Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 kwietnia 2013

"Sheeeeeee-it!"

Bardzo lubię te sytuacje, kiedy polityka w kulturze popularnej trafnie coś przepowie, oswoi ludzi z czymś, co do tej pory było jedynie czystą fikcją. Jak choćby wtedy, kiedy w West Wing prezydentem zostawał znany, ale charyzmatyczny przedstawiciel mniejszości, latynoski kongresmen Matt Santos, a rok później w prawdziwych wyborach prezydenckich zwyciężył czarnoskóry senator Barack Obama. Zdarza się jednak tak, że - trawestując Marksa - kultura popularna powtarza się w realnym życiu jako farsa. Pisałem ostatnio o prezydenckich planach Santoruma i Gingricha jako niezamierzonej parodii komedii My Fellow Americans. Tym razem Nowy Jork dostarczył nieśmiesznej wariacji na temat seriali The Wire i Boss, z miejscową wersją  znanego dobrze widzom The Wire skorumpowanego senatora Claya "Sheeeeee-it" Davisa w roli głównej.


We wtorek FBI aresztowało stanowego senatora Malcolma Smitha, Demokratę, który próbował kupić sobie republikańską (sic!) nominację w tegorocznych wyborach burmistrza Nowego Jorku. Wedle starego prawa, żeby wystartować w prawyborach GOP (do której Smith nie należy), potrzebował głosów Republikanów w trzech z pięciu dzielnic Nowego Jorku - miał to załatwić inny aresztowany, republikański radny, Daniel Halloran, w zamian za stanowisko wiceburmistrza (albo wiceszefa policji) w przyszłej administracji Smitha. Póki co, wszystko brzmi jeszcze dość sensownie, ale jeśli zagłębić się w szczegóły, cała intryga budzi raczej uśmiech politowania. 

pan Smith jedzie do aresztu

Szanse Smitha na wygraną w wyborach były (a teraz są już na pewno) bliskie zera - bez względu na to w barwach jakiej partii by startował. W prawyborach Demokratów w ogóle nie zamierzał uczestniczyć, wiedząc doskonale, że wygra je najprawdopodobniej Christine Quinn, przewodnicząca rady miasta. W prawyborach republikańskich miałby może jakieś szanse, ale  i tak marne, w porównaniu z dwoma innymi, znacznie bogatszymi od niego kandydatami. Wreszcie, gdyby nawet zdobył ostatecznie republikańską nominację - nie miałby żadnych szans w ostatecznej konfrontacji z Quinn, która od pewnego już czasu wygraną ma praktycznie w kieszeni. 

Republikanie są w Nowym Jorku (mieście) prawie na wymarciu. Halloran, mózg całej operacji, jest zaledwie jednym z czterech (na 51 ogółem) republikańskich rajców miasta. Owszem, obecny burmistrz, Michael Bloomberg, wygrał trzy wybory oficjalnie jako kandydat Republikanów, ale tylko dlatego, że nominację GOP było dużo łatwiej zdobyć niż Partii Demokratycznej - wystarczyły odpowiednio wysokie datki na rzecz organizacji partyjnej, której bliżej do naszego rodzimego Stronnictwa Demokratycznego, niż do partii z prawdziwego znaczenia. Sam Bloomberg zawsze był, zresztą, politykiem centrowym czyli na warunki dzisiejszej, ogólnokrajowej GOP jest totalitarnym komunistą - zwolennikiem ograniczania dostępu do broni palnej, zmniejszania nierówności społecznych etc. 

Nie żeby Halloran był typowym Republikaninem - zamiast, jak większość jego kolegów z partii grzecznie uczęszczać do takiego czy innego chrześcijańskiego kościoła, Halloran jest oficjalnym wyznawcą Odyna, Thora i innych dawnych nordyckich bogów. Udawanie Lokiego - trickstera, który wszystkich potrafi wykiwać - wyszło mu jednak tak sobie.

radny Halloran (na klęczkach, w niebieskiej pelerynce)

Ciekawe jest to w jaki sposób spiskowcy traktowali popkulturę jako źródło (nie)stosownych wzorców. Nie żeby było to coś nowego - doskonale wiadomo, na przykład, że Ojciec chrzestny sprawił, że amerykańska mafia przejęła niektóre z opisanych przez Mario Puzo zwyczajów, żeby być "autentyczniejszą", niektórzy bossowie zaczęli naśladować sposób mówienia Marlona Brando etc. 

