmniej na razie. Niby mamy szereg klasycznych telenowelowych problemów: bulimię, narkotyki, alkohol, próby samobójcze, zdrady i rzucanie wazami z dynastii Ming, ale cóż z tego, skoro bohaterowie nie są zbyt ciekawi – i to mimo że uatrakcyjniono „pierwszą rodzinę”, upodobniając Clintonów/Hammondów do Kennedych. Zamiast niezbyt wyrazistej córki mamy zatem dwóch synów, zgodnie ze schematem jednego grzecznego, drugiego mniej, za to – już mniej schematycznie – jawnego geja. I choć rzeczony TJ (Sebastian Stan) jest względnie najciekawszą postacią, to jako rodzina Hammondowie po prostu nie wydają się zbyt ciekawi. Do tego wyraźnie brakuje jakiegoś czarnego charakteru, który nadawałby dynamikę serialowi (Alexis, JR Ewing, cioteczka Jilly, ktokolwiek w tym stylu). Jeśli to mają być „zwierzęta polityczne” to z pewnością nie lwy, orły, sokoły – raczej leniwce.

Przeszkadza też obsada. Bardzo lubię Sigourney Weaver, ale wydaje się odgrywać Elaine Barrish bez większego przekonania. Mimo tego, i tak przyciąga uwagę – nie tylko widzów, zresztą. Podczas gdy w 2008 roku media bezpardonowo (i seksistowsko) atakowały Hillary z powodu jej rzekomo nieatrakcyjnego wyglądu, Elaine (mimo niekiedy bardzo wątpliwych fashion choices) jest obiektem pożądania kolejnych mężczyzn (rosyjskiego ministra spraw zagranicznych, tureckiego ambasadora, a także swojego byłego męża-kobieciarza) – ot, kolejna spełniona fantazja zwolenników Hillary. Reszta aktorów jest jednak albo zbyt drętwa albo nazbyt szarżuje, na czele z Ciaranem Hindsem (znanym z roli Cezara w Rzymie HBO) w roli Buda Hammonda. Nie wiem co skłoniło producentów do takiego wyboru. Przesadzony akcent i „gadką” z Południa w wykonaniu Irlandczyka brzmią jak parodia. Hammond – w serialowej rzeczywistości „najpopularniejszy Demokrata od czasów Kennedy'ego” (sic!) – jest tak niewiarygodny, niesympatyczny i obleśny, że z trudem zostałby wybrany do rady miejskiej, a co dopiero na przywódcę kraju.


Wątek polityczny także rozczarowuje, zwłaszcza jeśli wspomni się zapowiedzi twórców, (zbyt) ambitnie porównujących Political Animals do West Wingu. Intrygi polityczne przypominają kłótnie dzieci w piaskownicy, a dyplomacja wygląda zgodnie z najgorszą sztampą Hollywood: negocjacje (zawsze w sprawie uwolnienia amerykańskich obywateli porwanych przez kogoś złego) polegają na patrzeniu rozmówcy głęboko w oczy i grożeniu mu straszliwymi konsekwencjami. Przy okazji dowiadujemy się też takich kretynizmów, jak to, że prezydentowi Iranu zależy na tym, by na jego pogrzeb przyleciał prezydent USA (sic). Nie twierdzę, że trzeba od razu zatrudniać Kissingera jako konsultanta merytorycznego, ale jeśli konsekwentnie wmawia się Amerykanom takie głupoty, to nic dziwnego, że później wydaje im się, że polityka zagraniczna polega na strojeniu groźnych min.

Greg Berlanti, twórca Political Animals, ma doświadczenie nie tylko w tworzeniu dość dobrze przyjętych oper mydlanych (Brothers & Sisters; Dirty Sexy Money), ale też nieudanych miksów polityczno-obyczajowych (Jack & Bobby), więc chyba powinien uczyć się na dawnych błędach. Wydaje mi się, że znacznie ciekawsze byłoby konsekwentne zrealizowanie soap opery o Białym Domu, a nie udawania serialu politycznego – kto wie, być może Political Animals przejdą ewolucję w tym kierunku. Mniej głupot o „poślubieniu narodowi”, a więcej rzucania porcelaną!

