Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 marca 2013

Santorum-Gingrich 2012! (albo odwrotnie)

W komedii Obywatele prezydenci (My Fellow Americans) John Lemmon i James Garner grają dwóch byłych prezydentów z opozycyjnych partii - Republikanina Kramera i Demokratę Douglasa. Są zajadłymi przeciwnikami politycznymi, serdecznie się nieznoszą, występowali przeciwko sobie w przeszłości, ale wspólne traumatyczne przejścia w połączeniu z niechęcią wobec innych polityków sprawiają, że Douglas i Kramer postanawiają wystartować razem w wyborach. Nie mogą tylko dojść do porozumienia w kwestii tego, który z nich zostanie kandydatem na prezydenta, a który na wice. Dziś dowiedzieliśmy się, że niemal równo rok temu political fiction, (dostosowane do panujących realiów, rzecz jasna) prawie stało się ciałem. Dość upiornym ciałem, dodajmy.


Okazuje się, że w czasie ubiegłorocznych republikańskich prawyborów, Rick Santorum i Newt Gingrich, prawie zgodzili się na wspólne wystartowanie we właściwych, listopadowych, wyborach, pod wspólnym, konserwatywnym "Unity Ticket". Obaj kandydaci nie znosili się serdecznie i atakowali się bez pardonu: Gingrich zarzucał Santorumowi, że służy wielkim korporacjom; Santorum Gingrichowi, że zmienia poglądy (i żony) jak rękawiczki. 

Byli jednak zgodni w dwóch kwestiach: po pierwsze, że Obama jest socjalistą, który planuje zniszczyć Amerykę; po drugie, że (względnie) centroprawicowy Mitt Romney byłby (jak ujął to Santorum) "najgorszym Republikaninem jakiego można wystawić przeciwko Obamie". Postanowili zatem stworzyć konserwatywną alternatywę, stanowiącą odpowiedź na głośno artykułowane wśród republikańskich wyborców hasło: Anybody But Romney - "Każdy, byle nie Romney".


Negocjacje między oboma sztabami zaczęły się w lutym, po tym jak Gingrich i Santorum wygrali kilka prawyborów, głównie na Południu, ale ostatecznie zaczęło zanosić się na wygraną Romneya.  Konserwatyści uznali, że tylko łącząc siły zdołają zablokować nominację Romneya. Dlaczego ostatecznie nie wyszło? Odpowiedź jest chyba oczywista - nie mogli się porozumieć w kwestii tego, czy będzie to kampania Santoruma i Gingricha, czy Gingricha i Santoruma. Każdy uważał, że to ON powinien być kandydatem na prezydenta - żaden nie chciał ustapić i zgodzić się na bycie wiceprezydentem, czyli de facto kwiatkiem do kożucha. Santorum argumentował, że to on zwyciężył dotyczczas w większej ilości stanów - Gingrich, że jest starszy od Santoruma, więc młodszy powinien ustąpić. Ostatecznie, to właśnie on zawiesił rozmowy i postanowił dalej próbować samemu - jak się wszystko skończyło, doskonale wiemy. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Australijski sposób

Amerykański rząd uspokaja, a australijska pani premier, Julia Gillard, z ledwo skrywanym uśmiechem przyznaje, że Majowie mieli rację i koniec świata jest bliski, choć jeszcze nie wiadomo dokładnie w jakiej postaci: 

żarłocznych zombie, inwazji piekielnych demonów albo nawet ostatecznego triumfu koreańskiego popu.

wtorek, 4 grudnia 2012

Amerykańscy naukowcy donoszą

Jak doskonale wiemy z popkultury, kiedy prezydentem jest Afroamerykanin, zagłada jest pewna. W Dniu zagłady, za rządów Morgana Freemana, w stronę ziemi pędziła asteroida; w Left Behind, serii eschatologicznego science-fiction, prezydent Louis Gossett Jr. musi mierzyć się z  samym Antychrystem; a Tom Listerw Piątym Elemencie, z Wielkim Złem. W 2012 odwracały się bieguny Ziemi, a prezydent Danny Glover ginął zmieciony przez tsunami wraz z całym Waszyngtonem. Nic zatem dziwnego, że częśc Amerykanów ze zgrozą wygląda 21 grudnia 2012 roku - zwłaszcza po reelekcji Obamy.


Z troski o nerwy dzieci (sic!), władze Stanów Zjednoczonych postanowiły zatem zabrać głos i uspokajają na oficjalnej stronie USA.gov: kalendarz Majów nie kończy się w 2012 roku, do ziemi nie zbliża się ani wielka kometa, ani ukryta planeta X, nie nastąpi nawet odwrócenie ziemskich biegunów. I odsyłają do strony NASA i eksperta tej agencji. Amerykańscy naukowcy donoszą: końca świata nie będzie, możemy spać spokojnie.


Ale czy na pewno? Wszyscy pamiętamy, że prezydenci ogłaszając prawdę o nadchodzącej zagładzie w ostatniej chwili, a wcześniej zapewniają, że wszystko jest w jak najlepszym w porządku. 

Jeśli zatem jakieś amerykańskie dziecko naoglądało się filmów i teraz drży z przerażania w oczekiwaniu na nadchodzącą katastrofę, a następnie przeczyta uspokajające wyjaśnienia amerykańskich władz (Pogłoski o końcu świata to tylko pogłoski), na sto procent zacznie szukać schronu.