Oto, na przykład, dowiadujemy się, że kilka ze spotkań odbyło się w restauracji Sparks Steak House, gdzie w 1985 roku został zamordowany Paul Castellano, szef największej z nowojorskich  rodzin mafijnych, Gambino. Serwują tam, co prawda, jedne z najlepszych steków w Nowym Jorku, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że chodziło raczej o aurę miejsca, a nie o same steki. Wszystko to bowiem wygląda jak nieudolna próba naśladowania filmowej rzeczywistości, włącznie z wygłaszanymi przez Hallorana tandentnymi tekstami w rodzaju: "Polityka to tylko pieniądze, które oliwią tryby" etc.  Pieniądze, które - dodajmy - zgodnie z wszelkimi kliszami - przekazywano sobie w szarych, nieoznakowanych kopertach.

Kiepska reżyseria, kiepski scenariusz, kiepscy aktorzy. Lepiej przypomnieć sobie trzeci i czwarty sezon The Wire.

sobota, 23 marca 2013

Wybierzmy sobie elektorat


Kiedy twoja partia zaczyna tracić głosy i przegrywać kolejne wybory, kiedy rozziew między elektoratem, a programem twojej partii zaczyna się robić coraz większy, możesz próbować zmienić partię, zmodyfikować swój program, otworzyć ją na elektorat z którym dotychczas było ci nie po drodze. To właśnie próbuje zrobić część Republikanów, na przykład przygotowując projekt ustawy emigracyjnej. Ale można też obrazić się na rzeczywistość i spróbować zmienić sobie elektorat - co robią Republikanie w kilku kluczowych stanach przy pomocy "gerrymanderingu", jednego z najstarszych antydemokratycznych narzędzi politycznych w historii amerykańskiej demokracji.

Manipulowanie granicami okręgów wyborczych, jest praktyka starą jak Stany Zjednoczone. 26 marca minie równo dwieście jeden lat od kiedy "Boston Gazette" opublikowało satyryczny rysunek przedstawiający "Gerry-mander", pokręcony niczym salamandra okręg wyborczy stworzony na potrzeby własnej partii przez gubernatora Massachussetts, Elbridge'a Gerry'ego (późniejszego wiceprezydenta). Gerry + salamander = gerrymander. 

oryginalny "Gerry-mander", 1812 rok

Packing polega na zgromadzeniu w jednym okręgu mozliwie jak najliczniejszych wyborców przeciwnika, żeby osłabić ich wpływy w pozostałych okręgach, cracking wręcz przeciwnie - na podzieleniu ich między tak wiele okręgów, by nie byli w stanie zwyciężyć w żadnym. Do tego dochodzi (zwłaszcza w przypadku Demokratów) dzielenie "łakomych kąsków" elektoratu między kilku kandydatów z tej samej partii. Efekty bywają przedziwne:

4. okręg Illinois, "nauszniki", obejmuje najbardziej latynoskie części Chicago (północna portorykańska, połuidniowa meksykańska). Mniejsza o to, że znajdują się na dwóch różnych końcach miasta i łączy je tylko kawałek autostrady - dzięki temu chicagowscy Latynosi mają tylko jednego kongresmena.



3. okręg z Maryland, obejmujący część Baltimore (hello, The Wire), przypominający "plamę krwi na miejscu zbrodni" albo "pterodaktyla z przetrąconym skrzydłem". Zupełnie zbędne dzieło Demokratów, którzy i tak mają ogromną przewagę w Maryland. 


Gerrymandering stosowały z powodzeniem obie partie, jak widać, ale trzeba przyznać, że Republikanie robią to wyjątkowo bezczelnie - i wyjątkowo skutecznie. 

