Dziś na e-splocie tekst o Dreddzie 3D - trochę recenzja, a trochę o bardzo politycznym wydźwięku słynnego komiksu, czyli jak faszysta stał się jednym z ulubionych bohaterów kultury masowej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 11 października 2012
czwartek, 2 sierpnia 2012
"Dark Knight Rises" czyli dwaj zamaskowani faceci o dziwnych głosach
UWAGA
SPOILERY!
Choć
Oscara dla Heatha Ledgera za Mrocznego Rycerza uważam za w pełni zasłużonego, konwencji Nolanowych „Batmanów”
nie kupiłem od samego początku. Irytowało mnie też to, co –
podobno – jest ich największą zaletą, a mianowicie ich
rzekomy „realizm”, odmieniany przez wszystkie przypadki. W
Mrocznym Rycerzu Nolan
stawiał pytanie jak daleko można się posunąć w walce z
terroryzmem, o relacje między bezpieczeństwem i wolnością.
Wielu krytyków filmowych –
nie znających się zbytnio na komiksach – z zaskoczeniem
konstatowało, że komiks może być czymś więcej niż tylko
obrazkową historyjką, mówić o problemach społecznych, dylematach
moralnych i politycznych etc. Filmy Nolana po części
„zrehabilitowały” komiks i chwała im za to.
Czy
jednak należy przesadzać? Innymi słowy: jeśli
„komiksowość” traktuje się wyłącznie jako przykrywkę, czy –
może raczej – kostium, to należałoby natychmiast zadać pytanie,
po co w ogóle ten kostium? Jeśli świat przedstawiony w „Batmanach”
jest „normalny”, „realistyczny”, „taki jak nasz”, to
czemu wszyscy traktują poważnie facetów w maskach, którzy silą się na mówienie w dziwny sposób?
Zwieńczenie
trylogii miało być monumentalne, apokaliptyczne itd. Fabuła
wyraźnie wzorowana jest na serii komiksów No Man's Land,
w którym zniszczone przez trzęsienie ziemi Gotham zostaje uznane
przez władze za niemożliwe do uratowania i ogłoszone „ziemią
niczyją”. W Dark Knight Rises
Gotham zostaje na trzy miesiące zostawione samo sobie z nieco innych
przyczyn, ale owej apokaliptyczności pogrążonego w chaosie miasta
w ogóle nie widać. Owszem, jest trochę plądrowania, są jakieś
sądy kapturowe, ale wszystko to w skali mikro, jak gdyby Nolan nie
miał odwagi, by pokazać prawdziwą katastrofę Gotham – także, a
może przede wszystkim, moralną. Więcej dramaturgii ma w sobie
jedna scena z komiksowego No Man's Land
w której najwięksi zbrodniarze Gotham – Pingwin, Two-Face,
Riddler etc. – licytują się, oferując fortunę za ostatnie
jabłko w skazanym na zagładę mieście.
Stąd
chyba nieustanne podniosłe chóry i walenie w bębny, mające
przekonać widzów, że oglądają sceny „wielkie” i poruszające,
nawet jeśli na ekranie jakoś ich nie widać. Muzyka Hansa Zimmera
świetnie pasuje do patosu, jaki Nolan serwuje nam z taką wprawą,
jak gdyby pobierał lekcje u samego Rolanda Emmericha. Poprzedzające
atak Bane'a odśpiewanie amerykańskiego hymnu jest chwytem naprawdę
tanim, podobnie jak widok poszarpanej amerykańskiej flagi pod którą
gromadzą się nienagannie ubrani policjanci z zadumanymi twarzami.
Batman wygłasza górnolotne przemowy o tym, co znaczy bohaterstwo –
i to mimo dziury od noża w boku (o której szybko zresztą wszyscy
zapominają).
Gotham
z mrocznej fantazji na temat Nowego Jorku (znanej z komiksów i
filmów Burtona) zamieniło się po prostu w Nowy Jork. Widzimy zatem
dobrze znaną wszystkim panoramę miasta, nowe World Trade Center,
mamy też pościg Broadwayem, część finału dzieje się na Wall
Street. „Realizm” okazuje się
jednak tylko chwytem, a reżyser bez problemu zawiesza go ilekroć
przyjdzie mu na to ochota. Gdyby to był film realistyczny, to ktoś
z pewnością podjąłby próbę ucieczki z wyspy, a to odlatując
prywatnym śmigłowcem (na całym Manhattanie żaden milioner nie ma
ani jednego?), a to próbując wysadzić tunele etc. Gdyby to był
film realistyczny, w Mrocznym Rycerzu
ktoś z pasażerów promów na pewno nacisnąłby przycisk.
