Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Clinton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Clinton. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 marca 2013

Papieże i prezydenci

Trwa konklawe, czas zatem na papiesko-prezydenckie nieciekawe ciekawostki.  Żaden papież nie pobił, z oczywistych powodów, rekordu Elżbiety II spotkań z amerykańskimi prezydentami (12), ale wynik Jana Pawła II (5) też jest niczego sobie, zwłaszcza zważywszy na to, że historia spotkań papieży i prezydentów nie sięga jeszcze nawet stu lat.

To, że pierwsze spotkanie między urzędującym papieżem, a urzędującym prezydentem miało miejsce dopiero w 1919 roku, a zatem 130 lat od ustanowienia tego drugiego urzędu, nie powinno dziwić. Do lat 60. XX wieku papieże niechętnie opuszczali Watykan, więc o żadnych międzynarodowych podróżach nie było mowy. Nie żeby prezydenci USA byli o wiele lepsi - pierwszym urzędującym prezydentem, który wybrał się w podróż za granicę był dopiero Teddy Roosevelt w 1906 roku, który postanowił zobaczyć na własne oczy Kanał Panamski. Do Europy zawitał jednak jako pierwszy jego następca - Woodrow Wilson - który w styczniu 1919 roku popłynął na Paryską Konferencję Pokojową, negocjować Traktat Wersalski. Zanim dojechał do Paryża, zahaczył o Rzym i tam spotkał się z Benedyktem XV. Zdjęć z tego spotkania brak.

Nie znaczy to, że Wilson był pierwszym prezydentem w ogóle, który spotkał się  z biskupem Rzymu. Byli prezydenci i owszem, podróżowali po świecie (czyli wtedy głównie do Europy) i czasem zaglądali do Rzymu. W 1855 roku Piusa IX odwiedziło aż dwóch eksprezydentów (co prawda osobno), co prawda z tych o których mało kto pamięta: Martin van Buren i Millard Fillmore. 

Pius X i Theodore Roosevelt 

Niewiele brakowało, a w 1910 roku z Piusem X  spotkałby się wspomiany Theodore Roosevelt, ale zaważyły powody prestiżowe, czyli nadmierne ego obu panów. Kiedy Roosevelt poprosił papieża o audiencję, papież zgodził się, ale pod warunkiem że w czasie pobytu w Rzymie były prezydent nie spotka się z amerykańskimi misjonarzami. TR nie miał, co prawda, takiego zamiaru, ale stawianie przez papieża podobbych żądań uznał (słusznie, skądinąd) za mieszanie się w nieswoje sprawy i ostatecznie do audiencji nie doszło. Było z tego wiele radości, gazety pisały o tym na pierwszych stronach gazet, kto ciekawy niech sobie poczyta TU.


Po Wilsonie następne spotkanie miało miejsce dopiero czterdzieści lat później, kiedy dobrego Jana XXIII odwiedził Dwight Eisenhower. Z niewiadomych dla mnie przyczyn wydawano z tej okazji znaczki w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (sic!).


Trzy lata później nieoficjalną wizytę we Włoszech złożyła Jackie Kennedy, która razem z siostrą, panią Radziwiłłową, leciała do Indii. Rzym oszalał na punkcie "królowej Ameryki", ale Jackie, jako katoliczce, wypadało też złożyć wizytę papieżowi. Anegdota głosi, że Jan XXIII podobno bardzo się denerwował przed spotkaniem z Pierwszą Damą, że palił papierosa za papierosem (J23 był nałogowym palaczem), na głos powtarzając sobie różne wersje powitania - "pani Kennedy" albo "Madame". Kiedy otwarto drzwi, uśmiechnał się, rozłożył ramiona i zakrzyknął "Jacqueline!".

Jacqueline i Giovanni

Jej mąż, John F. Kennedy, pierwszy (i jak na razie jedyny) katolicki prezydent USA, nie spotkał się już z Janem XXIII, ale z jego następcą, Pawłem VI. Rozmawiali podobno o prawach człowieka.