Oto Republican State Leadership Committee, RLSC, organizacja zajmująca się promowaniem republikańskich kandydatów, opublikowała raport na temat postępów projektu o wiele mówiącej nazwie Redmap. Plan zakładał najpierw zdobycie większości w legislaturach stanowych (które ustalają kształt okręgów wyborczych), przed odbywającym się co dekadę spisem ludności (stanowiącego podstawę dla redistricting), a następnie nakreślenie takiej mapy wyborczej, która promowałaby Republikanów. Poszło znakomicie - choć w listopadowych wyborach na Republikanów zagłosowało w sumie o 1,3 miliona MNIEJ wyborców niż na Demokratów, zdobyli o 33 miejsca w Izbie Reprezentantów WIĘCEJ. 

RSLC chwali się, na przykład, wynikiem w Michigan: "Wybory 2012 roku były wielkim sukcesem Demokratów (...), wyborcy wybrali demokratycznego senatora wielkością ponad 20% głosów, a Obama wygrał o prawie 10%, ale (...) do Kongresu wybrano 9 Republikanów i 5 Demokratów". Zaiste, niezły wynik, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że na GOP zagłosowało o 5% mniej wyborców.

W Ohio wynik był bardzo podobny - pięcioprocentowa przewaga Republikanów - ale przełożenie na miejsca w Kongresie już zupełnie inne - 12 miejsc dla GOP, 4 dla Demokratów. Cytując RSLC: "I to mimo, że wyborcy oddali na republikańskich kandydatów zaledwie 52% głosów". Nie da się ukryć, jest się czym chwalić. W Pensylwanii jest jeszcze lepiej - nieco więcej głosów zdobyli Demokraci, co nie przeszkodziło Republikanom zdobyć aż 13 z 18 miejsc w Kongresie.



Wszyscy pieją z zachwytu nad jednomandatowymi okręgami wyborczymi, które rzekomo są bardziej demokratyczne - tymczasem dziś technologia pomaga w opracowywaniu fantazyjnych okręgów, wyznaczanych na podstawie danych demograficznych. Gerrymandering owszem, zapewnia stabilność okręgu, ale zarazem zmniejsza konkurencję ze strony drugiej partii i sprawia, że prawdziwa walka o miejsce rozgrywa się w prawyborach - z demokracją nie ma to jednak wiele wspólnego.

Uświadamia to sobie coraz więcej Amerykanów - wciąż pozostających w mniejszości, ale rosnących w siłę. Rozwiązanie spróbowała znaleźć Kalifornia, która w 2008 roku ustanowiła niezależną komisję mającą wyznaczyć na nowo granice okręgów po spisie ludności z 2010 roku. Trafiło do niej pięcioro Demokratów, pięcioro Republikanów i czwórka niezależnych. Efekt? Analizy wskazują, że Kalifornia ma dziś jedne z najbardziej "konkurencyjnych" okręgów wyborczych w całym kraju, a bycie kongresmenem nie jest już pracą na całe życie.

PS: Wiem, że o gerrymanderingu napisał dziś w Wyborczej Wojciech Orliński, ale nie wyrzucę do kosza tekstu, który od dawna był gotowy i czekał na publikację przy okazji rocznicy. 

piątek, 22 marca 2013

Santorum-Gingrich 2012! (albo odwrotnie)

W komedii Obywatele prezydenci (My Fellow Americans) John Lemmon i James Garner grają dwóch byłych prezydentów z opozycyjnych partii - Republikanina Kramera i Demokratę Douglasa. Są zajadłymi przeciwnikami politycznymi, serdecznie się nieznoszą, występowali przeciwko sobie w przeszłości, ale wspólne traumatyczne przejścia w połączeniu z niechęcią wobec innych polityków sprawiają, że Douglas i Kramer postanawiają wystartować razem w wyborach. Nie mogą tylko dojść do porozumienia w kwestii tego, który z nich zostanie kandydatem na prezydenta, a który na wice. Dziś dowiedzieliśmy się, że niemal równo rok temu political fiction, (dostosowane do panujących realiów, rzecz jasna) prawie stało się ciałem. Dość upiornym ciałem, dodajmy.


Okazuje się, że w czasie ubiegłorocznych republikańskich prawyborów, Rick Santorum i Newt Gingrich, prawie zgodzili się na wspólne wystartowanie we właściwych, listopadowych, wyborach, pod wspólnym, konserwatywnym "Unity Ticket". Obaj kandydaci nie znosili się serdecznie i atakowali się bez pardonu: Gingrich zarzucał Santorumowi, że służy wielkim korporacjom; Santorum Gingrichowi, że zmienia poglądy (i żony) jak rękawiczki. 