Czy
czepiam się nieistotnych detali? Nie wydaje mi się – gdyby tak
było, przyczepiłbym się do tego, że ośmiominutowy pościg trwa
na ekranie minut piętnaście, zaczyna się w biały dzień, a kończy
w środku nocy. Do tego, że kiedy panują straszliwe mrozy,
skuwające rzekę lodem, bohaterom na ekranie nawet nie leci para z
ust. Do tego, że policjanci od trzech miesięcy uwięzieni w
kanałach mają czyste mundury i w ogóle nie wyglądają na
zaniedbanych. TO są szczegóły. Nie jest nim natomiast wprowadzanie
do rzekomo realistycznej opowieści „starożytnego więzienia”
do którego „od setek lat wrzuca się więźniów”, a osadzeni
przypominają jakichś zawodzących mnichów z klasztoru Shaolin,
którzy jednak dysponują telewizją kablową. Takie rzeczy uchodzą
w Avengersach, Thorze i
innych „komiksowych”
adaptacjach komiksów. W przyjętej przez Nolana konwencji sceny w
„starożytnym więzieniu” ocierają się o śmieszność,
szczególnie widmowe pojawienie się dobrotliwego mistrza Jedi
Qui-Gon Jinna w roli nieśmiertelnego Ra's al Ghula.
Cały
wątek z al Ghulem, który chce zniszczyć współczesną Sodomę
wydawał mi się chybiony już w Batman Begins, trudno
mi zatem pojąć dlaczego wracać do niego po siedmiu latach. Siłę
filmom z Batmanem nadają jego przeciwnicy, czego najlepszym
przykładem był Joker – i u Burtona, i u Nolana. Joker z Mrocznego
Rycerza jest jednak wyjątkiem
potwierdzającym regułę zgodnie z którą wrogowie w filmach Nolana
są niecharyzmatyczni i niezbyt ciekawi. Tak było z Ra's al Ghulem i
Scarecrowem w Batman Begins – tak
samo jest i tutaj. Bane zamiast zaciekawienia czy przerażenia budzi
raczej uśmiech politowania, szczególnie pod koniec filmu, kiedy
pojawienie się Batmana komentuje głosem w ogóle nie pasującym do
swojego wyglądu (tak, wiem, że to było celowe, ale cóż z tego?)
i z przesadzonym brytyjskim akcentem mówi „Im-possible!” Do
cholery, czy to jest Bane czy zły z Bonda?
Porównanie
wydaje mi się o tyle zasadne, że ratowanie miasta przed nuklearną
zagładą jest właśnie zadaniem nie tyle Batmana, ile kilku innych
bohaterów popkultury. Komiksowy Batman dlatego był „realistyczny”
(w porównaniu, choćby, z takim Spider-Manem czy Supermanem), że
walczy z szaleńcami chcącymi przejąć kontrolę nad Gotham, walczy
z przestępczością, zbrodnią, moralnym upadkiem miasta, którego
uratować się nie da. Tymczasem fabuła Dark Knight Rises
w zaskakującym
stopniu przypomina The World is Not Enough (1999),
trzeciego Bonda z Piercem Brosnanem – tam też mieliśmy faceta z
dziwną głową, który przy pomocy bomby atomowej zamierza zniszczyć
duże miasto, a tak naprawdę (co okazuje się w finale) pracuje na
zlecenie kobiety, z którą głównego bohatera łączy relacja
emocjonalno-łóżkowa. Tam jednak obywało się bez patosu,
przeciwniczka była intrygująca, a jej plan miał sens. W Dark
Knight Rises bomba tyka, a nasz
dzielny Batman w ostatnich sekundach – a jakże – ocali miasto.
Ech.