Świetna robota!

sobota, 10 listopada 2012

Smutek białych

Jak już wiemy, biali mężczyźni głosowali głównie na Romneya, ale ich poparcie nie było wystarczające, gdyż za Obamą opowiedziało się 93% Afroamerykanów, 73% Azjatów, 71% Latynosów, a do tego - last, but not least - 55% kobiet, które bardzo często określa się największymi zwyciężczyniami tych wyborów. 

W Senacie zasiądzie rekordowe 20 kobiet. 1/5  składu to może nie tak dużo, ale jak na izbę w której nadal nie ma ani jednego przedstawiciela czarnych Amerykanów (14% społeczeństwa), to i tak jest nieźle. Nie wspominając już o tym, że owe 20% to i tak więcej niż w Izbie Reprezenantów, gdzie kobiet będzie jakieś 17%.

Z kolei stan New Hampshire od stycznia przyszłego roku będzie pierwszym stanem w historii z wyłącznie żeńską reprezentacją w Kongresie: oba miejsca w Senacie i oba w Izbie Reprezenantów zostaną obsadzone przez kobiety. Będzie miał również panią gubernator.

A co by było, gdyby w Stanach wciąż obowiązywały dawne prawa, dające prawo głosu wyłącznie białym mężczyznom? Mapa wyborcza - jak obliczył serwis Buzzfeed - według stanu z 1850 roku wyglądałaby tak:


15 poprawka dała prawo głosu wszystkim mężczyznom - przynajmniej w teorii, bo od lat 70. tzw. prawa Jima Crowa de facto pozbawiły tego prawa czarnych z Południa. Zanim jednak to nastąpiło, około roku 1870, mapa wyglądałaby tak:


W 1920 roku prawo głosu otrzymały kobiety:


W 1971 roku obniżono wiek uprawniający do głosowania do 18 roku życia. Oto jak rozłożyłyby się głosy dziś, gdyby dalej obowiązywały "stare" zasady. Jak widać, jest to pierwszy scenariusz w którym Obama wygrywa, ale o włos.


Pouczające. Nic dziwnego, że przed wyborami niektórzy Republikanie próbowali utrudnić głosowanie mniejszościom, a teraz krzywią się na ostateczny wynik wyborów i narzekają na elektorat.

piątek, 9 listopada 2012

"Rzeczywistość ma skrzywienie lewicowe".

332 do 206. Nie da się zaprzeczyć, że daleko mi do Nate'a Silvera, blogera "New York Timesa", który bezbłędnie przewidział wynik wyborów. Wygląda na to, że i ja częściowo uwierzyłem  w alternatywną rzeczywistość, którą karmili nas sztab Romneya i Fox News (co czasami na jedno wychodziło). Według tej wizji, wybory miały być w najgorszym wypadku niezwykle wyrównane, Romney miał mieć szansę na wygraną nie tylko w swing states, ale nawet w kilku stanach tradycyjnie "niebieskich", a niektórzy prognozowali nawet miażdżące zwycięstwo Republikanów. Choć wizja ta wydawała mi się nazbyt optymistyczna, to nie sądziłem jednak, że zwycięstwo Obamy - nie tylko w kolegium elektorskim, ale i w głosowaniu powszechnym - będzie aż tak zdecydowane. 


Kiedy wspomniany Silver, (który samodzielnie ogarnia wszystkie sondaże, statystyki, wskaźniki ekonomiczne etc.), parę dni przed wyborami obliczył dokładnie taki wynik, spadły na niego gromy ze strony Republikanów, zarzucających mu stronniczość, bycie "ideologiem", który prezentuje klasyczne myślenie życzeniowe, a na dokładkę "zniewieściałość", gdyż w prawicowym świecie najwidoczniej tylko "prawdziwy", "męski" samiec potrafi właściwie analizować dane statystyczne.

Rzeczywistość okazała się być, jak widać, zupełnie inna, ale zamknięci w swojej "bańce" medialnej, paranoicznie wierzący wyłącznie Fox News Republikanie, konsekwetnie ją ignorowali. Ich postawę najlepiej ująć słowami klasyka, Stephena Colberta: "Nie wierzę w rzeczywistość. Doskonale wiadomo, że rzeczywistość  ma skrzywienie lewicowe"

Fox News oferowało (i zapewne dalej będzie oferować) zatem zgoła inną wizję Ameryki, w której wszyscy nienawidzą socjalistycznego, pragnącego zniszczyć USA, tyrana: Baracka Husseina Obamy. Jego klęska miała być czymś nieuchronnym, jedynym możliwym rozwiązaniem. Ostatecznie, dziennikarze tej stacji sami uwierzyli we własną propagandę i kiedy okazało się, że Obama wygrał, zupełnie stracili rezon i zaczęli przechodzenie - jak to ktoś ładnie zauważył - czterech z pięciu stadiów żałoby: zaprzeczenia, gniewu, targowania się i depresji. Karl Rove nie chciał przyznać, że Romney stracił Ohio (a tym samym wybory), Donald Trump wzywał na twitterze do rewolucji i marszu na Waszyngton, a Sean Hannity obraził się na Amerykanów, mówiąc, że "zasługują na to, co sobie wybrali". 