Byli jednak zgodni w dwóch kwestiach: po pierwsze, że Obama jest socjalistą, który planuje zniszczyć Amerykę; po drugie, że (względnie) centroprawicowy Mitt Romney byłby (jak ujął to Santorum) "najgorszym Republikaninem jakiego można wystawić przeciwko Obamie". Postanowili zatem stworzyć konserwatywną alternatywę, stanowiącą odpowiedź na głośno artykułowane wśród republikańskich wyborców hasło: Anybody But Romney - "Każdy, byle nie Romney".


Negocjacje między oboma sztabami zaczęły się w lutym, po tym jak Gingrich i Santorum wygrali kilka prawyborów, głównie na Południu, ale ostatecznie zaczęło zanosić się na wygraną Romneya.  Konserwatyści uznali, że tylko łącząc siły zdołają zablokować nominację Romneya. Dlaczego ostatecznie nie wyszło? Odpowiedź jest chyba oczywista - nie mogli się porozumieć w kwestii tego, czy będzie to kampania Santoruma i Gingricha, czy Gingricha i Santoruma. Każdy uważał, że to ON powinien być kandydatem na prezydenta - żaden nie chciał ustapić i zgodzić się na bycie wiceprezydentem, czyli de facto kwiatkiem do kożucha. Santorum argumentował, że to on zwyciężył dotyczczas w większej ilości stanów - Gingrich, że jest starszy od Santoruma, więc młodszy powinien ustąpić. Ostatecznie, to właśnie on zawiesił rozmowy i postanowił dalej próbować samemu - jak się wszystko skończyło, doskonale wiemy. 

niedziela, 17 marca 2013

Konferencja dobrego samopoczucia

W Maryland trwa właśnie CPAC, Conservative Political Action Conference, doroczne zebranie konserwatystów, czyli de facto Republikanów i ich sympatyków. Ci jednak, którzy po wynikach ubiegłorocznych wyborów liczyli na zwrot, otwarcie na grupy z którymi dotychczas było GOP nie po drodze, a przynajmniej jakąś autorefleksję Republikanów, mogą się czuć rozczarowani. 



Chris Christie, republikański gubernator New Jersey, który nie tylko odnosi sukcesy w demokratycznym stanie, nie został nawet zaproszony. Powód? Dogaduje się jakoś z administracją Obamy, zamiast negować wszystko jak leci, ośmielił się też skrytykować liderów swojej partii w Kongresie. Nic to, że jak na razie we wszystkich sondażach, to właśnie Christie jest faworytem do republikańskiej nominacji w wyborach A.D. 2016. 

Rob Portman, senator z Ohio i niedoszły kandydat na wiceprezydenta u boku Romneya, cenuiony ekspert od spraw budżetowych, też nie dostał zaproszenia. Powód? Poparł ostatnio małżeństwa gejowskie - podobnie jak inni niezaproszeni, a ważni Republikanie: były gubernator Utah, Jon Huntsman, czy była szefowa Hewlett-Packarda, Meg Whitman, która ubiegała się o fotel gubernatora Kalifornii. GOProud, organizacja gejów-republikanów, też nie dostała prawa wstępu na teren konferencji. Nic to, że małzeństwa homoseksualne popiera około 65% młodych Amerykanów.


Zamiast tego, słuchacze mogli wysłuchać Wayne'a LaPierre'a, balansującego na granicy szaleństwa szefa NRA, który wściekał się na rządowe propozycje jakichkolwiek obostrzeń w dostępie do broni - popierane, a jakże, przez większość Amerykanów. Ann Coulter, komentatorka, która miałkość argumentów przykrywa zjadliwymi, a czasami chamskimi komentarzami, wściekała się na plany reformy imigracyjnej (zainicjowanej przez Republikanów, dodajmy), gdyż jeśli do niej dojdzie, "całe Stany zaczną przypominać Kalifornię i Republikanie nigdy nie wygrają już żadnych wyborów".  

