Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waszyngton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waszyngton. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lutego 2013

Kup pan lincolna!

Dziś trzeci poniedziałek lutego, Presidents Day, co znaczy, że Amerykanie świętują urodziny Waszyngtona i kupują samochody na wyprzedażach.


Jak to często w Stanach bywa, w przypadku Urodzin Waszyngtona świętuje się raczej ogólną ideę, a nie ów dzień w sensie ścisłym - jak z Dniem Niepodległości, który obchodzi się 4 lipca, choć zerwanie z Wielką Brytanią kolonie ogłosiły już dwa dni wcześniej. No, ale 4 lipca przynajmniej podpisano Deklarację Niepodległości (a przynajmniej niektórzy ją podpisali) - z urodzinami Jerzego W. sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Trzeci poniedziałek lutego przypada bowiem zawsze między 15 a 21 dniem miesiąca, co oznacza, że oficjalne urodziny Waszyngtona nigdy nie wypadają tego dnia, w którym naprawdę przyszedł na świat: 22 lutego (według kalendarza gregoriańskiego) albo 11 lutego (według obowiązującego wówczas w Imperium Brytyjskim kalendarza juliańskiego).

Wszystkiemu winny Lyndon Johnson, który w 1968 roku podpisał ustawę Uniform Monday Holiday Act. Czyniła ona z czterech świąt federalnych święta ruchome, przypadające w różne poniedziałki, np. Columbus Day na drugi w październiku, a Memorial Day na ostatni w maju. Chodziło o to, by pracownicy federalni dostali kilka długich weekendów. Uprzedzając jednak co poniektórych, którzy chcieliby zacząć pomstować na mnożenie świąt, które  rozleniwiają ludzi i obniżają PKB, od razu dodaję, że poniedziałkowe święta okazały się prawdziwym błogosławieństwem dla biznesu. 

Od lat 80. rozpowszechniła się praktyka otwierania sklepów w świąteczne poniedziałki, a z czasem także organizowania wielkich wyprzedaży. W ten właśnie sposób Presidents Day stał się świętem wyprzedaży samochodów, Memorial Day dniem przecenionej elektroniki, Labor Day świętem wyprzedaży sprzętów ogrodowych, a w Columbus Day przeceną upamiętnia się meble i wyposażenie domów. Happy Birthday, George!


niedziela, 10 lutego 2013

"Knuję więc spiski i zastawiam sidła" czyli szekspirowski Waszyngton

Postanowiłem okazać się łotrem
I próżną radość dni tych znienawidzić,
Knuję więc spiski i zastawiam sidła; 
Groźbą fałszywą, obmową i snami*.

UWAGA, SPOILERY!

Było oczywiste, że amerykańska wersja House of Cards będzie różnić się od swojego brytyjskiego pierwowzoru. Inne miejsce i inny czas wymagają innych bohaterów oraz innych metod. To, co nie uległo zmianie, to wizja polityki jako szekspirowskiego dramatu zaludnionego przez postaci równie amoralne, co fascynujące.

Francis Urquhart [MP] był siwowłosym, arystokratycznym konserwatystą. Francis "Frank" Underwood [Rep.] jest od niego młodszy, pochodzi z nizin społecznych Karoliny Południowej i jest Demokratą. Polityczne afiliacje nie mają jednak większego znaczenia - obu Francisom chodzi nie o realizowanie lewicowego czy prawicowego programu politycznego, ale o władzę. 

Urquhart  chciał zemścić się na premierze i zastąpić go  na Downing Street - Underwood planuje zemstę na prezydencie, który obiecał mianować go sekretarzem stanu, ale po wyborach zmienił zdanie. Ponieważ mimo wszystko łatwiej zostać brytyjskim premierem niż amerykańskim prezydentem, Underwoodowi zajmie to o sezon dłużej i, z konieczności, zastosuje do tego inne metody niż jego angielski pierwowzór. 