JFK i P6

JFK niecałe pół roku później zginął w zamachu, ale Paweł jako pierwszy papież odwiedził Amerykę, gdzie wygłosił przemówienie przed Zgromadzeniem Generalnym ONZ. Przy okazji, spotkał się z Lyndonem Johnsonem. Na zdjęciu niżej - obaj panowie przed nowojorskim hotelem Waldorf-Astoria, gdzie zatrzymał się papież.


Nixon odwiedził Watykan dwukrotnie, w 1969 i 1970 roku. Przy jednej z okazji zostawił Pawłowi VI małą flagę USA, która w czasie jednej z misji Apollo znalazła się na księżycu, a także taki oto gustowny podarunek:

wzruszający dar Nixonowego serca (fotografia P.T.)


Ostatnim - czwartym - prezydentem, którego spotkał Paweł VI był Gerald Ford, który - jak widać - kontynuował politykę Nixona także w kwestii eleganckich prezentów.

Kissinger, Ford, przekazany w darze  gustowny orzeł, Paweł VI

Jan Paweł I, jak doskonale wiadomo, nie zdążył się spotkać prawie z nikim - w przeciwieństwie do podróżującego Jana Pawała II, który już w 1979 roku odwiedział Amerykę, m.in. składając wizytę Jimmy'emu Carterowi w Białym Domu. 


Z Ronaldem Reaganem JP2 widział się co najmniej cztery razy, z czego raz na Alasce - prezydent wracał z Chin, papież leciał do Korei. 

Przystanek Alaska

Jan Paweł II spotykał potem już wszystkich - Busha ojca, Billa Clintona (który w czasie audiencji podobno głównie zajmował się podziwianiem fresków) i Busha syna. W 2005 roku wsyzscy trzej uczestniczyli w papieskim pogrzebie.





George W. Bush jest w dodatku jest - jak na razie - jedynym prezydentem, który miał okazję spokać się z dwoma papieżami. JP2 widział kilkukrotnie, a Benedykta raz, wręczając mu - a jakże - interesujący podarunek. Rekord Busha na pewno wyrówna jednak wkrótce Barack Obamaspotykając się z nowym papieżem Franciszkiem.

George W. Bush wręcza COŚ

Obamowie wręczają inne COŚ

czwartek, 3 stycznia 2013

Hillary i McCarthy na Czarnej Liście

"Czarna Lista", The Black List, jest corocznym sondażem przeprowadzanym wśród menadżerów najważniejszych wytwórni filmowych w Hollywood, którzy wybierają swoje ulubione, a jeszcze nie zrealizowane scenariusze. Wcześniej znalazły się na niej takie filmy jak Django Unchained, Juno, Social Network czy Jak zostać królem. Można się, oczywiście, zastanawiać, czy filmy te powstały dlatego, że znalazły się na "Czarnej Liście" czy też trafiły na nią właśnie dlatego, że przymierzano się do ich realizacji. Grunt w tym, że jeśli coś się na niej znajduje, to ma spore szanse na realizację i - w dalszej perspektywie - na sukces. Na tegorocznej Black List nie ma wielu filmów okołopolitycznych, ale te, które są, wyglądają bardzo obiecująco. 

Pierwszy - roboczo nazwany Rodham - opowiada o młodej prawniczce pracującej przy impeachmencie Nixona, która musi wybrać między obiecującą karierą w Waszyngtonie, a swoim chłopakiem, przymierzającym się do kariery politycznej w swoim rodzinnym Arkansas. Bohaterowie nazywają się - oczywiście - Hillary i Bill. 

Byle nie zrobić z tego ckliwego romansidła, ale opowieść o młodej prawniczce na rozstajach życia, zmuszonej do podejmowania dramatycznych decyzji? Czy nie byłoby świetnie zobaczyć jak Hillary podporządkowała swoje życie karierze męża? W roli tytułowej widziałbym Lenę Dunham. Jeśli ktoś uważa, że to idiotyczny pomysł, niech spojrzy na zdjęcia młodej Hillary-hipsterki. 