Mistrzyni ciętej riposty, Sarah Palin, rzucała złośliwościami pod adresem prezydenta i burmistrza Nowego Jorku, a także przestrzegała przed jakimikolwiek odstępstwami od konserwatywnej ortodoksji. W końcu oświadczyła, że nie ma czegoś takiego, jak "sprawy kobiet" czy "sprawy mniejszości", bo "wszyscy jesteśmy Amerykanami". Jej przemówienie wywoływało wybuchy entuzjazmu, co i raz to przerywane brawami. Ci, którzy jak Jeb Bush, mówili o konieczności zmian, otrzymywali jedynie grzecznościowe oklaski. 

Czy kogoś jeszcze dziwi to, że ci sami Amerykanie o których mówiła Palin coraz mniej chętnie głosują na Partię Republikańską? Może dzieje się tak właśnie dlatego, że GOP woli udawać sama przed sobą, że problemy tych czy innych mniejszości albo nie są istotne, albo w ogóle nie istnieją? Na jakiś czas taka strategia wystarczy - przynajmniej nie będzie psuła dobrego samopoczucia - ale za jakiś czas, nawet bez reformy imigracyjnej, spełni się koszmar Ann Coulter. A wtedy Republikanom (jeśli w ogóle jeszcze jacyś się ostaną) nie będzie już tak wesoło. 

środa, 9 stycznia 2013

Epoka Nixona

Stulecie urodzin Ronalda Reagana dwa lata temu obchodzono z wielką pompą: dwumetrowy tort, pokryty tysiącami tak lubianymi przez "Gippera" żelków; pokaz lotniczy, składanie wieńców, przemówienia czołowych Republikanów etc. Dziś - właściwie bez echa - przypada setna rocznica urodzin innego republikańskiego prezydenta, który na prawie 30 lat aktywnie zdominował amerykańską scenę polityczną. 9 stycznia 1913 roku w kalifornijskim Whittier urodził się Richard Milhous Nixon, "jedyny amerykański prezydent wobec którego absolutnie nie sposób być obojętnym".



Jeśli zgodzimy się z klasyczną definicją tragedii, to Nixon był postacią tragiczną - człowiekiem nieprzeciętnym, obdarzonym niezwykłymi przymiotami intelektu, który nosił w sobie skazę, człowiekiem doprowadzonym do upadku przez swoją własną hybris. Powiedzieć o Nixonie, że był pełen sprzeczności, to nie powiedzieć nic. 


  • Niebywale inteligentny i oczytany, mistrz polityki zagranicznej, był równocześnie egocentrycznym, mściwym, zakompleksionym "seryjnym kolekcjonerem uraz", którego zgubiły paranoja i nieufność we własne siły. Paradoks tragiczny Nixona polegał na tym, że jego ludzie wcale nie musieli zakładać podsłuchu w sztabie Demokratów w kompleksie Watergate - jak miało się okazać, uwielbiany przez wyborców Nixon wygraną w 1972 roku miał w kieszeni.

  • Introwertyk w zawodzie ekstrawertyka. Wycofany, nieznoszący tego wszystkiego, co składa się na współczesną politykę - poklepywania po plecach, ściskania dłoni, całowania dzieci i ciągłego kontaktu z ludźmi - który nie był w stanie oprzeć się polityce i poświęcił jej całe swoje życie.

  • Jeden z pionierów nowego medium, jakim była wówczas telewizja, który do mistrzostwa opanował manipulację i wykorzystywanie telewizji do celów PR-owych (Checkers!), ale któremu do dziś pamięta się głównie przegraną (pod względem wizerunkowym, dodajmy) debatę z Kennedym w 1960 roku.

  • Mistrz politycznych powrotów, który po przegranych wyborach w 1960 i 1962 (gdy ubiegał się o fotel gubernatora Kalifornii), kiedy wszyscy wysłali go na polityczną emeryturę (z nim samym włącznie), po sześciu latach został kandydatem swojej partii na prezydenta i jako jedyny człowiek w USA dwukrotnie został wybrany wiceprezydentem i prezydentem.


    • Ucieleśnienie amerykańskiego konserwatyzmu, dla Nowej Lewicy wręcz faszysta i reakcjonista, planujący zdemontować Rooseveltowski New Deal i Johnsonowskie Great Society, którego administracja była jedną z najliberalniejszych w powojennej Ameryce. Wydatki federalne na programy społeczne wzrosły z 28 do 40 procent budżetu; czterokrotnie wzrosło federalne wsparcie dla sztuki i kultury poprzez National Endowment for the Arts, NEA; powstała też Agencja Ochrony Środowiska, EPA. Nie udało mu się - choć próbował -  wprowadzić powszechnej opieki zdrowotnej i programu zasiłku dla biednych.