PS pop-polityczny: Przyjemnie było zobaczyć, że sympatyczny senator z Vermont, Pat Leahy, nie tylko potrafi postawić się Jokerowi, ale też zasiada w radzie nadzorczej Wayne Enterprises. Poza tym, w roli prezydenta na ekranach telewizorów pojawia się William Devane, jeden z tych aktorów, którzy etatowo grają wysokich rangą polityków - był już wieloletnim sekretarzem stanu w administracji Josiaha Bartleta (West Wing), sekretarzem obrony w administracjach Keelera i Logana (24) i prezydentem w świecie Stargate. Wszystko wskazuje na to, że utrzymał się na stanowisku.
sobota, 28 lipca 2012
"Political Animals": ni pies, ni wydra
Kiedy
prezydentura jej męża – niewiernego w małżeństwie, ale
popularnego wśród wyborców – dobiega końca, była pierwsza dama
postanawia sama rozpocząć karierę w polityce. Startuje w wyborach
na poziomie stanowym i odnosi sukces, a po kilku latach postanawia
sama ubiegać się o prezydenturę. Choć zwycięstwo w prawyborach
początkowo wydaje się mieć zapewnione, zostaje pokonana przez
młodszego, uwielbianego przez media kandydata, który wygrywa
wybory, a pokonanej rywalce proponuje stanowisko sekretarza stanu.
Każdy
chyba zauważy, że Political Animals
bardzo wyraźnie wzorują się na historii Hillary Clinton. Są
oczywiście drobne różnice: po opuszczeniu Białego Domu Elaine
Barrish była gubernatorem Illinois, a nie senatorem z Nowego Jorku;
jej mąż, Bud Hammond był gubernatorem Karoliny Północnej, a nie
Arkansas; młody polityk, który pokonał Elaine nie jest
czarnoskóry, ale ma włoskie pochodzenie. Cały pomysł na serial
opiera się jednak na tych różnicach, które nie są wyłącznie
kosmetyczne, ale stanowią urzeczywistnienie największych marzeń
zwolenników Hillary – do których należy również twórca
Political Animals, Greg
Berlanti. Po pierwsze, Elaine rozwiodła się z mężem, czyli
zrobiła to, co – zdaniem wielu – dawno już powinna była
zrobić Hillary: uniezależnić się od Billa nie tylko de facto, ale
też de iure. Po drugie, wielu rozczarowanych obecną administracją
wyborców Partii Demokratycznej namawiało Hillary do tego, by
wystąpiła przeciwko Obamie w tegorocznych prawyborach. Ku ich
rozczarowaniu, Hillary Clinton ogłosiła, że wycofuje się z
polityki – w fantazji Berlantiego Elaine planuje rzucić wyzwanie
walczącemu o reelekcję prezydentowi Garcettiemu.
Political
Animals są dość dziwnym
skrzyżowaniem serialu o polityce z operą mydlaną, a może nawet
operą mydlaną z wątkiem politycznym. Oczywiście, samo w sobie nie
jest to niczym złym (soap opery
bywają bardzo atrakcyjną guilty pleasure,
jak Dynastia, Powrót do Edenu
czy, ostatnio, Gossip Girl),
ale Political Animals
nie są zbyt dobre w żadnej z tych kategorii, przynajmniej na razie.
Niby mamy szereg klasycznych telenowelowych problemów: bulimię,
narkotyki, alkohol, próby samobójcze, zdrady i rzucanie wazami z
dynastii Ming, ale cóż z tego, skoro bohaterowie nie są zbyt
ciekawi – i to mimo że uatrakcyjniono „pierwszą rodzinę”,
upodobniając Clintonów/Hammondów do Kennedych. Zamiast niezbyt
wyrazistej córki mamy zatem dwóch synów, zgodnie ze schematem
jednego grzecznego, drugiego mniej, za to – już mniej
schematycznie – jawnego geja. I choć rzeczony TJ (Sebastian Stan)
jest względnie najciekawszą postacią, to jako rodzina Hammondowie
po prostu nie wydają się zbyt ciekawi. Do tego wyraźnie brakuje
jakiegoś czarnego charakteru, który nadawałby dynamikę serialowi
(Alexis, JR Ewing, cioteczka Jilly, ktokolwiek w tym stylu). Jeśli
to mają być „zwierzęta polityczne” to z pewnością nie lwy,
orły, sokoły – raczej leniwce.