PS: Gdyby ktoś był ciekaw - na youtubie do zobaczenia pierwszy odcinek:


PS dla fanów innych seriali: prezydent nazywa się Garcetti – bardzo podobnie do Carcettiego, ambitnego radnego miasta Baltimore z The Wire, który w trakcie serialu zostaje burmistrzem i marzy o dalszej karierze. Gra go z kolei Adrian Pasdar, znany z roli senatora-superbohatera w Heroes.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

"Veep" czyli komedia bardzo wesoła, a ogromnie przez to smutna



Jak słusznie ktoś zauważył, nikt nigdy nie „aspiruje do zostania wiceprezydentem”. Wyjątkowo jasno widać to teraz, patrząc na to, co się dzieje w Partii Republikańskiej. Zabawa w „veepstakes” trwa, a kolejni wywołani do tablicy kandydaci z nieszczerym uśmiechem wypowiadają tę samą formułkę o tym, że są zaszczyceni wymienianiem ich nazwiska w tym kontekście, ale są bardzo zadowoleni z tego, co robią teraz i tylko w ten sposób chcą służyć Ameryce. I że nie oni, ale może ktoś inny. Marco Rubio mówi, że może Jeb Bush, a Bush, że lepszy byłby Rubio. Nikki Haley nie chce porzucać pracy gubernatora Karoliny Południowej i proponuje Chrisa Christie z New Jersey, a ten mówi, że jest zaszczycony, ale dziękuje i może Bobby Jindal z Luizjany. A wszyscy wskazują na nikomu nieznanego senatora z Ohio, Roba Portmana, którego główną zaletą zdaje się być to, że jest jeszcze nudniejszy od Romneya (sic). No i sam nie ma żadnych ambicji prezydenckich, w przeciwieństwie do wszystkich wyżej wymienionych. Ale i Portman nie wydaje się być zachwycony tym ciągłym wytykaniem go palcami.

W rzekomo najdoskonalszym ustroju politycznym świata stanowisko wiceprezydenta jest zaiste tworem kuriozalnym. Veep może tylko czekać aż prezydent umrze/zachoruje/zrezygnuje. Jego rola ogranicza się do przecinania wstąg, wręczania odznaczeń i podróżowania na śluby, inauguracje i pogrzeby. Jak to autoironicznie ujął Tata Bush w czasach kiedy był zastępcą Reagana:
„I'm George Bush – you die, I fly”.
W nagrodę, po wymęczeniu się w ten sposób przez cztery – albo i osiem – lat, zazwyczaj zyskuje się szansę ubiegania się o prezydenturę samemu, nominację własnej partii ma się właściwie w kieszeni – choć, jak pokazuje historia, już nie wygraną.

Sęk w tym, że rzekome doświadczenie zdobywane na tym stanowisku nie jest wcale wielkie, Kandydat na wiceprezydenta zazwyczaj dobierany jest z klucza wyborczego, ma równoważyć słabości swojego szefa – nie muszą się nawet specjalnie lubić, a co dopiero ściśle współpracować. Trochę inaczej to wyglądało za czasów Clintona i Busha juniora, którzy rzeczywiście współpracowali ze swoimi „veeps” (a w przypadku Cheneya może nawet odwrotnie), ale już za Obamy sytuacja wróciła do „normy”. Joe Biden jeździ sobie to tu tam, coś powie mądrzej lub głupiej, ale nie należy do najbliższych ludzi prezydenta, a do nominacji Demokratów w 2016 ma mocnych kontrkandydatów (i kontrkandydatki – zwłaszcza jedną).

HBO nakręciło właśnie Veep, sitcom o smutnej pracy wiceprezydenta. To jednak nie absurdalny (i głupi) humor That'sMy Bush!, ale brytyjskie spojrzenie na politykę (autorem jest Armando Ianucci), która ogłupia i przyprawia o depresję nie tylko elektorat, ale przede wszystkim samych polityków. Politykę pustych gestów, wyczerpującego nicnierobienia i narastającego poczucia, że wbrew pozorom nic się nie znaczy. Jest zatem śmiesznie, ale i dość ponuro – można by powiedzieć: komedia to bardzo wesoła, a ogromnie przez to smutna.