Pal sześć, że wizji tej ulegli widzowe Fox News - gorzej (dla nich samych), że we własną propagandę uwierzyli politycy Partii Republikańskiej. Czas pokaże - i to już niedługo - jak poradzą sobie ze stadium ostatnim, tzn. akceptacją. Nieszczęsna rzeczywistość wygląda bowiem dla prawicy o wiele gorzej, niż na pierwszy rzut oka wskazwałaby to niewielka różnica między Obamą i Romneyem w głosowaniu powszechnym.

Romney przegrał wszędzie, gdzie tylko mógł (z wyjatkiem Karoliny Północnej). Przegrał  w Ohio i na Florydzie, i to mimo podejmowanych przez Republikanów prób ograniczenia głosu mniejszościom w obu tych stanach. Dramatycznie przegrał wśród Latynosów (o 40%), przegrał wśród wszystkich mniejszości, wśród kobiet i wśród młodych. Zwyciężył tylko wśród starszych ludzi i białych mężczyzn, których procent w amerykańskim społeczeństwie - zgodnie z wszelkimi demograficznymi prognozami - będzie tylko malał. 


Z taką "bazą" Republikanie będa przegrywać kolejne wybory i GOP musi coś ze sobą zrobić, biorąc lekcję z Kubusia Puchatka: im bardziej będą zaglądać do środka, tym bardziej nic tam nie znajdą. Muszą znowu stać się partią ogólnokrajową (na Wschodnim Wybrzeżu prawie nie ma już Republikanów), "otworzyć się" na kobiety i mniejszości, a nade wszystko podrzucić quasi-religijny radykalizm Tea Party. Ta ostatnia, oczywiście, nie odpuści jednak tak łatwo i już dokonała ataku uprzedzającego w nieuchronnej wojnie domowej GOP. Winą za klęskę obarczyła - oczywiście - zbyt umiarkowanych Republikanów, na czele z Romneyem.

Negowanie rzeczywistości - w której Amerykanie odrzucają  facetów bredzących o gwałtach i innych kandydatów Tea Party, za to wybierają lesbijki, gejów i orkijskie zabójczyniepopierają małżeństwa homoseksualne, a do tego chcą legalizacji marihuany - trwa nadal, ale już niebawem przekonamy się czy zimny prysznic poskutkował.  

A co z przegranym kandydatem? Nie żałujmy Mitta Romneya, bo...


poniedziałek, 5 listopada 2012

Idź głosuj, gówniarzu!

Czas na ostatnie klipy wyborcze tej kampanii. Sztab Obamy wypuścił filmik w którym Will Ferrell, znany komik (choćby z Saturday Night Live), zachęca młodych ludzi do głosowania.

Nie da się ukryć, że jest to bardzo zabawne, ale mam mieszane uczucia - czy naprawdę jedyną metodą, jaką można przekonać młodych do głosowania musi być robienie sobie sobie jaj? Co nie zmienia faktu, że sowa jest naprawdę śmieszna.

niedziela, 4 listopada 2012

Przegląd ludowych mądrości wyborczych

Do wyborów tuż tuż, publikowane są ostatnie sondaże (ogólnokrajowe i te dotyczące Ohio). Gdyby opierać się tylko na nich, powinien wygrać Obama. Amerykanie uwielbiają jednak wróżyć zwycięstwo jednemu lub drugiemu kandydatowi na podstawie ludowych mądrości w rodzaju "zawsze wygrywa ten, który...". Oto uchylam przed Państwem rąbka tej "tajemnej wiedzy", która niczym kabała rzekomo pozwala przewidzieć wygraną.

1. Zawsze wygrywa wyższy kandydat. 
Bzdura, oczywiście. Na 28 wyborów przeprowadzonych od 1900 roku wyżsi kandydaci wygrali 18 razy, niżsi 8, a w dwóch przypadkach byli tego samego wzrostu. Jeśli  jednak wliczać w to wybory wcześniejsze,  (kiedy wyborcy rzadko widywali na oczy kandydatów, a co dopiero obu naraz) to statystyki rozkładają się następująco: w 53% wygrywali wyżsi, w 39% niżsi. Czasami wybierano naprawdę niskich, a najwyższy kandydat w historii (wybory 1852 roku, generał Winfield Scott, mający 196 cm) przegrał z kretesem, tak więc wysoki wzrost nie gwarantuje sukcesu - o czym przekonali się i Al Gore, i John Kerry. Tak czy owak - Obama jest wyższy od McCaina, ale niższy od Romneya. Punkt dla tego ostatniego.

2. Zawsze wygrywa ten, który wyda więcej pieniędzy na kampanię.
Często, ale nie zawsze. W 2008 roku Obama zgromadził dwukrotnie więcej pieniędzy na kampanię niż McCain i wygrał, ale już Bob Dole przegrał z Clintonem w 1996 roku, choć na kampanię wydał więcej. Mimo to, wszyscy wydają się w to bezkrytycznie wierzyć i sztab Obamy nieustannie bombarduje swoich zwolenników mailami w których dramatycznym tonem obwieszcza, że Republikanie mają więcej pieniędzy niż Demokraci i wieszczy niechybną klęskę, jeśli nie wyśle się im co najmniej pięciu dolarów. Punkt dla Romneya.