Drugi - film o senatorze Josephie McCarthym. Chciałoby się powiedzieć "nareszcie!", bo z wyjatkiem Good Night, and Good Luck Clooneya, od dawna nie mieliśmy niczego na temat postaci, która zdominowała lata 50. w Stanach. Życie McCarthy'ego to idealny scenariusz na film: cyniczna polityczna gra na antykomunistycznych nastrojach, a zarazem narastająca paranoja; burzliwe relacje z prezydentem Eisenhowerem; spektakularna kariera i równie spektakularny upadek. Mój typ: Kevin Spacey.


sobota, 28 lipca 2012

"Political Animals": ni pies, ni wydra


Kiedy prezydentura jej męża – niewiernego w małżeństwie, ale popularnego wśród wyborców – dobiega końca, była pierwsza dama postanawia sama rozpocząć karierę w polityce. Startuje w wyborach na poziomie stanowym i odnosi sukces, a po kilku latach postanawia sama ubiegać się o prezydenturę. Choć zwycięstwo w prawyborach początkowo wydaje się mieć zapewnione, zostaje pokonana przez młodszego, uwielbianego przez media kandydata, który wygrywa wybory, a pokonanej rywalce proponuje stanowisko sekretarza stanu.


Każdy chyba zauważy, że Political Animals bardzo wyraźnie wzorują się na historii Hillary Clinton. Są oczywiście drobne różnice: po opuszczeniu Białego Domu Elaine Barrish była gubernatorem Illinois, a nie senatorem z Nowego Jorku; jej mąż, Bud Hammond był gubernatorem Karoliny Północnej, a nie Arkansas; młody polityk, który pokonał Elaine nie jest czarnoskóry, ale ma włoskie pochodzenie. Cały pomysł na serial opiera się jednak na tych różnicach, które nie są wyłącznie kosmetyczne, ale stanowią urzeczywistnienie największych marzeń zwolenników Hillary – do których należy również twórca Political Animals, Greg Berlanti. Po pierwsze, Elaine rozwiodła się z mężem, czyli zrobiła to, co – zdaniem wielu – dawno już powinna była zrobić Hillary: uniezależnić się od Billa nie tylko de facto, ale też de iure. Po drugie, wielu rozczarowanych obecną administracją wyborców Partii Demokratycznej namawiało Hillary do tego, by wystąpiła przeciwko Obamie w tegorocznych prawyborach. Ku ich rozczarowaniu, Hillary Clinton ogłosiła, że wycofuje się z polityki – w fantazji Berlantiego Elaine planuje rzucić wyzwanie walczącemu o reelekcję prezydentowi Garcettiemu.

Political Animals są dość dziwnym skrzyżowaniem serialu o polityce z operą mydlaną, a może nawet operą mydlaną z wątkiem politycznym. Oczywiście, samo w sobie nie jest to niczym złym (soap opery bywają bardzo atrakcyjną guilty pleasure, jak Dynastia, Powrót do Edenu czy, ostatnio, Gossip Girl), ale Political Animals nie są zbyt dobre w żadnej z tych kategorii, przynajmniej na razie. Niby mamy szereg klasycznych telenowelowych problemów: bulimię, narkotyki, alkohol, próby samobójcze, zdrady i rzucanie wazami z dynastii Ming, ale cóż z tego, skoro bohaterowie nie są zbyt ciekawi – i to mimo że uatrakcyjniono „pierwszą rodzinę”, upodobniając Clintonów/Hammondów do Kennedych. Zamiast niezbyt wyrazistej córki mamy zatem dwóch synów, zgodnie ze schematem jednego grzecznego, drugiego mniej, za to – już mniej schematycznie – jawnego geja. I choć rzeczony TJ (Sebastian Stan) jest względnie najciekawszą postacią, to jako rodzina Hammondowie po prostu nie wydają się zbyt ciekawi. Do tego wyraźnie brakuje jakiegoś czarnego charakteru, który nadawałby dynamikę serialowi (Alexis, JR Ewing, cioteczka Jilly, ktokolwiek w tym stylu). Jeśli to mają być „zwierzęta polityczne” to z pewnością nie lwy, orły, sokoły – raczej leniwce.