Przeszkadza
też obsada. Bardzo lubię Sigourney Weaver, ale wydaje się
odgrywać Elaine Barrish bez większego przekonania. Mimo tego, i tak
przyciąga uwagę – nie tylko widzów, zresztą. Podczas gdy w 2008
roku media bezpardonowo (i seksistowsko) atakowały Hillary z powodu
jej rzekomo nieatrakcyjnego wyglądu, Elaine (mimo niekiedy bardzo
wątpliwych fashion choices)
jest obiektem pożądania kolejnych mężczyzn (rosyjskiego ministra
spraw zagranicznych, tureckiego ambasadora, a także swojego byłego
męża-kobieciarza) – ot, kolejna spełniona fantazja zwolenników
Hillary. Reszta aktorów jest jednak albo zbyt drętwa albo nazbyt
szarżuje, na czele z Ciaranem Hindsem (znanym z roli Cezara w Rzymie
HBO) w roli Buda Hammonda. Nie
wiem co skłoniło producentów do takiego wyboru. Przesadzony akcent
i „gadką” z Południa w wykonaniu Irlandczyka brzmią jak
parodia. Hammond – w serialowej rzeczywistości „najpopularniejszy
Demokrata od czasów Kennedy'ego” (sic!) – jest tak
niewiarygodny, niesympatyczny i obleśny, że z trudem zostałby
wybrany do rady miejskiej, a co dopiero na przywódcę kraju.
Wątek polityczny także rozczarowuje, zwłaszcza jeśli wspomni się
zapowiedzi twórców, (zbyt) ambitnie porównujących Political
Animals do West Wingu.
Intrygi polityczne przypominają kłótnie dzieci w piaskownicy, a
dyplomacja wygląda zgodnie z najgorszą sztampą Hollywood:
negocjacje (zawsze w sprawie uwolnienia amerykańskich obywateli
porwanych przez kogoś złego) polegają na patrzeniu rozmówcy
głęboko w oczy i grożeniu mu straszliwymi konsekwencjami. Przy
okazji dowiadujemy się też takich kretynizmów, jak to, że
prezydentowi Iranu zależy na tym, by na jego pogrzeb przyleciał
prezydent USA (sic). Nie twierdzę, że trzeba od razu zatrudniać
Kissingera jako konsultanta merytorycznego, ale jeśli konsekwentnie
wmawia się Amerykanom takie głupoty, to nic dziwnego, że później
wydaje im się, że polityka zagraniczna polega na strojeniu groźnych
min.
Greg
Berlanti, twórca Political Animals, ma
doświadczenie nie tylko w tworzeniu dość dobrze przyjętych oper
mydlanych (Brothers & Sisters; Dirty Sexy Money),
ale też nieudanych miksów polityczno-obyczajowych (Jack
& Bobby), więc chyba
powinien uczyć się na dawnych błędach. Wydaje mi się, że
znacznie ciekawsze byłoby konsekwentne zrealizowanie soap
opery o Białym Domu, a nie
udawania serialu politycznego – kto wie, być może Political
Animals przejdą ewolucję w tym
kierunku. Mniej głupot o „poślubieniu narodowi”, a więcej
rzucania porcelaną!
PS: Gdyby ktoś był ciekaw - na youtubie do zobaczenia pierwszy odcinek:
PS
dla fanów innych seriali: prezydent nazywa się Garcetti – bardzo
podobnie do Carcettiego, ambitnego radnego miasta Baltimore z The
Wire, który w trakcie serialu
zostaje burmistrzem i marzy o dalszej karierze. Gra go z kolei Adrian
Pasdar, znany z roli senatora-superbohatera w Heroes.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
"Veep" czyli komedia bardzo wesoła, a ogromnie przez to smutna
Jak
słusznie ktoś zauważył, nikt nigdy nie „aspiruje do zostania
wiceprezydentem”. Wyjątkowo jasno widać to teraz, patrząc na to,
co się dzieje w Partii Republikańskiej. Zabawa w „veepstakes”
trwa, a kolejni wywołani do tablicy kandydaci z nieszczerym
uśmiechem wypowiadają tę samą formułkę o tym, że są
zaszczyceni wymienianiem ich nazwiska w tym kontekście, ale są
bardzo zadowoleni z tego, co robią teraz i tylko w ten sposób chcą
służyć Ameryce. I że nie oni, ale może ktoś inny. Marco Rubio
mówi, że może Jeb Bush, a Bush, że lepszy byłby Rubio. Nikki
Haley nie chce porzucać pracy gubernatora Karoliny Południowej i
proponuje Chrisa Christie z New Jersey, a ten mówi, że jest
zaszczycony, ale dziękuje i może Bobby Jindal z Luizjany. A wszyscy
wskazują na nikomu nieznanego senatora z Ohio, Roba Portmana,
którego główną zaletą zdaje się być to, że jest jeszcze
nudniejszy od Romneya (sic). No i sam nie ma żadnych ambicji
prezydenckich, w przeciwieństwie do wszystkich wyżej wymienionych.