3. Nie da się wygrać wyborów, jeśli przegra się w "swoim" stanie.
No więc da się, choć ostatnim, który tego dokonał był Richard Nixon. Wygrał w swojej rodzinnej Kalifornii, ale  przegrał w Nowym Jorku, gdzie był zarejestrowany. Gdyby nie głosy na Florydzie, udałoby się to również Alowi Gore'owi, który w 2000 roku przegrał w Tennessee.  Tak więc, dla Romneya - który od samego początku może zapomnieć o wygranej w Massachusetts - też  jest jakaś nadzieja, ale mimo wszystko: punkt dla Obamy.

4. Prezydent zawsze przegrywa walkę o reelekcję, jeśli bezrobocie jest większe niż 7%
W trzech przypadkach na cztery owszem: Ford, Carter i Bush ojciec przegrali, ale już Reaganowi się udało, więc może i Obamie się powiedzie, choć bezrobocie w październiku wyniosło 7,9%. Punkt dla Romneya.  

5. Prezydent zawsze przegrywa walkę o reelekcję, jeśli w badaniach opinii publicznej pozytywnie ocenia go mniej niż 50% badanych.
I znowu: zazwyczaj tak, ale nie zawsze, o czym najlepiej świadczy choćby przykład Harry'ego Trumana, którego approval ratings w 1948 roku wynosiły marne 39%. Poza tym ich wysokość nie przekłada się na wysokość wygranej - można mieć 66% i wygrać o kilka procent (jak Clinton) albo o kilkanaście (jak Nixon). Według ostatnich badań prezydenta Obamę pozytywnie ocena równo 50% badanych - niech zatem będzie punkt dla niego.

Reasumując: znaki na niebie i ziemi wskazywałyby jednak na wyższego i bogatszego Romneya, a nie na borykającego się z bezrobociem Obamę. Ale - jak doskonale wiadomo - na dwoje babka wróżyła, na świętego Hironima jest dysc, abo go ni ma. Wszystko i tak rozbije się o wróżbę ostatnią: 

6. Żeby wygrać wybory, Republikanie muszą zdobyć Ohio.
Znowu to nieszczęsne Ohio. Bo jeszcze tak nie było, żeby Republikanin został prezydentem przegrywając w tym stanie. Czyli wracamy do punktu wyjścia, a ja dyskretnie odsyłam do ostatnich sondaży na temat, które wróżą... no właśnie, remis. 

środa, 17 października 2012

Skoroszyty pełne kobiet

W czasie debaty Mitt Romney został spytany o to, co zamierza zrobić, żeby kobiety zarabiały wreszcie tyle samo, co mężczyźni. Romney zboczył trochę z niewygodnego dla siebie tematu i zapewnił, że kiedy został gubernatorem Massachusetts, chciał, żeby w jego gabinecie znalazły się też kobiety. Niestety, sposób w jaki to zrobił, nie mógł być gorszy - wyszło protekcjonalnie i głupio: 

"Spytałem moich ludzi: Jak to możliwe, że o te stanowiska ubiegają się tylko mężczyźni? Na co oni odparli: Cóż, to są ludzie, którzy mają kwalifikacje. A ja powiedziałem: Ojej, czy nie możemy znaleźć jakichś kobiet, które też mają kwalifikacje? I tak postanowiliśmy poszukać kobiet, które miałyby wystarczające doświadczenie, żeby zasiąść w moim gabinecie.  Poszliśmy do różnych organizacji kobiecych i spytaliśmy: Czy nie moglibyście nam pomóc znaleźć kogoś, a oni przynieśli nam skoroszyty pełne kobiet".

I właśnie te skoroszyty - binders full of women - stały się hitem internetu, i to jeszcze zanim skończyła się wczorajsza debata.






Żeby było zabawniej - to wcale nie Romney poprosił o te "skoroszyty". Massachusetts Women Political Caucus, gromadzący kobiety z obu partii, jeszcze przed wyborami gubernatorskimi w 2002 roku, z własnej inicjatywy przygotował listę potencjalnych kandydatek na różne wysokie rangą stanowiska. Kiedy wygrał Romney - pokonując kandydatkę Demokratów, Shannon O'Brien - po prostu otrzymał tę listę.

piątek, 12 października 2012

Foghorn Leghorn kontra Doogie Howser

Wszyscy ostrzyli sobie zęby na wczorajszą debatę wiceprezydencką - i słusznie, starcie starego wygi z młodym wilczkiem jest interesujące samo w sobie, a co dopiero, kiedy naprzeciwko siebie stają Joe Biden i Paul Ryan. 

Według Republikanów pierwszy jest "maszyną do popełniania gaf", wiejskim głupkiem, który ośmiesza urząd wiceprezydenta (jeśli przypadkiem to nie jest oksymoron). Dla Demokratów Ryan to bezwzględny "król liczb", wyznawca Ayn Rand, który w chwilach wolnych od pakowania na siłowni bilansuje budżet zrzucając babcię z urwiska.


W czasie debaty Biden był agresywniejszy, przerywał Ryanowi, a przede wszystkim ciagle szczerzył zęby i wybuchał głośnym śmiechem, kpiąco reagując na wypowiedzi Republikanina. Chodziło oczywiście o to, by zatrzeć złe wrażenie po niezbyt imponującym (i nazbyt koncyliacyjnym) występie Obamy. Zachowanie Bidena bywało irytujące, ale było skuteczne - to on nadawał ton debacie, parę razy udało mu się zagiąć Ryana i to jego większość komentatorów (i sondaży) uznała za zwycięzcę, zgodnie z regułą wedle której wygranym jest ten, kto zachowuje się bardziej bojowo.