Oba seriale różnią się także wizualnie. W porównaniu z brytyjską wersją amerykańska jest znacznie mroczniejsza, zgodnie z tonem, który ustanowił reżyser dwóch pierwszych odcinków (i jeden z producentów całości), mistrz ponurych thrillerów, David Fincher. Wszystko spowite jest półmrokiem, rozświetlanym jedynie przez tak lubiane przez Finchera złotomiodowe światło.  

Kevin Spacey jako Underwood jest - i trzeba to powiedzieć bez ogródek - fenomenalny. Śmiertelnie poważny, niemal wyprany z emocji, okazjonalnie pozwalający sobie na ironię lub wybuchy wściekłości, kiedy rzeczy nie idą zgodnie z jego planem. Dorównuje mu jednak posągowo piękna Robin Wright w roli Claire, jego żony, która w tej wersji HoC jest postacią równie istotną, a emocjonalnie chyba nawet bardziej interesującą. Francis się nie zmienia, nie spodziewam się po nim niespodzianek w kolejnej serii (seriach?) - po Claire, owszem.

Mimo, iż większość recenzentów pieje z zachwytu nad "realistycznym obrazem waszyngtońskiej polityki", wydaje mi się, że zwiódł ich dopracowany sztafaż, np. pojawiający się w tle autentyczni dziennikarze (głównie CNN), dający złudzenie oglądania "tu i teraz", prawdziwych "trzewi polityki". Sądzę jednak, żeby House of Cards wcale do tego nie pretenduje. "Kroniki" Szekspira mogą mówić o angielskich władcach, ale nie miały w zamierzeniu opowiadać historycznej prawdy o minionych czasach, ale mówić coś więcej o naturze władzy. Willimon, Fincher i Spacey (który równiez jest jednym z producentów), Zamiast załamywać ręce nad moralnym upadkiem polityków i mediów, jak robią to teraz wszyscy, zmieniają Waszyngton w szekspirowską scenę, aby móc pokazać coś więcej o samej naturze władzy i to nie tylko w polityce, ale też w relacjach międzyludzkich.

Underwood jest współczesnym Ryszardem III (którego Spacey grał, zresztą, niedawno w teatralnej inscenizacji Sama Mendesa), z Lady Makbet u boku. Podobieństwa i nawiązania są oczywiste, na czele z tak lubianą przez Szekspira praktyką burzenia czwartego muru i zwracania się bezpośrednio do widzów. Underwood odsłania swoje emocje, objaśnia motywy, wyjaśnia intrygi. I choć czasem monologi te wydają się nieco przesadzone, a nawet irytujące w swojej nachalności, to przyjmuję taką konwencję.



Jeśli przyjrzeć się jej dokładniej, polityczne realia okazują się nierealistyczne, a intryga grubymi nićmi szyta. Twórca House of CardsBeau Willimon (scenarzysta Idów marcowych), zbyt dobrze zna Waszyngton, żeby nie wiedzieć, że wiceprezydenci nie rezygnują, żeby ubiegać się o stanowisko gubernatora; whipowie nie mają nawet w połowie takich wpływów w Białym Domu; a żadna amerykańska partia nie ma aż tak krótkiej ławki by w sprawie każdej nominacji (od kandydata na gubernatora po wiceprezydenta) zachowywać się jak dziecko we mgle, proszące o pomoc tatusia-Franka.

Realia Waszyngtonu są w House of Cards umowne, podporządkowane postaci Underwooda, stworzone (a nie odtworzone) tak, by na ich tle zdawał się być wszechmocnym demiurgiem - nawet jeśli od czasu do czasu zdarzy mu się jakieś małe potknięcie. To właśnie jego skuteczność, konsekwencja, skupienie na celu czynią go tak ciekawą postacią. 