Przeszkadza też obsada. Bardzo lubię Sigourney Weaver, ale wydaje się odgrywać Elaine Barrish bez większego przekonania. Mimo tego, i tak przyciąga uwagę – nie tylko widzów, zresztą. Podczas gdy w 2008 roku media bezpardonowo (i seksistowsko) atakowały Hillary z powodu jej rzekomo nieatrakcyjnego wyglądu, Elaine (mimo niekiedy bardzo wątpliwych fashion choices) jest obiektem pożądania kolejnych mężczyzn (rosyjskiego ministra spraw zagranicznych, tureckiego ambasadora, a także swojego byłego męża-kobieciarza) – ot, kolejna spełniona fantazja zwolenników Hillary. Reszta aktorów jest jednak albo zbyt drętwa albo nazbyt szarżuje, na czele z Ciaranem Hindsem (znanym z roli Cezara w Rzymie HBO) w roli Buda Hammonda. Nie wiem co skłoniło producentów do takiego wyboru. Przesadzony akcent i „gadką” z Południa w wykonaniu Irlandczyka brzmią jak parodia. Hammond – w serialowej rzeczywistości „najpopularniejszy Demokrata od czasów Kennedy'ego” (sic!) – jest tak niewiarygodny, niesympatyczny i obleśny, że z trudem zostałby wybrany do rady miejskiej, a co dopiero na przywódcę kraju.


Wątek polityczny także rozczarowuje, zwłaszcza jeśli wspomni się zapowiedzi twórców, (zbyt) ambitnie porównujących Political Animals do West Wingu. Intrygi polityczne przypominają kłótnie dzieci w piaskownicy, a dyplomacja wygląda zgodnie z najgorszą sztampą Hollywood: negocjacje (zawsze w sprawie uwolnienia amerykańskich obywateli porwanych przez kogoś złego) polegają na patrzeniu rozmówcy głęboko w oczy i grożeniu mu straszliwymi konsekwencjami. Przy okazji dowiadujemy się też takich kretynizmów, jak to, że prezydentowi Iranu zależy na tym, by na jego pogrzeb przyleciał prezydent USA (sic). Nie twierdzę, że trzeba od razu zatrudniać Kissingera jako konsultanta merytorycznego, ale jeśli konsekwentnie wmawia się Amerykanom takie głupoty, to nic dziwnego, że później wydaje im się, że polityka zagraniczna polega na strojeniu groźnych min.

Greg Berlanti, twórca Political Animals, ma doświadczenie nie tylko w tworzeniu dość dobrze przyjętych oper mydlanych (Brothers & Sisters; Dirty Sexy Money), ale też nieudanych miksów polityczno-obyczajowych (Jack & Bobby), więc chyba powinien uczyć się na dawnych błędach. Wydaje mi się, że znacznie ciekawsze byłoby konsekwentne zrealizowanie soap opery o Białym Domu, a nie udawania serialu politycznego – kto wie, być może Political Animals przejdą ewolucję w tym kierunku. Mniej głupot o „poślubieniu narodowi”, a więcej rzucania porcelaną!

PS: Gdyby ktoś był ciekaw - na youtubie do zobaczenia pierwszy odcinek:


PS dla fanów innych seriali: prezydent nazywa się Garcetti – bardzo podobnie do Carcettiego, ambitnego radnego miasta Baltimore z The Wire, który w trakcie serialu zostaje burmistrzem i marzy o dalszej karierze. Gra go z kolei Adrian Pasdar, znany z roli senatora-superbohatera w Heroes.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

O Watergate ciąg dalszy

Afera Watergate silnie zapisała się w amerykańskiej pamięci i na trwałe weszła do kultury popularnej - począwszy od Wszystkich ludzi prezydenta Alana Pakuli, z 1976 roku, gdzie Dustin Hoffman (jako Carl Bernstein) i Robert Redford (jako Bob Woodward) za radą "Głębokiego Gardła" mieli "podążać za pieniędzmi" - co w filmie brzmiało nieźle, ale było całkowicie wymyślone przez scenarzystów. 