Grana przez Julię Louis-Dreyfus pani wiceprezydent, Selina Meyer, przegrała walkę w prawyborach i została „zaszczycona” stanowiskiem zastępcy prezydenta, którego nigdy nie widzimy. Meyer codziennie pyta sekretarkę o to czy dzwonił prezydent, ale doskonale zna odpowiedź. Prezydent zajmuje się rządzeniem z Owalnego Gabinetu – ona, zostawiona samej sobie, zajmuje się głupotami, próbując wykroić sobie jakąś niszę (biodegradowalne sztućce), przekonać innych – i samą siebie – że jest do czegoś potrzebna i coś naprawdę znaczy.


Meyer jest niezbyt mądrą, atrakcyjną brunetką, więc nic dziwnego, że skojarzenia od razu uciekają w stronę Sary Palin, ale to byłoby zbytnie uproszczenie. Selina Meyer jest amalgamatem kilku ostatnich wiceprezydentów – zainteresowanie ekologią ma z Ala Gore'a, skłonność do popełniania gaf z Dana Quayle'a (to on jest, tak naprawdę, autorem połowy tzw. buszyzmów) i Joe Bidena. Tylko z Cheneya jakby nic. Nie znamy jej partii, ale można podejrzewać, że jest raczej Demokratką. Nie żeby miało to jakieś znaczenie – satyra Veep nie jest wymierzona w konkretne poglądy czy partię, ale jest uniwersalna. Wyśmiewa puste gesty, uzależnienie od doradców i PR-u, ale także idiotyczną rolę, jakie wiceprezydent pełni w amerykańskim ustroju. 

Bardzo a propos skatologicznego dowcipu Veep, którym kończą się oba wyemitowane dotychczas odcinki (mam nadzieję, że to nie stanie się regułą), warto przypomnieć, że Pierwszy (z trzech) wice Roosevelta, znany z dosadnego języka Teksańczyk Nance Garner, mówił, że wiceprezydentura „nie jest warta wiadra ciepłych szczyn”. Trick polega na tym, że w każdej chwili można nagle stać się najpotężniejszym człowiekiem na świecie - albo do końca kadencji przecinać wstęgi.

niedziela, 18 marca 2012

Uroczo staroświecki "Pan Carter w kosmosie"


W przypadku ekranizacji książki będącej pierwowzorem gatunku, mówienie o „nawiązaniach” wydaje się anachronizmem – co na czym się wzoruje? Czy to John Carter przypomina Gwiezdne wojny czy raczej George Lucas nawiązywał do Burroughsa? Czerpał też z Diuny Franka Herberta, który również z pewnością znał cykl o Barsoom, pierwszą prawdziwą space-operę – łączącą w sobie science fiction i fantasy, podróże kosmiczne i szermierskie pojedynki, egzotycznych kosmitów i piękne księżniczki.

Całość tekstu na portalu E-splot


wtorek, 13 marca 2012

"Game Change" czyli "Nie chcę już wracać na Alaskę"



8 marca w amerykańskim HBO miała miejsce premiera „Game Change” (po polsku powinno by chyba nosić tytuł „Punkt zwrotny”), oczekiwanego od dawna filmu o amerykańskiej kampanii prezydenckiej w 2008 roku, na podstawie bestsellerowej – ale przede wszystkim opartej na bardzo dokładnym researchu – książce Johna Heilemanna i Marka Halperina.

Jay Roach nie jest może wielkim reżyserem (Austiny Powersy i „Poznaj moich rodziców”), ale w 2008 roku wykonał bardzo dobrą robotę przy „Recount” (po polsku „Decydujący głos”), opowiadającym o kontrowersyjnym przeliczaniu głosów na Florydzie przy okazji wyborów prezydenckich z roku 2000 i widać, że dobrze czuje się w filmach opowiadających o procesie politycznym jako żywiole. Unika przy tym parodii, w którą łatwo było popaść, kręcąc film o Sarze Palin, „Hockey Mom”, „Mamie Grizzly”, która widzi Rosję z okna swojego domu.