To, że Kongres ocenia dziś pozytywnie zaledwie 10% Amerykanów (co jest niechlubnym rekordem wszechczasów) nie wynika przecież z tego, że kongresmeni snują makiaweliczne intrygi, ale z powodu czegoś zupełnie przeciwnego: bezsilności Kongresu, jego nieumiejętności rozwiązywania jakichkolwiek problemów (a nawet tworzenia nowych), niezdolności do załatwiania spraw, getting things done. Tymczasem Francis Underwood jest właśnie kimś, kto gets things done, nawet jeśli po drodze musi sobie (i innym) ubrudzić ręce i zostawić parę trupów.

Pomyśl co moglibyśmy zdziałać razem?, kusi szefową gabinetu prezydenta. Czy mam się diabłu zwieść na pokuszenie?, pyta w tragedii Szekspira królowa Elżbieta. Tak, jeśli diabeł ku dobremu kusi, odpowiada Ryszard**. 

Zobaczymy, co wiceprezydent Underwood zdziała w kolejnej serii.



* W. Shakespeare, Ryszard III, tłum. Maciej Słomczyński, Akt I, scena 1.
** Tamże, Akt IV, scena 4.

niedziela, 20 stycznia 2013

Koronacja

W poniedziałek czeka nas pięćdziesiąta siódma ceremonia inauguracyjna prezydenta Stanów Zjednoczonych. W amerykańskiej konstytucji wymieniona jest jedynie treść przysięgi jaką prezydent ma złożyć. O samej inauguracji nie ma nic, jej przebieg jest zatem kwestią tradycji i w ciągu ostatnich dwustu (z nawiązką) lat  wyglądało to różnie. 

George Washington składał pierwszą przysięgę w Nowym Jorku, na balkonie Federal Hall, który to budynek Amerykanie - już wtedy skorzy do burzenia i budowania nowego - rozebrali ledwie 23 lata później, w 1812 roku. Kolejne dwie odbyły się w Filadelfii, w Congress Hall, którego demolkę nakazano, co prawda, w 1870 roku, ale ostatecznie niezrealizowano. Pierwsza inauguracja w Waszyngtonie (który składał się wówczas ledwie z paru domów na krzyż) - Thomasa Jeffersona w 1801 roku - miała miejsce w budynku Kapitolu, a dokładnie jedynym wybudowanym jego skrzydle, wyglądającym, z grubsza, tak:

Kapitol w 1800 roku

Później, kiedy Kapitol wreszcie zbudowano (a potem odbudowano), prezydenci składali przysięgi w Izbie Reprezentantów, dopóki Andrew Jackson - czempion "zwykłego człowieka" - przeniósł ceremonię na zewnątrz, przed Wschodni Portyk, gdzie mogło w niej uczestniczyć aż 20 tysięcy ludzi - ogromna liczba, zważywszy na to, że cała aglomeracja liczyła ledwie 30 tysięcy mieszkańców. Jackson wszedł, co prawda, przez piwnice, żeby uniknąć tłumów, ale potem tłumy wprosiły się na bal do Białego Domu, "potrącając kelnerów, tłukąc talerze, wskakując na meble - a wszystko to w celu uściśnięcia dłoni prezydentowi lub przynajmniej zobaczenia go". Jackson, przeziębiony i ciągle w żałobie po śmierci żony, wyszedł przez okno i poszedł do swoich apartamentów.

Zaprzysiężenie Jacksona

Od tej pory ceremonie zaprzysiężenia zaczęły się rozrastać. William Henry Harrison jako pierwszy zorganizował oficjalny komitet organizacyjny, a także wprowadził tradycję inauguracyjnych balów. Wygłosił też najdłuższą mowę inauguracyjną w historii, dzięki której stał się zarazem najkrócej urzędującym prezydentem w dziejach. Gadał przez dwie godziny na mrozie i śniegu, w dodatku bez płaszcza, w efekcie czego miesiąc później zszedł na zapalenie płuc. W 1873 roku było tak zimno, że zamarzły kanarki, które miały ucieszyć prezydenta Ulyssesa GrantaKolejni prezydenci - nauczeni doświadczeniem - mówili krócej, a Reagan w 1985 roku z powodu siarczystego mrozu przeniósł nawet zaprzysiężenie do środka Białego Domu. 