Nie znaczy to jednak, że wszyscy Amerykanie interpretują Watergate w ten sam sposób. Z konieczności upraszczając, można powiedzieć, że istnieją cztery (a upraszczając jeszcze bardziej  - dwa) sposoby postrzegania Watergate:
  1. Pogląd skrajnej prawicy- Watergate było "pierwszym puczem medialnym w historii", histerią rozpętaną przez prasę żeby zniszczyć nielubianego prezydenta. Nixon został kozłem ofiarnym "liberałów", gdyż to (z)robił nie było - ich zdaniem - gorsze od tego, co robili inni prezydenci, szczególnie Kennedy i Johnson. Nikogo nie powinno zaskoczyć, że z taką perspektywą zgadzał się sam Richard Nixon.
  2. Pogląd umiarkowanej prawicy - "system zadziałał". Nixon stanowił zagrożenie dla demokracji, ale mechanizmy konstytucyjne zapobiegły katastrofie i sytuacja została naprawiona. 
  3. Pogląd umiarkowanej lewicy - "system prawie nie zadziałał". Jak wyżej, z tą różnicą, że "afera Watergate" wyszła na jaw jedynie dzięki przypadkowi, szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Tym razem się udało, ale czy uda się następnym razem?
  4. Wreszcie, skrajna lewica, której najbliżej jest w interpretacji do skrajnej prawicy, zgadzająca się z tym, że Nixon był "kozłem ofiarnym". Został rzucony przez media na pożarcie, żeby sprawić wrażenie, że  jego podsłuchy i tuszowanie tych  nielegalnych działań są "aferą" - tymczasem prawdziwą "aferą" jest cały amerykański ustrój. O tym właśnie mówił Noam Chomsky, kiedy stwierdził, że Watergate "to jak ujawnić, że dyrektor Murder Inc. oszukiwał na podatkach".
Amerykanom, w przeważającej większości uważającym swój ustrój za idealny (mimo wielu przykładów, które nakazywałyby podawać taką tezę w wątpliwość), najbardziej pasuje wizja środka: system zadziałał (o włos albo nie - bez znaczenia), czarna owca została usunięta, a harmonia przywrócona. 


W amerykańskiej pamięci - i kulturze masowej - opowieść o Watergate jest zatem opowieścią o zbrodni ukaranej, zwycięstwie "prostego człowieka" nad skorumpowaną władzą - tak  ukazują Watergate Wszyscy ludzie prezydenta, gdzie demokrację ratują de facto skromni dziennikarze. O tym, że takie historie Amerykanie lubią najbardziej, nikogo chyba nie trzeba przekonywać. O tym, że bardzo rzadko są one prawdziwe - również. Sami Woodward i Bernstein wielokrotnie mówili, że pogląd jakoby "to my sami, własnoręcznie obaliliśmy Richarda Nixona jest absurdalny".