Film od samego początku wzbudzał kontrowersje, ale tak już jest z każdym obrazem okołopolitycznym, dotyczącym prawdziwych postaci (przypominam co się działo przy okazji „The Reagans” w 2003 roku oraz miniserialu „The Kennedys” z 2011). Wszyscy mają coś za złe, dysponują własną, „prawdziwszą” wersją wydarzeń, nikomu nie podoba się to w jaki sposób został przedstawiony etc. Taki Newt Gingrich uważa, na przykład, że jeśli miałby powstać film o jego karierze (a byłby to zaiste film na miarę szekspirowskiej tragedii), to mógłby go zagrać Brad Pitt (sic). Nic zatem dziwnego, że Sarah Palin i John McCain już na wstępie zadeklarowali, że filmu nie mają zamiaru oglądać, gdyż jest pełen uprzedzeń, przeinaczeń i pomówień. No cóż, własną wersję tego, jak wyglądała tamta kampania wyborcza Palin zawarła w książce „Going Rogue” (po polsku coś w rodzaju „Zrywając się z łańcucha” – kolejny przykład tego, że amerykański język polityki trzeba po polsku często oddawać opisowo) i zasadniczo różni się ona od tej, którą zaprezentowali Heilemann i Halperin, ale kiedy Sarah zobaczy „Game Change” (a jestem tego pewien), może się bardzo zdziwić.

W przypadku polityków doskonale znanych ze zdjęć, cała sztuka polega mniej przede wszystkim na wiarygodnym oddaniu „ducha” postaci – jak zrobili to, na przykład, Frank Langella i Anthony Hopkins z Richardem Nixonem. Choć nie byli do niego podobni fizycznie, wiarygodnie oddali nie tylko jego manieryzmy, ale przede wszystkim jego brak pewności siebie i narastającą paranoję. Do dziś myślałem, że nikt nie jest w stanie zagrać Palin lepiej od Tiny Fey z „Saturday Night Live”, ale Julianne Moore jest niesamowita – tak jak w przypadku Fey, w grę wchodzi także podobieństwo fizyczne, ale miny, akcent, sposób mówienia sprawiają, że Moore nie tylko wygląda, ale też brzmi jak najprawdziwsza Sarah Palin. W kilku scenach, w której tylko słyszymy ją w słuchawce telefonu, staje się to wręcz niesamowite, uncanny. Granica między fikcją (czytaj: tym, czego nie widzieliśmy wcześniej na własne oczy), a prawdą (tym co widzieliśmy w telewizji cztery lata temu) zaciera się, zresztą, w „Game Change” wielokrotnie. Kilka razy widzimy i słuchamy Baracka Obamy, Sarah Palin (Julianne Moore) debatuje z Joe Bidenem (Joe Biden), na ekranie ciągle pojawiają się czołowi amerykańscy dziennikarze telewizyjni, a sam film spina klamra – wywiad, który Anderson Cooper przeprowadza ze Stevem Schmidtem (Woody Harrelson), menadżerem kampanii Johna McCaina (Ed Harris).

Także duża część dialogów nie jest fikcją, choć, jak zawsze, kontekst zmienia bardzo wiele. Proponuję Państwu obejrzeć sobie trzy wersje słynnego już wywiadu przeprowadzonego z Palin przez Katie Couric, tego w którym tłumaczyła w jaki sposób geograficzna bliskość Alaski i Rosji przekłada się na jej doświadczenie w polityce zagranicznej: oryginalny; z Tiną Fey i z Julianne Moore. Słowa są te same, ale widzimy trzy różne postaci, odpowiednio: niedoświadczoną, plączącą się w odpowiedziach polityk; słodką idiotkę; kobietę niemal na skraju załamania nerwowego.



Filmowej Sarze Palin daleko do karykatury, choć oczywiście nie sposób nie uśmiechać się, kiedy Palin/Moore ukazuje nam ogrom swojej niewiedzy na temat świata („John McCain będzie dążył do otwartego dialogu z Królową”) czy kiedy z uporem maniaka nazywa senatora Bidena „O'Bidenem”. Julianne Moore pokazuje ją jednak ze współczuciem i zrozumieniem, jako kochającą matkę i żonę, tęskniącą za rodziną, wtłaczaną przez ludzi ze sztabu McCaina w gorset (dosłownie), którego nie chce nosić. Palin cierpi, gdyż przerasta ją sytuacja w której się znalazła, ale w dużej mierze sama jest sobie winna. Zgadza się kandydować, choć wie, że oczekuje się od niej przede wszystkim odgrywania roli atrakcyjnej „kukiełki”. Kiedy jednak odkrywa, że tłumy ją uwielbiają (i to bardziej niż McCaina), a ona uwielbia ich uwielbienie, zmienia się w rasowego polityka. Gdy szepcze do Schmidta „Musimy to wygrać. Nie chcę już wracać na Alaskę” i puszcza do niego oko, wiemy już, że Mama Grizzly poczuła zew krwi (ego? pieniędzy?) i nie wycofa się do swojej gawry.