    • Antysemita, który otaczał się Żydami (Hello, Henry). Umiejętnie grał na rasistowskiej nucie, ale to jego administracja de facto wprowadziła akcję afirmatywną i zdecydowanie wprowadzała desegregrację szkolnictwa.

    • Nixon był - obok senatora McCarthy'ego - symbolem  antykomunizmu lat 50. i odegrał swoją niechlubną rolę w polowaniach na czarownice, ale zarazem to właśnie on nawiązał stosunki z komunistycznymi Chinami i doprowadził do odprężenia w stosunkach ze Związkiem Radzieckim.




    Sprowadzanie Nixona tylko do roli dyżurnego złoczyńcy amerykańskiej prezydentury - a tak, zazwyczaj funkcjonuje w kulturze popularnej - jest ogromnym uproszczeniem, na które jednak - co trzeba przyznać - Nixon w dużej części zapracował. Nie sposób jednak przecenić jego wpływu na kształt dzisiejszej polityki Stanów Zjednoczonych i nie jest przesadą określenie drugiej połowy XX wieku mianem "epoki Nixona", którego użył Bob Dole w mowie pogrzebowej byłego prezydenta.


    • To Nixon zakończył wymienialność dolara na złoto, rozmontowując tym samym powojenny system z Bretton Woods - na dobre i na złe. O tym, jak bardzo zmieniło świat (i Amerykę szczególnie) "otwarcie" Chin, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć
    • To Nixonowska "południowa strategia" doprowadziła do tego, że Południe stało się bastionem Republikanów, którzy w dodatku coraz bardziej skręcili na prawo, czego skutki możemy dziś obserwować w całej rozciągłości.
    • To Nixon odpowiada za dzisiejszy podział na Amerykę "czerwoną" i "niebieską", demokratyczną i republikańską, konserwatywną "milczącą większość" (za której czempiona się uważał) i wspieraych przez "mainstreamowe media" "liberałów", dwie Ameryki, które się nie znoszą i boją się siebie nawzajem.
    • To Nixonowska wizja "imperialnej prezydentury", jeszcze bardziej poszerzającej uprawnienia prezydenta, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej, (Jeśli prezydent coś robi, to znaczy, że nie jest to nielegalne) zdominowała dziś myślenie o Białym Domu. Dzisiejsza prezydentura - jak widać nie tylko na przykładzie Busha juniora, ale też Obamy i jego dronów w Afganistanie - zawdzięcza bardzo wiele Nixonowi.

    Mimo swojego znaczenia (a może po części też właśnie z jego powodu) Nixon stał się dla wszystkich - Republikanów czy Demokratów - postacią niewygodną, o której lepiej nie przypominać za często. Podważa wiarę w nieomylność i doskonałość amerykańskiego ustroju, ba, jest najlepszym przykładem wad tego systemu: pokazujac zagrożenia jakie niesie ze sobą zbyt silna prezydentura czy podając w wątpliwość zdrowy rozsądek amerykańskiego elektoratu ("jakim cudem wybraliśmy go aż dwa razy?").

    "Kiedy patrzą na ciebie", mówi grany przez Anthony'ego Hopkinsa Nixon w filmie Olivera Stone'a, patrząc na portret Kennedy'ego, "widzą  tego, kim chcieliby być. Kiedy patrzą na mnie, widzą kim są".


    poniedziałek, 12 listopada 2012

    Lajki Romneya


    Amerykanie nie lubią przegranych. Proszę sobie wejść na fejsbukowy profil Mitta Romneya i  zacząć odświeżać stronę. Zobaczą Państwo, że konsekwetnie ubywa mu "lajków" - od kiedy stało się jasne, że Romney przegrał, zaczął tracić fanów z prędkością 857 "lajków" na godzinę. Ostatnio tempo nieco zwolniło, ale Romney i tak  ma o 93 tysiące mniej fanów niż w dniu wyborów, od których nie minał jeszcze nawet tydzień.