Czy jednak wszystko zostało naprawione? Czy udało się zapobiec kolejnym "Watergate", a jeśli nie, to czy przynajmniej zdołano pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy złamali prawo? Jeśli spojrzeć na historię Stanów Zjednoczonych ostatnich czterdziestu lat, należałoby - niechętnie, ale jednak - choć po części przyznać rację radykałom z obu stron sceny politycznej. 
  • Administracja Reagana - za cichym przyzwoleniem prezydenta - sprzedawała broń wrogowi, Iranowi, a nielegalnie zdobyte pieniądze przekazywała nikaraguańskim contras. Sprawa zakończyła się dymisją sekretarza obrony i kilku innych niższych rangą ludzi. Zostali oskarżeni, ale ułaskawił ich następca Reagana i jego wiceprezydent, George H. W. Bush.
  • Administracja Busha syna ujawniła tożsamość agentki CIA, Valerie Plame, chcąc się zemścić na jej mężu, ambasadorze. Skończyło się na skazaniu szefa sztabu wiceprezydenta Dicka Cheneya, Scootera Libby'ego, którego prezydent wprawdzie nie ułaskawił, ale zamienił mu wyrok na wyrok z zawieszeniu. Biały Dom Busha ma równiez na koncie usuwanie z urzędu niewygodnych funkcjonariuszy publicznych, zakładanie podsłuchów o wątpliwej legalności oraz nadużycia w kwestii prowadzenia wojny. Sprawy porównywalne z tym, co robił Nixon, a jednak nigdy nie było realnych widoków na próbę impeachmentu Busha.
  • Dziś głośno jest o tym, że administracja Obamy dokonywała "kontrolowanych przecieków" do "New York Timesa" na temat "wojny z terrorem" i cyberataków na Iran, co miałoby pozytywnie wpłynąć na wizerunek prezydenta przed wyborami. Republikanie, od czterdziestu lat próbujący znaleźć sprawę, która stałaby się "demokratycznym Watergate" już porównują Obamę do Nixona - mniej więcej tak samo, jak robili wcześniej z Billem Clintonem, a nawet poczciwym Jimmym Carterem. Co więcej, przedstawiciele obu partii w Senacie zgodnie twierdzą, że sprawa przecieków na temat prowadzonej przez Obamę "wojny z terrorem" jest skandalem, ale administracja nie zgadza się na powołanie specjalnego prokuratora.
Rzadko się pamięta, żę afera Watergate - w szerszym sensie - zaczęła się od przecieków z Departamentu Obrony w 1971 roku, tzw. Pentagon Papers, dotyczących wojny w Wietnamie. Choć nie mówiły one o działaniach administracji Kennedy'ego i Johnsona, to Nixon, pod wpływem nacisków wściekłego Kissingera, polecił zastopować przecieki. W ten oto sposób powstała brygada nielegalnie działających "hydraulików" ("plumbers"), których zatrzymano w kompleksie Watergate w czerwcu 1972 roku.

Jak powiedział rok temu Daniel Ellsberg, człowiek, który ujawnił Pentagon Papers: Wszystkie przestępstwa, jakie wobec mnie popełnił Nixon, są dziś legalneEllsberg, oczywiście, przesadza - włamywanie się do gabinetu czyjegoś lekarza, żeby wydobyć kompromitujące materiały wciąż nie jest w Stanach Zjednoczonych legalne; podobnie jak całkowicie swobodne zakładanie przez służby podsłuchów. Prawdą jest jednak, że po aferze Watergate możliwości, jakimi dysponuje władza w kwestii bezpieczeństwa narodowego (ogólnie rzecz ujmując), nie zmniejszyły się, a zwiększyły. Kontrola ze strony innych gałęzi władzy - sądowniczej i ustawodawczej - także jest wyraźnie słabsza. "Imperialna prezydentura" Nixona trzyma się mocno.

Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że winny jest temu dominujący sposób przedstawiania "afery Watergate", o jakim pisałem wcześniej. Demokratyczne instytucje rzeczywiście ujawniły łamanie prawa na najwyższych szczeblach władzy, ale sposób, w jaki Watergate funkcjonuje w amerykańskim dyskursie, strywializował wydarzenia lat 1972-1974. Prędkość z jaką media próbują dodawać przyrostek -gate" do każdej kolejnej bzdurnej aferki sprawiają, że Amerykanom trudno odróżnić prawdziwe skandale,  poważne nadużycia władzy, od bzdurnych skandalików w rodzaju MonicagateTroopergate czy (o zgrozo) Nipplegate. Daje to Amerykanom złudne poczucie samozadowolenia, że kolejne skandale  władzy zostały ujawnione, a porządek za każdym razem przywrócono etc. 
"Jeśli prezydent coś robi, to znaczy, że nie jest to nielegalne" 
powiedział  w słynnym wywiadzie Richard Nixon. Co by o nim nie mówić, był to naprawdę mądry człowiek.

sobota, 2 czerwca 2012

Królowa i prezydenci

Dzisiaj, w 59 rocznicę koronacji Elżbiety II, rozpoczynają się uroczystości jej Diamentowego Jubileuszu. Królowa wstąpiła na tron w 1952 roku i spotkała się ze wszystkimi urzędującymi amerykańskimi prezydentami (z wyjątkiem Lyndona Johnsona), a także z dwoma wcześniejszymi. 