Ale i Portman nie wydaje się być zachwycony tym ciągłym
wytykaniem go palcami.
W
rzekomo najdoskonalszym ustroju politycznym świata stanowisko
wiceprezydenta jest zaiste tworem kuriozalnym. Veep może tylko czekać aż prezydent umrze/zachoruje/zrezygnuje. Jego rola ogranicza się do przecinania wstąg, wręczania odznaczeń i
podróżowania na śluby, inauguracje i pogrzeby. Jak to
autoironicznie ujął Tata Bush w czasach kiedy był zastępcą
Reagana:
„I'm George Bush – you die, I fly”.W nagrodę, po wymęczeniu się w ten sposób przez cztery – albo i osiem – lat, zazwyczaj zyskuje się szansę ubiegania się o prezydenturę samemu, nominację własnej partii ma się właściwie w kieszeni – choć, jak pokazuje historia, już nie wygraną.
Sęk
w tym, że rzekome doświadczenie zdobywane na tym stanowisku nie
jest wcale wielkie, Kandydat na wiceprezydenta zazwyczaj dobierany
jest z klucza wyborczego, ma równoważyć słabości swojego szefa –
nie muszą się nawet specjalnie lubić, a co dopiero ściśle
współpracować. Trochę inaczej to wyglądało za czasów Clintona
i Busha juniora, którzy rzeczywiście współpracowali ze swoimi
„veeps” (a w przypadku Cheneya może nawet odwrotnie), ale już
za Obamy sytuacja wróciła do „normy”. Joe Biden jeździ sobie
to tu tam, coś powie mądrzej lub głupiej, ale nie należy do
najbliższych ludzi prezydenta, a do nominacji Demokratów w 2016 ma
mocnych kontrkandydatów (i kontrkandydatki – zwłaszcza jedną).
HBO
nakręciło właśnie Veep, sitcom o smutnej pracy
wiceprezydenta. To jednak nie absurdalny (i głupi) humor That'sMy Bush!, ale brytyjskie
spojrzenie na politykę (autorem jest Armando Ianucci), która
ogłupia i przyprawia o depresję nie tylko elektorat, ale przede
wszystkim samych polityków. Politykę pustych gestów,
wyczerpującego nicnierobienia i narastającego poczucia, że wbrew
pozorom nic się nie znaczy. Jest zatem śmiesznie, ale i dość
ponuro – można by powiedzieć: komedia to bardzo wesoła, a
ogromnie przez to smutna.
Grana
przez Julię Louis-Dreyfus pani wiceprezydent, Selina Meyer,
przegrała walkę w prawyborach i została „zaszczycona”
stanowiskiem zastępcy prezydenta, którego nigdy nie widzimy. Meyer
codziennie pyta sekretarkę o to czy dzwonił prezydent, ale
doskonale zna odpowiedź. Prezydent zajmuje się rządzeniem z
Owalnego Gabinetu – ona, zostawiona samej sobie, zajmuje się
głupotami, próbując wykroić sobie jakąś niszę (biodegradowalne
sztućce), przekonać innych – i samą siebie – że jest do
czegoś potrzebna i coś naprawdę znaczy.