    Z kolei Obama zyskał w tym samym okresie aż 930 tysięcy fanów i ma o jakieś 20 milionów więcej "lajków" niż Romney w najlepszym momencie. Cóż, jak tak dalej pójdzie, za rok dowiemy się, że na Obamę głosowało 60% ankietowanych Amerykanów.

    sobota, 10 listopada 2012

    Smutek białych

    Jak już wiemy, biali mężczyźni głosowali głównie na Romneya, ale ich poparcie nie było wystarczające, gdyż za Obamą opowiedziało się 93% Afroamerykanów, 73% Azjatów, 71% Latynosów, a do tego - last, but not least - 55% kobiet, które bardzo często określa się największymi zwyciężczyniami tych wyborów. 

    W Senacie zasiądzie rekordowe 20 kobiet. 1/5  składu to może nie tak dużo, ale jak na izbę w której nadal nie ma ani jednego przedstawiciela czarnych Amerykanów (14% społeczeństwa), to i tak jest nieźle. Nie wspominając już o tym, że owe 20% to i tak więcej niż w Izbie Reprezenantów, gdzie kobiet będzie jakieś 17%.

    Z kolei stan New Hampshire od stycznia przyszłego roku będzie pierwszym stanem w historii z wyłącznie żeńską reprezentacją w Kongresie: oba miejsca w Senacie i oba w Izbie Reprezenantów zostaną obsadzone przez kobiety. Będzie miał również panią gubernator.

    A co by było, gdyby w Stanach wciąż obowiązywały dawne prawa, dające prawo głosu wyłącznie białym mężczyznom? Mapa wyborcza - jak obliczył serwis Buzzfeed - według stanu z 1850 roku wyglądałaby tak:


    15 poprawka dała prawo głosu wszystkim mężczyznom - przynajmniej w teorii, bo od lat 70. tzw. prawa Jima Crowa de facto pozbawiły tego prawa czarnych z Południa. Zanim jednak to nastąpiło, około roku 1870, mapa wyglądałaby tak:


    W 1920 roku prawo głosu otrzymały kobiety:


    W 1971 roku obniżono wiek uprawniający do głosowania do 18 roku życia. Oto jak rozłożyłyby się głosy dziś, gdyby dalej obowiązywały "stare" zasady. Jak widać, jest to pierwszy scenariusz w którym Obama wygrywa, ale o włos.


    Pouczające. Nic dziwnego, że przed wyborami niektórzy Republikanie próbowali utrudnić głosowanie mniejszościom, a teraz krzywią się na ostateczny wynik wyborów i narzekają na elektorat.

    piątek, 9 listopada 2012

    "Rzeczywistość ma skrzywienie lewicowe".

    332 do 206. Nie da się zaprzeczyć, że daleko mi do Nate'a Silvera, blogera "New York Timesa", który bezbłędnie przewidział wynik wyborów. Wygląda na to, że i ja częściowo uwierzyłem  w alternatywną rzeczywistość, którą karmili nas sztab Romneya i Fox News (co czasami na jedno wychodziło). Według tej wizji, wybory miały być w najgorszym wypadku niezwykle wyrównane, Romney miał mieć szansę na wygraną nie tylko w swing states, ale nawet w kilku stanach tradycyjnie "niebieskich", a niektórzy prognozowali nawet miażdżące zwycięstwo Republikanów. Choć wizja ta wydawała mi się nazbyt optymistyczna, to nie sądziłem jednak, że zwycięstwo Obamy - nie tylko w kolegium elektorskim, ale i w głosowaniu powszechnym - będzie aż tak zdecydowane. 


    Kiedy wspomniany Silver, (który samodzielnie ogarnia wszystkie sondaże, statystyki, wskaźniki ekonomiczne etc.), parę dni przed wyborami obliczył dokładnie taki wynik, spadły na niego gromy ze strony Republikanów, zarzucających mu stronniczość, bycie "ideologiem", który prezentuje klasyczne myślenie życzeniowe, a na dokładkę "zniewieściałość", gdyż w prawicowym świecie najwidoczniej tylko "prawdziwy", "męski" samiec potrafi właściwie analizować dane statystyczne.