Na zdjęciach praprapraprawnuczka króla Jerzego III - którego "ponawiane, nieustanne krzywdy i nadużycia", mające "ustanowić absolutną tyranię nad tymi oto Stanami", doprowadziły do wybuchu amerykańskiej wojny o niepodległość - z prezydentami "tych oto Stanów".


z Herbertem Hooverem


z Harrym Trumanem


z Dwightem Eisenhowerem


z Johnem Kennedym i Jackie.

Na pogrzeb JFK nie mogła przylecieć, gdyż była w ciąży z księciem Andrzejem. W 1964 urodziła księcia Edwarda i też nie odwiedziła Stanów Zjednoczonych - pierwszą wizytę od 1957 roku złożyła dopiero w roku 1976. Dlatego nie miała okazji spotkać się z prezydentem Johnsonem.


z Richardem Nixonem


tańcząc z Geraldem Fordem


z mężem, mamą i Jimmym Carterem


z ubawionym Ronaldem Reaganem


w ejtisowej garsonce z Georgem Bushem tatą


szczebiocząc z Billem Clintonem


z figlarnym Georgem Bushem synem


z Barackiem Obamą

Jej Wysokości gratulujemy długiego panowania (trzy lata do pobicia praprababci Wiktorii!) i życzymy serdecznie poznania jeszcze kilku amerykańskich prezydentów!

piątek, 25 maja 2012

Pornopolityka - post scriptum

Dwa dni temu, 23 maja, były prezydent Bill Clinton, gościł na charytatywnej imprezie "Nights in Monaco", zorganizowanej w kasynie Monte Carlo przez jego własną fundację oraz Fundację Księcia Alberta II.

Nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że wśród zaproszonych gości znalazły się gwiazdy porno - niejakie Brooklyn Lee (z prawej), Tasha Reign (z lewej) i Jennifer Taule (całkiem z lewej) - które zrobiły sobie z prezydentem zdjęcie i natychmiast wrzuciły na tweetera.

Co ciekawe, gwiazdki porno zostały zaproszone (obok paru postaci z Hollywood), gdyż pani Taule jest obecnie "dyrektorem w firmie zajmującej się testowaniem leków". Ciekawe.


Media natychmiast zaczęły zadawać pytanie: "Co na to Hillary?!" (która w tym czasie cyberrozprawiała się z jemeńskimi terrorystami). Odpowiadam: Hillary na to zapewne nic. Po pierwsze - nie do takich rzeczy się już przyzwyczaiła. Po drugie - zbyt wiele ma na głowie, żeby zajmować się błahostkami.

Tak czy siak, gratulacje dla obojga.

czwartek, 29 marca 2012

Wiceprezydenckie przymiarki


Przyzwyczajania się do Romneya ciąg dalszy – po Jebie Bushu poparł go też oficjalnie Tata Bush, który cieszy się szacunkiem jako elder (czy raczej the eldest) statesman. Z kolei milczenie George W. wydaje się z jego strony gestem kurtuazyjnym, gdyż otwarte opowiedzenie się za Romneyem mogłoby mu raczej zaszkodzić, niż pomóc.

Szczególnie ważne jest jednak wsparcie jego kandydatury przez pewnego senatora-nowicjusza z Florydy, Marco Rubio.



Romney ma 65 lat – Rubio 40. Romney jest z północy – Rubio z południa. Romney jest patrycjuszem, synem gubernatora i kandydata do republikańskiej nominacji pół wieku temu – Rubio Latynosem, synem imigrantów z Kuby (co prawda uciekających nie przed komunistą Castro, ale przed pupilkiem Stanów, Batistą, ale mniejsza o to). Romney mormonem – Rubio katolikiem i (sic) baptystą. W konserwatyzm Romneya wielu Republikanów powątpiewa – Rubio jest nazywany „książątkiem” Tea Party i do senatu dostał się pokonując w republikańskich prawyborach byłego gubernatora, który nie tylko fizycznie przypominał Romneya. Nic zatem dziwnego, że w wyobraźni wielu Republikanów (choćby Jeba Busha) uzupełnialiby się wręcz idealnie z punktu widzenia ekonomii wyborczej, tworząc dreamticket, który mógłby zagrozić Obamie.