Meyer
jest niezbyt mądrą, atrakcyjną brunetką, więc nic dziwnego, że
skojarzenia od razu uciekają w stronę Sary Palin, ale to byłoby
zbytnie uproszczenie. Selina Meyer
jest amalgamatem kilku ostatnich wiceprezydentów – zainteresowanie
ekologią ma z Ala Gore'a, skłonność do popełniania gaf z Dana
Quayle'a (to on jest, tak naprawdę, autorem połowy tzw. buszyzmów)
i Joe Bidena. Tylko z Cheneya jakby nic. Nie znamy jej partii, ale można podejrzewać, że jest
raczej Demokratką. Nie żeby miało to jakieś znaczenie – satyra
Veep nie jest
wymierzona w konkretne poglądy czy partię, ale jest uniwersalna.
Wyśmiewa puste gesty, uzależnienie od doradców i PR-u, ale także
idiotyczną rolę, jakie wiceprezydent pełni w amerykańskim ustroju.
Bardzo a propos skatologicznego dowcipu Veep, którym kończą się oba
wyemitowane dotychczas odcinki (mam nadzieję, że to nie stanie się regułą), warto przypomnieć, że Pierwszy (z trzech) wice Roosevelta, znany z dosadnego języka Teksańczyk Nance Garner, mówił, że wiceprezydentura „nie jest warta wiadra ciepłych szczyn”. Trick polega na tym, że w każdej chwili można nagle stać się najpotężniejszym człowiekiem na świecie - albo do końca kadencji przecinać wstęgi.
niedziela, 18 marca 2012
Uroczo staroświecki "Pan Carter w kosmosie"
W przypadku ekranizacji książki będącej pierwowzorem gatunku, mówienie o „nawiązaniach” wydaje się anachronizmem – co na czym się wzoruje? Czy to John Carter przypomina Gwiezdne wojny czy raczej George Lucas nawiązywał do Burroughsa? Czerpał też z Diuny Franka Herberta, który również z pewnością znał cykl o Barsoom, pierwszą prawdziwą space-operę – łączącą w sobie science fiction i fantasy, podróże kosmiczne i szermierskie pojedynki, egzotycznych kosmitów i piękne księżniczki.
wtorek, 13 marca 2012
"Game Change" czyli "Nie chcę już wracać na Alaskę"
8 marca w amerykańskim HBO miała miejsce premiera „Game Change” (po polsku powinno by chyba nosić tytuł „Punkt zwrotny”), oczekiwanego od dawna filmu o amerykańskiej kampanii prezydenckiej w 2008 roku, na podstawie bestsellerowej – ale przede wszystkim opartej na bardzo dokładnym researchu – książce Johna Heilemanna i Marka Halperina.
Jay Roach nie jest może wielkim reżyserem (Austiny Powersy i „Poznaj moich rodziców”), ale w 2008 roku wykonał bardzo dobrą robotę przy „Recount” (po polsku „Decydujący głos”), opowiadającym o kontrowersyjnym przeliczaniu głosów na Florydzie przy okazji wyborów prezydenckich z roku 2000 i widać, że dobrze czuje się w filmach opowiadających o procesie politycznym jako żywiole. Unika przy tym parodii, w którą łatwo było popaść, kręcąc film o Sarze Palin, „Hockey Mom”, „Mamie Grizzly”, która widzi Rosję z okna swojego domu.
Film od samego początku wzbudzał kontrowersje, ale tak już jest z każdym obrazem okołopolitycznym, dotyczącym prawdziwych postaci (przypominam co się działo przy okazji „The Reagans” w 2003 roku oraz miniserialu „The Kennedys” z 2011). Wszyscy mają coś za złe, dysponują własną, „prawdziwszą” wersją wydarzeń, nikomu nie podoba się to w jaki sposób został przedstawiony etc. Taki Newt Gingrich uważa, na przykład, że jeśli miałby powstać film o jego karierze (a byłby to zaiste film na miarę szekspirowskiej tragedii), to mógłby go zagrać Brad Pitt (sic). Nic zatem dziwnego, że Sarah Palin i John McCain już na wstępie zadeklarowali, że filmu nie mają zamiaru oglądać, gdyż jest pełen uprzedzeń, przeinaczeń i pomówień. No cóż, własną wersję tego, jak wyglądała tamta kampania wyborcza Palin zawarła w książce „Going Rogue” (po polsku coś w rodzaju „Zrywając się z łańcucha” – kolejny przykład tego, że amerykański język polityki trzeba po polsku często oddawać opisowo) i zasadniczo różni się ona od tej, którą zaprezentowali Heilemann i Halperin, ale kiedy Sarah zobaczy „Game Change” (a jestem tego pewien), może się bardzo zdziwić.