Tytułowa „Game Change” odnosi się bowiem nie tylko do dynamiki kampanii, którą pojawienie się Sary Palin zaiste zmieniło, choć nie trwale. John McCain od samego początku miał pod górkę, a jego szanse na wygranie wyborów malały z miesiąca na miesiąc – odchodzący prezydent z jego własnej partii zostawiał kraj z dwiema kiepsko wyglądającymi wojnami i największym kryzysem finansowym od wielu lat. Wybór na wiceprezydencką kandydatkę Sary Palin poprawił jego notowania wśród kobiet i rozgrzał konserwatywną „bazę”, nieufną wobec uchodzącego za centrystę senatora, ale coraz bardziej oczywiste dla wszystkich niedoświadczenie Palin sprawiło, że McCain stracił głos niezależnych, zaniepokojonych tym, że gubernator Alaski znajdzie się „jedno uderzenie serca 72-latka” od prezydentury. Biden może czasem chlapnąć coś równie głupiego (i robi to konsekwentnie od dziesięcioleci), ale nie można zarzucić mu niewiedzy.

Z perspektywy kilku lat widać jednak, że pojawienie się Palin stało się prawdziwym „punktem zwrotnym” dopiero później – ale najszybciej zrozumiała to ona sama. Kiedy kampania 2008 roku dobiegała końca i wygrana Obamy stawała się coraz bardziej oczywista, Palin zaczęła działać na własną rękę. Na gruzach kampanii McCaina zaczęła budować własną pozycję nowej liderki Partii Republikańskiej. „Ona jest najlepszą aktorką amerykańskiej polityki”, mówi o niej Schmidt i sama Sarah zaczyna wierzyć w to, że może zostać „nowym Reaganem” – może nie najbystrzejszym jabłuszkiem w koszyczku, ale kochanym przez Amerykanów (przynajmniej tych „prawdziwych”), mesjaszem GOP. Jak wiemy, Palin rzeczywiście przyczyniła się do transformacji partii, choć nie tak, jak chciałby tego McCain, który po przegranej kampanii przestrzega ją, żeby nie dała się wciągnąć prawicowym ekstremistom: „Jeśli im na to pozwolisz, zniszczą partię”. Z ust człowieka, który w ciągu kilku lat niemal we wszystkim sprzeniewierzył się swoim umiarkowanych przekonań brzmi to, oczywiście, ironicznie, ale proroczo. Sarah Palin stała się liderką radykałów z Tea Party, którzy pomogli GOP wygrać wybory do Kongresu w roku 2010, ale ostatecznie wzięli partię na zakładnika. Centryści albo odeszli (Olympia Snowe), albo przestali nimi być (McCain), partia jest bardziej na prawo niż kiedykolwiek i coraz bardziej przypomina psa goniącego własny ogon – wystarczy przyjrzeć się trwającym właśnie prawyborom. Jedną z osób za to odpowiedzialnych jest właśnie Sarah Palin.

„Idy marcowe” Clooneya nie są złym filmem, ale to „Game Change” jest dla mnie politycznym filmem tego sezonu. Po raz kolejny okazuje się, że najciekawsze scenariusze dla amerykańskiego kina okołopolitycznego pisze samo życie. Naiwne rozczarowanie polityką Ryana Goslinga (ach, ja nieszczęsny, a więc polityka jest brudna! Eheu!) jest niczym w porównaniu z rozczarowaniem starego wyjadacza, Woody'ego Harrelsona, który pojmuje, że stał się doktorem Frankensteinem – stworzył potwora i stracił nad nim wszelką kontrolę. W przeciwieństwie do „Idów marcowych” „Game Change” nie popada w tanią publicystykę i biadolenie nad tym, jak obecny proces polityczny, 24-godzinne media, niszczą politykę i zamieniają w rozrywkę, „zły reality-show”. Tak jak poprzednie polityczno-historyczne filmy HBO – „Path to War” (o wojnie w Wietnamie i prezydencie Johnsonie), wspomniany „Recount” czy „The Special Relationship” (o relacji Tony Blaira z Billem Clintonem), pokazują coś więcej – coś, co z braku lepszego określenia należałoby nazwać „ludzkim wymiarem polityki”.