Z jednej strony wybór swojego przyszłego wiceprezydenta jest pierwszym „prezydencką” decyzją kandydata - wybiera się osobę, która może w każdej chwili sama może zasiąść w Białym Domu, więc należy kierować się jej kompetencjami. Z drugiej, wybór wiceprezydenckiego kandydata jest posunięciem kampanijnym, uzupełnianiem luk ideologicznych i geograficznych, tzw. balancing the ticket. Ma odwrócić uwagę od słabych punktów starszego partnera oraz pozyskać ten elektorat, który do tej pory był sceptyczny.

Tyle teoria, której czasem przeczy praktyka. Drużyna Bill Clinton-Al Gore okazała się bardzo skuteczna, choć obaj byli w podobnym wieku i pochodzili z Południa. Z kolei genialny w teorii pomysł, by starszemu, doświadczonemu, umiarkowanemu (wówczas) McCainowi przydać gorliwą konserwatystkę-outsiderkę, Sarę Palin, odbił się nieprzyjemną czkawką (więcej o tym w mojej recenzji „Game Change”).

Podobieństw Rubio do Palin jest niemało – młodzi, religijni, żarliwi konserwatyści, którym politycznie bliżej do Santoruma, niż Romneya, do tego niezbyt doświadczeni – ale wydają się być w dużej mierze pozorne. Owszem, Rubio zasiada w senacie dopiero od roku (tyle ile Palin była gubernatorem), ale wcześniej przez 9 lat był członkiem stanowej legislatury, z czego dwa lata jej przewodniczącym. Ma tytuł doktora prawa, a nie licencjat z dziennikarstwa. Może opowiadać swoją wzruszającą historię imigranckiego dziecka, które ciężką pracą etc. etc., czego tak lubią słuchać Amerykanie. Bliżej mu do Obamy, niż do Palin, ale w obecnym klimacie nienawiści do prezydenta, ludzie Rubio wolą unikać takich skojarzeń, które mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Poza tym, last but not least, Palin „wnosiła” w wianie Alaskę, której 3 głosy elektorskie i tak zawsze zdobywa GOP – Rubio daje sporą szansę na Florydę, od której znowu może zależeć wynik całych wyborów.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rubio konsekwentnie powtarza, że nie jest zainteresowany byciem wiceprezydentem. Co prawda równie konsekwentnie robi wszystko, żeby podtrzymywać zainteresowanie własną osobą (a to przyśpieszy wydanie autobiografii, a to w odpowiednim momencie poprze kandydata, do któremu jest ideologicznie najdalej, ale który wygrywa), więc chyba należy traktować to jako obowiązkową dramaturgię kampanii à la Juliusz Cezar: należy długo wyrażać swoje désintéressement, żeby nie wyjść na żądnego władzy, po czym niechętnie ulec „namowom obywateli” i zgodzić się „dla dobra kraju”.

Pytanie tylko czy kiedy Romney zdobędzie nominację (a na 99% tak będzie), zdecyduje się na „idealnego” (zbyt idealnego?) Rubio? To, że wyborcy by go pokochali, jest pewne, ale to niesie ze sobą oczywiste zagrożenie, że kandydat rezerwowy przyćmi kandydata głównego. Jeśli tak zdarzyło się cztery lata temu z wyrazistym McCainem, to w przypadku Romneya jest tym bardziej prawdopodobne. A Romney może być nudny, ale głupi nie jest. Nie po to od pięciu lat wydaje fortunę, żeby utorować drogę do nominacji w 2016 roku dla jakiegoś chłystka. Obstawiałbym zatem, że wybierze kogoś innego, choć, oczywiście, wszystko może się jeszcze zdarzyć - nawet i to, że tym kimś będzie Santorum.