Z kolei Ryan dał się zahukać i nie wyglądał jak mózg swojej partii, którym rzekomo jest.    Przy Bidenie sprawiał raczej wrażenie niedoświadczonego młodzieniaszka, którego wiceprezydent nieustannie określał jako "mojego przyjaciela" - niby grzecznie, ale przecież lekceważąco. Kiedy próbował być spokojny i merytoryczny, gubił się i odpowiadał trochę automatycznie. Kiedy próbował być arogancki - jak to miewa w zwyczaju - trafiał na lepszego od siebie. 

Jonathan Martin z Politico celnie określił wiceprezydencką debatę jako starcie Foghorna Leghorna, agresywnego koguta z kreskówek Looney Tunes i Doogiego Howsera, przemądrzałego małego geniuszka z serialu o którym pewnie mało kto dziś pamięta.


Zaiste, Biden i Ryana bardzo łatwo sprowadzić do roli karykatury, ale trzeba uczciwie przyznać, że obaj robią wiele, żeby tak było. Za to przynajmniej dostaliśmy niezłe widowisko,  pozbawione - jak uczy nas historia wiceprezydenckich debat - większego znaczenia dla wyników głosowania 6 listopada.

niedziela, 7 października 2012

Jon Stewart kontra Bill O'Reilly

Równo za miesiąc o tej porze będziemy wiedzieć, kto wygrał wybory. W międzyczasie Romney i Obama zmierzą się jeszcze w dwóch debatach, a za niecały tydzień naprzeciwko siebie staną Joe Biden i Paul Ryan. Tymczasem wczoraj wieczorem odbyła się piąta (choć nieoficjalna) debata sezonu kampanijnego - starcie tytanów infotainment - Jona Stewarta, gospodarza The Daily Show i Billa O'Reilly'ego, prowadzącego The O'Reilly Factor na Fox News. Zatytułowana kpiarsko The Rumble in the Air-Conditioned Auditorium (Naparzanka w klimatyzowanym audytorium) - aluzja do słynnej walki Muhammada Alego z Georgem Foremanem w Kinszasie (Rumble in the Jungle) - debata była jednak czymś więcej niż tylko półtoragodzinną wymianą złośliwości.


Obaj nie kryją swoich wyrazistych poglądów politycznych - Stewart jest liberałem, nie znosi Busha, często broni Obamy; O'Reilly jest konserwatystą, ciągle krytykuje zbyt rozbudowane (jego zdaniem) państwo socjalne i "wojnę kulturową", jaką rzekomo toczy lewica przeciwko tradycyjnym wartościom. Z drugiej strony, obaj uważają się za wyborców niezależnych i ich poglądy niekoniecznie zgodne są z demokratycznym czy republikańskim mainstreamem. O'Reilly popiera związki partnerskie (choć nie małżeństwa) i jest przeciwny karze śmierci (ale zarazem opowiada się za zaostrzaniem rygoru w więzieniach); Stewart chce mniejszego państwa i nie ma oporów przed tym, by przywalić "swoim" - czasem bardzo ostro - kiedy jego zdaniem też zachowują się idiotycznie. 

Zgodni są co do tego, że amerykańskie media są - eufemistycznie mówiąc - do niczego, koncentrując się na idiotyzmach, zamiast informować o ważnych rzeczach i promować sensowny dyskurs. Co prawda O'Reilly ma tendencję do pokrzykiwania na swoich gości z którymi się nie zgadza, ale z Jonem Stewartem ewidentnie się lubią, choć na pierwszy rzut oka widać, że jest to przyjaźń bardzo szorstka. 


Wczorajsza debata była nie tylko zabawniejsza niż środowe starcie Obamy z Romneyem (wysuwane podium Stewarta, infografiki O'Reilly'ego, z trudem powstrzymująca śmiech moderatorka), ale też znacznie ciekawsza. Nazwa mogła być kpiarska, a formuła debaty parodią debat "oficjalnych", ale O'Reilly i Stewart są jednymi z najbardziej (jeśli nie najbardziej) wpływowych postaci po obu stronach sceny politycznej. Żarty żartami, ale przeprowadzili wczoraj poważną dyskusję na temat fundamentalnie różnych podejść co do tego, jak powinna wyglądać rola państwa, jaka jest jego odpowiedzialność, jakie są granice między prywatnym a publicznym, etc. Zarazem nie brakowało punktów w których się ze sobą zgadzali: reforma imigracyjna jest konieczna, wojna w Iraku była błędem, a oni sami są bezkonkurencyjni. 

Paradoks (i dramat) dzisiejszej polityki (każdej, ale  teraz mówimy o amerykańskiej) polega na tym, że dwóch showmanów - w tym jeden jawny satyryk - przeprowadziło wczoraj rozmowę, jakiej nie prowadzą politycy. Nie było wystudiowanych odpowiedzi kandydatów, obowiązkowego wspominania o "zwykłych ludziach" ("jak powiedziała mi pewna samotna matka z Poughkeepsie"; "kiedy rozmawiałem z drobnym przedsiębiorcą z Ohio" itp), ale dyskusja dwóch ludzi, po których widać, że wierzą w to co mówią i mówią o tym z pasją. 