W przypadku polityków doskonale znanych ze zdjęć, cała sztuka polega mniej przede wszystkim na wiarygodnym oddaniu „ducha” postaci – jak zrobili to, na przykład, Frank Langella i Anthony Hopkins z Richardem Nixonem. Choć nie byli do niego podobni fizycznie, wiarygodnie oddali nie tylko jego manieryzmy, ale przede wszystkim jego brak pewności siebie i narastającą paranoję. Do dziś myślałem, że nikt nie jest w stanie zagrać Palin lepiej od Tiny Fey z „Saturday Night Live”, ale Julianne Moore jest niesamowita – tak jak w przypadku Fey, w grę wchodzi także podobieństwo fizyczne, ale miny, akcent, sposób mówienia sprawiają, że Moore nie tylko wygląda, ale też brzmi jak najprawdziwsza Sarah Palin. W kilku scenach, w której tylko słyszymy ją w słuchawce telefonu, staje się to wręcz niesamowite, uncanny. Granica między fikcją (czytaj: tym, czego nie widzieliśmy wcześniej na własne oczy), a prawdą (tym co widzieliśmy w telewizji cztery lata temu) zaciera się, zresztą, w „Game Change” wielokrotnie. Kilka razy widzimy i słuchamy Baracka Obamy, Sarah Palin (Julianne Moore) debatuje z Joe Bidenem (Joe Biden), na ekranie ciągle pojawiają się czołowi amerykańscy dziennikarze telewizyjni, a sam film spina klamra – wywiad, który Anderson Cooper przeprowadza ze Stevem Schmidtem (Woody Harrelson), menadżerem kampanii Johna McCaina (Ed Harris).
Także duża część dialogów nie jest fikcją, choć, jak zawsze, kontekst zmienia bardzo wiele. Proponuję Państwu obejrzeć sobie trzy wersje słynnego już wywiadu przeprowadzonego z Palin przez Katie Couric, tego w którym tłumaczyła w jaki sposób geograficzna bliskość Alaski i Rosji przekłada się na jej doświadczenie w polityce zagranicznej: oryginalny; z Tiną Fey i z Julianne Moore. Słowa są te same, ale widzimy trzy różne postaci, odpowiednio: niedoświadczoną, plączącą się w odpowiedziach polityk; słodką idiotkę; kobietę niemal na skraju załamania nerwowego.
Filmowej Sarze Palin daleko do karykatury, choć oczywiście nie sposób nie uśmiechać się, kiedy Palin/Moore ukazuje nam ogrom swojej niewiedzy na temat świata („John McCain będzie dążył do otwartego dialogu z Królową”) czy kiedy z uporem maniaka nazywa senatora Bidena „O'Bidenem”. Julianne Moore pokazuje ją jednak ze współczuciem i zrozumieniem, jako kochającą matkę i żonę, tęskniącą za rodziną, wtłaczaną przez ludzi ze sztabu McCaina w gorset (dosłownie), którego nie chce nosić. Palin cierpi, gdyż przerasta ją sytuacja w której się znalazła, ale w dużej mierze sama jest sobie winna. Zgadza się kandydować, choć wie, że oczekuje się od niej przede wszystkim odgrywania roli atrakcyjnej „kukiełki”. Kiedy jednak odkrywa, że tłumy ją uwielbiają (i to bardziej niż McCaina), a ona uwielbia ich uwielbienie, zmienia się w rasowego polityka. Gdy szepcze do Schmidta „Musimy to wygrać. Nie chcę już wracać na Alaskę” i puszcza do niego oko, wiemy już, że Mama Grizzly poczuła zew krwi (ego? pieniędzy?) i nie wycofa się do swojej gawry.