Harrison 1841. ŹLE

 Reagan 1985. DOBRZE

Zaprzysiężenia Abrahama Lincolna słynne są z powodu dwóch zdjęć. Na tym z 1861 roku widać w tle budowaną kopułę Kapitolu (bo oprócz burzenia, Amerykanie lubią też unowocześniać), a na tym o cztery lata późniejszym widać w tłumie Johna Wilkesa Bootha, który miesiąc pózniej zastrzeli prezydenta w teatrze Forda.

1861

1865

Na zdjęciach tych dobrze widać skalę wydarzeń, z każdym kolejnym coraz bardziej się rozrastających, zyskujących coraz bardziej świąteczny -  i monumentalny - charakter. Pojawiły się parady, orkiestry, modlitwy, poeci-laureaci odczytujący swoje wiersze, artyści odśpiewujący hymn, wzrosła też liczba balów (Obama miał ich cztery lata temu aż dziesięć). Szczytem pompy było obwożenie na lawetach rakiet Pershing (za Eisenhowera i Kennedy'ego) - z militariów zrezygnował Nixon, żeby nie wyjść na zbyt wojowniczego.

Z jakichkolwiek uroczystości zrezygnowano tylko raz, w 1945 roku, kiedy Franklin Roosevelt swoją czwartą przysięgę złożył prywatnie, w Białym Domu, a paradę odwołano z powodu oszczędności wojennych. Pózniej tylko Carter próbował trochę zmniejszyć królewski wymiar imprezy przechodząc piechotą spod Kapitolu do Białego Domu, ale się to nie przyjęło (Obamowie nawiązali do tego w 2009, ale tylko na trochę) - co jak co, ale  Amerykanie lubią, kiedy uroczystości państwowe mają rozmach.

bal inauguracyjny Williama McKinleya, 1901

 parada inauguracyjna Teddy'ego Roosevelta, 1905

 Pierwsze zaprzysiężenie Franklina Delano Roosevelta, 1933

Eisenhower obserwuje czołgi, 1953

Parada z okazji zaprzysiężenia Kennedy'ego, 1961

W XX wieku zaszły trzy istotne zmiany odnośnie inauguracji. Po pierwsze, 20. poprawka do konstytucji (rok 1933) przeniosła zaprzysiężenie z marca na 20 stycznia. Po drugie, Kennedy jako ostatni prezydent wystąpił na ceremonii w cylindrze. Po trzecie, w 1981 roku Ronald Reagan przeniósł ceremonie na zachodnią stronę Kapitolu. Oficjalnie chodziło o oszczędności (schody mogły z powodzeniem zastąpić podium, które do tej pory trzeba było budować), ale też i o to, żeby zmieściło się jeszcze więcej widzów. Rekordowa była pod tym względem poprzednia inauguracja Baracka Obamy w której wzięło udział jakieś 1,8 miliona ludzi.



 Zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Obama, Reagan, Clinton, Bush II

Tegoroczne zaprzysiężenie raczej rekordu nie pobije, ale będzie wyjątkowe będzie z powodu daty. Kiedy dzień inauguracji wypada w niedzielę, prezydent składa przysięgę dwa razy - najpierw prywatnie, w Białym Domu, a potem publicznie, w poniedziałek. Kiedyś chodziło o względy religijne, ale teraz głównie o to, żeby nie przepadło święto państwowe, jakim jest  wolny od pracy Inauguration Day.

Poza tym będzie tak jak zawsze: niezwykle uroczyście, dość pompatycznie i raczej nudnawo. Ceremoniał inauguracji/koronacji jest już tak sztywny i hieratyczny, że największą atrakcją zdają się być niecodzienne nakrycia głowy co poniektórych gości, np. w zeszłym roku biret sędziego Antonina Scalii, a zwłaszcza kokarda z brylantami Arethy Franklin.


 Co, oczywiście, nie zmienia faktu, że i tak wszyscy będą to oglądać.