"Jeśli więcej widzów Fox News wierzy w to, że prezydent jest kenijskim muzułmaninem, niż w ewolucję, to macie problem", stwierdził w pewnym momencie Stewart. Można by to strawestować: jeśli satyryk z showmanem prowadzą lepszą debatę o polityce, niż kandydaci do Białego Domu, to znaczy, że Stany mają poważny problem. I - jak sądzę - jest to kolejna rzecz w której Stewart i O'Reilly byliby ze sobą zgodni. 

niedziela, 23 września 2012

"Także także występują"

Ostatnim kandydatem spoza Partii Demokratycznej i Republikańskiej, który miał jakiekolwiek szanse na wygraną był Ted Roosevelt równo sto lat temu. Owszem, dwadzieścia lat temu Ross Perot zdobył prawie dwadzieścia procent głosów, ale nigdy nie miał szans na głosy w kolegium elektorskim.

Oto krótki przegląd "także także występujących" w tegorocznych wyborach prezydenckich.

  • Gary Johnson, Partia Libertariańska. Były republikański gubernator Nowego Meksyku. Przegrawszy (surprise, surprise) walkę o nominację GOP, został kandydatem libertarian. Jak to oni, wyznaje zasadę, że im mniej państwa, tym lepiej. Jest przeciwny wojnom. popiera obniżenie podatków, cięcia wydatków (także wojskowych) i większe swobody obywatelskie: w tym równouprawnienie małżeństw homoseksualnych, prawo do aborcji i zalegalizowanie narkotyków. Od marihuany nie stroni, ale kawy i alkoholu nie pije.
    • Największe sukcesy Libertarian: 1% w wyborach prezydenckich 1980 roku i 1 głos elektorski w roku 1972. 

  • Jill Stein, Partia Zielonych. Pani doktor z Massachussets. Walkę o nominację swojej partii wygrała m.in. z Roseanne Barr. Postuluje wprowadzenie "Zielonego Nowego Ładu" Popiera ją Noam Chomsky.
    • Największe sukcesy Zielonych: 2,7% w wyborach prezydenckich w 2000 roku i prawdopodobnie odebranie zwycięstwa Alowi Gore'owi.

Ta dwójka została zarejestrowana w wystarczającej liczbie stanów by - przynajmniej w teorii - móc zdobyć 270 głosów elektorskich, ale lista kandydatów jest ZNACZNIE dłuższa. Oto co ciekawsi:
  • Andre Barnett, Partia Reform, czyli była partia Rossa Perota. Były żołnierz i model, obecnie drobny przedsiębiorca. Umiarkowany konserwatysta. Po filmiku jakim zachęca do głosowania na siebie (i, co ważniejsze, do wpłacania datków) niewiele można powiedzieć o jego programie. Za to on sam wygląda w nim na bardzo smutnego - tak już chyba ma.

  • Roseanne Barr nie rezygnuje, nominowana przez Partię Pokoju i Wolności. Jej główny postulat: zakończenie wszystkich wojen, legalizacja marihuany, nacjonalizacja przemysłu i takie tam.


  • Jack Fellure, Partia Prohibicji, istniejąca od roku 1869. Partia zdobywa od lat kilkaset głosów w całym kraju, ale i tak udało jej się podzielić. Powodem sporu jest fundusz powstały w latach 30., dający partii około 8 tysięcy dolarów rocznie. Fellure opowiada się - oczywiście - za wprowadzeniem prohibicji, ale nie tylko. Jest też za delegalizacją alkoholu, tytoniu, hazardu, pornografii i homoseksualizmu. Kandydat jest chyba bardzo strachliwy, bo w całym internecie jest tylko jedno jego zdjęcie, w dodatku zamazane.


  • Peta Lindsay, Partia Socjalizmu i Wolności. Panna Lindsay nie ma jeszcze 35 lat, więc nie może zostać wybrana na prezydenta, ale może kandydować. Jej partia opowiada się za "przejęciem banków" i "zakończeniem kapitalizmu". 

  • Merlin Miller, Amerykańska Partia Trzeciej Drogi (A3P). Były producent filmowy z ewidentnie złymi doświadczeniami w Holywood, które jego zdaniem znajduje się pod kontrolą "żydowskich syjonistów". Założył firmę producencką tylko dla białych ludzi, do A3P też mogą należeć wyłącznie biali. Za to lubi się z Ahmadineżadem.


  • Randall Terry, niezależny. Właściwie to interesuje go tylko aborcja. To znaczy walka z aborcją i Obamą. 

Są też i kandydaci, którzy prowadzą "kampanię", choć nie znajdą się na karcie do głosowania w żadnym stanie, ale których można wpisywać (write-in):
  • Nagi Kowboj czyli Robert Burck. Występuje na Times Square, udziela ślubów, jego wzorem jest Nancy Reagan, wierzy w życie pozaziemskie, określa się jako "bardzo konserwatywny". Swoją kandydaturę ogłosił już w 2010 roku, ale o jego kampanii wyborczej jakoś nie słychać.
  • Da Vid, Partia Światła - "holistyczna partia nowego paradygmatu politycznego", "synteza partii Demokratycznej, Republikańskiej, Libertariańskiej i Zielonej", której  głównym postulatem jest "synergia".