Tytułowa „Game Change” odnosi się bowiem nie tylko do dynamiki kampanii, którą pojawienie się Sary Palin zaiste zmieniło, choć nie trwale. John McCain od samego początku miał pod górkę, a jego szanse na wygranie wyborów malały z miesiąca na miesiąc – odchodzący prezydent z jego własnej partii zostawiał kraj z dwiema kiepsko wyglądającymi wojnami i największym kryzysem finansowym od wielu lat. Wybór na wiceprezydencką kandydatkę Sary Palin poprawił jego notowania wśród kobiet i rozgrzał konserwatywną „bazę”, nieufną wobec uchodzącego za centrystę senatora, ale coraz bardziej oczywiste dla wszystkich niedoświadczenie Palin sprawiło, że McCain stracił głos niezależnych, zaniepokojonych tym, że gubernator Alaski znajdzie się „jedno uderzenie serca 72-latka” od prezydentury. Biden może czasem chlapnąć coś równie głupiego (i robi to konsekwentnie od dziesięcioleci), ale nie można zarzucić mu niewiedzy.
Z perspektywy kilku lat widać jednak, że pojawienie się Palin stało się prawdziwym „punktem zwrotnym” dopiero później – ale najszybciej zrozumiała to ona sama. Kiedy kampania 2008 roku dobiegała końca i wygrana Obamy stawała się coraz bardziej oczywista, Palin zaczęła działać na własną rękę. Na gruzach kampanii McCaina zaczęła budować własną pozycję nowej liderki Partii Republikańskiej. „Ona jest najlepszą aktorką amerykańskiej polityki”, mówi o niej Schmidt i sama Sarah zaczyna wierzyć w to, że może zostać „nowym Reaganem” – może nie najbystrzejszym jabłuszkiem w koszyczku, ale kochanym przez Amerykanów (przynajmniej tych „prawdziwych”), mesjaszem GOP. Jak wiemy, Palin rzeczywiście przyczyniła się do transformacji partii, choć nie tak, jak chciałby tego McCain, który po przegranej kampanii przestrzega ją, żeby nie dała się wciągnąć prawicowym ekstremistom: „Jeśli im na to pozwolisz, zniszczą partię”. Z ust człowieka, który w ciągu kilku lat niemal we wszystkim sprzeniewierzył się swoim umiarkowanych przekonań brzmi to, oczywiście, ironicznie, ale proroczo. Sarah Palin stała się liderką radykałów z Tea Party, którzy pomogli GOP wygrać wybory do Kongresu w roku 2010, ale ostatecznie wzięli partię na zakładnika. Centryści albo odeszli (Olympia Snowe), albo przestali nimi być (McCain), partia jest bardziej na prawo niż kiedykolwiek i coraz bardziej przypomina psa goniącego własny ogon – wystarczy przyjrzeć się trwającym właśnie prawyborom. Jedną z osób za to odpowiedzialnych jest właśnie Sarah Palin.
„Idy marcowe” Clooneya nie są złym filmem, ale to „Game Change” jest dla mnie politycznym filmem tego sezonu. Po raz kolejny okazuje się, że najciekawsze scenariusze dla amerykańskiego kina okołopolitycznego pisze samo życie. Naiwne rozczarowanie polityką Ryana Goslinga (ach, ja nieszczęsny, a więc polityka jest brudna! Eheu!) jest niczym w porównaniu z rozczarowaniem starego wyjadacza, Woody'ego Harrelsona, który pojmuje, że stał się doktorem Frankensteinem – stworzył potwora i stracił nad nim wszelką kontrolę. W przeciwieństwie do „Idów marcowych” „Game Change” nie popada w tanią publicystykę i biadolenie nad tym, jak obecny proces polityczny, 24-godzinne media, niszczą politykę i zamieniają w rozrywkę, „zły reality-show”. Tak jak poprzednie polityczno-historyczne filmy HBO – „Path to War” (o wojnie w Wietnamie i prezydencie Johnsonie), wspomniany „Recount” czy „The Special Relationship” (o relacji Tony Blaira z Billem Clintonem), pokazują coś więcej – coś, co z braku lepszego określenia należałoby nazwać „ludzkim wymiarem polityki”.
Etykiety:
George Clooney,
HBO,
John McCain,
Julianne Moore,
Newt Gingrich,
prezydent,
recenzja,
Sarah Palin,
Tina Fey,
USA,
wiceprezydent,
wybory
Subskrybuj:
Posty (Atom)