  • Zwykły Joe "Malarz" Schriner. Z zawodu - uwaga - malarz pokojowy. Startuje od 2000 roku. Mistrz ciętego dowcipu i aforyzmu (Nigdy nie sikaj na ogrodzenie pod napięciem). "Zwykły człowiek, zdrowy rozsądek, niezwykłe rozwiązania" - na przykład podział dużych miast na mniejsze.


niedziela, 16 września 2012

Zabójczy uśmieszek

Historia prezydenckich kampanii zna takie przypadki. Kandydat - zazwyczaj gorzej stojący w sondażach i niezbyt charyzmatyczny - zostaje sfotografowany w niezręcznej sytuacji. I nie chodzi tu wcale o "przyłapanie w łóżku z żywym chłopakiem albo martwą dziewczyną", o nie, czasem wystarczy głupia mina.

W 1988 roku kandydat Demokratów, gubernator Massachusetts, Michael Dukakis, dał się sfilmować w czołgu. Choć dwa lata wcześniej zdjęcie Margaret Thatcher w podobnej sytuacji tylko pomogło utwierdzić jej wizerunek silnej przywódczyni, w przypadku Dukakisa efekt był zgoła odwrotny. W porównaniu z Bushem (ojcem), służącym jako pilot w czasie II wojny światowej, Dukakis - niski, z wymuszonym uśmieszkiem, wypadł  - delikatnie rzecz ujmując - niezbyt korzystnie, a zdjęcie zyskało miano "Snoopy'ego w czołgu".


W 2004 roku inny kandydat z Massachusetts - senator John Kerry, również uważany za sztywniaka - padł ofiarą podobnego zabiegu. Sztab Busha syna wykorzystał film z surfującym Kerrym, żeby wytknąc mu jego rzekomą niestałość w poglądach, ale nie da się ukryć, że chodziło też o pokazanie senatora w niezręcznej sytuacji - kto bowiem wygląda mądrze uprawiając jakikolwiek sport?


Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Kerry nie utrudniał Republikanom zadania - co i raz to pojawiały się niekorzystne zdjęcia senatora - a to na polowaniu, a to z taką czy inną piłką, a to wreszcie w stroju NASA, w którym  - zdaniem niektórych Republikanów - przypominał Woody'ego Allena w stroju spermy plemnika z Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie...



















Teraz, do galerii niezręcznych kandydatów z Massachusetts dumnie dołącza kolejny. Mitt Romney skrytykował Obamę za wydarzenia na Bliskim Wschodzie i śmierć amerykańskiego ambasadora w Libii. Kiedy skończył wystąpienie, na jego twarzy widniał słynny już uśmieszek. 


Nie wiadomo czy był to uśmieszek zadowolenia z siebie, że dokopało się prezydentowi (niestosowny, zważywszy na okoliczności), czy raczej nerwowy uśmiech kandydata, który nie lubi publicznych przemówień i ewidentnie źle się czuje w roli mówcy. Po roku patrzenia na Romneya wydaje mi się, że raczej to drugie - Romney jest najbardziej niezręcznym w sytuacjach publicznych kandydatem od czasów Richarda Nixona. Publiczne wystąpienia sprawiają mu niemal fizyczny ból, a maskowanie ich uśmieszkami i nerwowym chichotem tylko pogarsza sytuację.

Tak czy owak, damage is done - w internecie natychmiast pojawiły się memy Smirking MItt Walking Away From Stuff - w dużej mierze zresztą bardzo kiepskie, ale to już nie ma znaczenia. Zdjęcie przejdzie zapewne do historii prezydenckich kampanii, na błędach Romneya uczyć się będą przyszli kandydaci.

Co nie oznacza, oczywiście, że zdjęcie z uśmieszkiem będzie miało jakikolwiek realny wpływ na wyniki wyborów. Jak ujął to sam Dukakis - "gdybyśmy prowadzili porządną kampanię, (zdjęcie w czołgu) nie miałoby żadnego znaczenia". Otóż to.

czwartek, 6 września 2012

W konwencji potlaczu

H. L. Mencken, jeden z najlepszych amerykańskich satyryków XX wieku, łojący po równo Republikanów, Demokratów i cały system polityczny Stanów Zjednoczonych, tak pisał w 1924 roku:
Pod pewnymi względami konwencja wyborcza przypomina publiczną egzekucję. Jest wulgarna, jest paskudna, jest głupia. Jest nużaca, uderza zarówno w ośrodek wyższych czynności mózgowych, jak i w gluteus maximus (czyli "w tyłek", przyp. P.T.), a jednak jest w jakiś sposób urocza".
Pisał to w czasach, kiedy konwencje partyjne miały jeszcze realne znaczenie, to właśnie w ich trakcie wybierano kandydata danej partii na urząd prezydenta. To prawda, że odbywało się to nierzadko w brzydki sposób, metodą zakulisowych transakcji, często po żmudnych, wielodniowych głosowaniach (szczególnie skłonni byli do tego Demokraci) ale przynajmniej  wynik konwencji nie był oczywisty.

Dziś nazwisko kandydata - zwycięzcy partyjnych prawyborów - znane jest już zazwyczaj parę miesięcy wcześniej. Ostatnie konwencje, co do których wyników były jakiekolwiek wątpliwości, miały miejsce w latach 1976 (u Republikanów, kiedy Ronald Reagan spróbował odebrać nominację urzędującemu prezydentowi Fordowi) i 1980 (gdy Ted Kennedy próbował tego samego z Carterem). Kiedyś w trakcie konwencji ogłaszano przynajmniej nazwisko kandydata na wiceprezydenta, ale od lat 80. również odbywa się to wcześniej.

Konwencje są teraz wyłącznie spektaklem, wydarzeniem polityczno-rozrywkowym, które jest niestety boleśnie przewidywalne (gratki takie, jak wystąpienie Clinta Eastwooda, nie zdarzają się często)Wiadomo, że wystąpi cała plejada mówców, mająca pokazać wewnętrzną różnorodność partii (zadanie znacznie trudniejsze dla GOP). Wiadomo, że wystąpi "kluczowy mówca", który nakreśli osnowę kampanii wyborczej i program partii. Wiadomo, że będą przemawiać żony kandydatów, mające ich rzekomo "uczłowieczać". Wreszcie, wiadomo, że na końcu wystąpi sam kandydat, przyjmie nominację, wygłosi przemówienie, zabrzmi muzyka i wszyscy rozjadą się do domów bardzo z siebie zadowoleni.

Pierwsze na myśl przychodzi skojarzenie z potlaczem -  indiańskim rytuałem trwonienia przez gospodarza dóbr, żeby zachować swój prestiż. Republikanie i Demokraci co cztery lata wyrzucają miliony dolarów w błoto tylko po to, by pokazać, że mogą sobie na to pozwolić. 




Uwaga jaką media poświęcają konwencjom (w sumie około 15 tysięcy [sic!] dziennikarzy na każdej z nich) jest zupełnie niewspółmierna do ich rzeczywistego znaczenia, ale znakomicie pokazuje wzajemną, perwersyjną zależność polityki i przemysłu informacyjno-rozrywkowego. Żywot  CNN, MSNBC czy Fox News zależy m.in. od właśnie takich wydarzeń jak konwencje partyjne. Dziennikarze analizują każdą kolejną, choćby najbardziej banalną mowę i rozpływają się nad przemówieniami Ann Romney i Michelle Obamy, które niewiele różniły się od wystąpień innych żon kandydatów w ostatnich dekadach ("mój mąż jest fantastycznym człowiekiem i będzie/jest świetnym prezydentem"). Szczyty absurdu osiąga CNN, gdzie Wolf Blitzer każdą kolejną mowę określa mianem "historycznej", "wielkiej" albo przynajmniej "solidnej", a jakiś inny facet podłącza grupce widzów kabelki i mierzy ich reakcje na kolejne przemówienia. W tym roku przynajmniej odbyło się bez hologramów.

Konwencje mają, tak naprawdę, jeden wymierny cel. Są okazją do zaprezentowania się dla obiecujących i ambitnych polityków obu partii. To właśnie świetne przemówienie na konwencji w 2004 roku Baracka Obamy, podówczas zaledwie kandydata na senatora, rozpoczęło jego błyskawiczną karierę. W tym roku tak Republikanie, jak i Demokraci wspominali od czasu do czasu o kandydatach swoich partii (Demokraci trochę częściej Obamę, niż Republikanie Romneya), ale zazwyczaj - niczym dżentelmeni ze skeczu Monty Pythona - licytowali się, kto miał za młodu gorzej i biedniej, a także opowiadali o swoich osiągnięciach, przygotowując się na rok 2016.

Choć w Tampie Republikanie musieli oficjalnie deklarować wiarę w to, że za cztery lata prezydent Romney będzie ubiegał się o reelekcję - przemówienia Chrisa Christiego, Marco RubioScotta Walkera czy nawet Paula Ryana były lepsze od mowy Romneya i - co ważniejsze - znacznie bardziej ekscytowały delegatów. 

W Charlotte nie brakowało kandydatów do nominacji Demokratów w 2016 roku, choć faworytką jest wciąż Hillary, która sama pewnie nie wie czy będzie startować ponownie. Byli ci, o których mówi się od dawna: gubernator Maryland Martin O'Malley (alias Tommy Carcetti) i senator z Wirginii Mark Warner, jak i newcomers, jak Julian Castro (kolejny, po Rubio, "latynoski Obama"), burmistrz San Antonio w Teksasie czy Cory Booker, burmistrz Newark w New Jersey.

Innymi słowy, konwencje nie są niczym więcej, jak tylko showing off & jerking off równocześniepokazywaniem się, puszeniem się kandydatów, przyszłych kandydatów, sponsorów etc., a także wzajemną masturbacją emocjonalną członków partii,  pławieniem się  we własnej spaniałości i słuszności, zakończoną - symbolicznie - wypuszczeniem w powietrze tysięcy balonów w kolorach narodowych. Wszystko to, w rozsądnych ilościach jest w porządku, ale co za dużo, to niezdrowo. Ponieważ zaś liczba widzów konwencji konsekwentnie spada, wydaje się, że amerykańscy widzowie zdają się - na szczęście - myśleć tak samo.

Zwyczaje umierają jednak bardzo powoli i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miano nam (i sobie) oszczędzić kolejnych potlaczy.


PS: Czwartkowe wystąpienia na konwencji Demokratów jeszcze przed nami, ale nie wydaje się, żeby Scarlett Johansson i Natalie Portman powiedziały coś szczególnie ciekawego. Joe Biden może niczego nie chlapnie, a przemówienie Obamy będzie pewnie dobre, choć może nie aż tak ekscytujące jak mowa Billa Clintona. Aha, co ciekawe, po wystąpieniu prezydenta podobno mają nie wypuszczać balonów.