    Rzeczywistość okazała się być, jak widać, zupełnie inna, ale zamknięci w swojej "bańce" medialnej, paranoicznie wierzący wyłącznie Fox News Republikanie, konsekwetnie ją ignorowali. Ich postawę najlepiej ująć słowami klasyka, Stephena Colberta: "Nie wierzę w rzeczywistość. Doskonale wiadomo, że rzeczywistość  ma skrzywienie lewicowe"

    Fox News oferowało (i zapewne dalej będzie oferować) zatem zgoła inną wizję Ameryki, w której wszyscy nienawidzą socjalistycznego, pragnącego zniszczyć USA, tyrana: Baracka Husseina Obamy. Jego klęska miała być czymś nieuchronnym, jedynym możliwym rozwiązaniem. Ostatecznie, dziennikarze tej stacji sami uwierzyli we własną propagandę i kiedy okazało się, że Obama wygrał, zupełnie stracili rezon i zaczęli przechodzenie - jak to ktoś ładnie zauważył - czterech z pięciu stadiów żałoby: zaprzeczenia, gniewu, targowania się i depresji. Karl Rove nie chciał przyznać, że Romney stracił Ohio (a tym samym wybory), Donald Trump wzywał na twitterze do rewolucji i marszu na Waszyngton, a Sean Hannity obraził się na Amerykanów, mówiąc, że "zasługują na to, co sobie wybrali". 


    Pal sześć, że wizji tej ulegli widzowe Fox News - gorzej (dla nich samych), że we własną propagandę uwierzyli politycy Partii Republikańskiej. Czas pokaże - i to już niedługo - jak poradzą sobie ze stadium ostatnim, tzn. akceptacją. Nieszczęsna rzeczywistość wygląda bowiem dla prawicy o wiele gorzej, niż na pierwszy rzut oka wskazwałaby to niewielka różnica między Obamą i Romneyem w głosowaniu powszechnym.

    Romney przegrał wszędzie, gdzie tylko mógł (z wyjatkiem Karoliny Północnej). Przegrał  w Ohio i na Florydzie, i to mimo podejmowanych przez Republikanów prób ograniczenia głosu mniejszościom w obu tych stanach. Dramatycznie przegrał wśród Latynosów (o 40%), przegrał wśród wszystkich mniejszości, wśród kobiet i wśród młodych. Zwyciężył tylko wśród starszych ludzi i białych mężczyzn, których procent w amerykańskim społeczeństwie - zgodnie z wszelkimi demograficznymi prognozami - będzie tylko malał. 


    Z taką "bazą" Republikanie będa przegrywać kolejne wybory i GOP musi coś ze sobą zrobić, biorąc lekcję z Kubusia Puchatka: im bardziej będą zaglądać do środka, tym bardziej nic tam nie znajdą. Muszą znowu stać się partią ogólnokrajową (na Wschodnim Wybrzeżu prawie nie ma już Republikanów), "otworzyć się" na kobiety i mniejszości, a nade wszystko podrzucić quasi-religijny radykalizm Tea Party. Ta ostatnia, oczywiście, nie odpuści jednak tak łatwo i już dokonała ataku uprzedzającego w nieuchronnej wojnie domowej GOP. Winą za klęskę obarczyła - oczywiście - zbyt umiarkowanych Republikanów, na czele z Romneyem.

    Negowanie rzeczywistości - w której Amerykanie odrzucają  facetów bredzących o gwałtach i innych kandydatów Tea Party, za to wybierają lesbijki, gejów i orkijskie zabójczyniepopierają małżeństwa homoseksualne, a do tego chcą legalizacji marihuany - trwa nadal, ale już niebawem przekonamy się czy zimny prysznic poskutkował.  

    A co z przegranym kandydatem? Nie żałujmy Mitta Romneya, bo...


    wtorek, 6 listopada 2012

    Niebieskie-czerwone-niebieskie-czerwone-bęc

    Choć niedawno psioczyłem na system elektorski, nie mogę jednak zaprzeczyć, że ma on jedną, kolosalną zaletę: czyni przewidywania wyborcze znacznie, ale to znacznie ciekawszymi. Obstawianie procentowego wyniku nie jest nawet w połowie tak zajmujące, jak obstawianie poszczególnych stanów, zaznaczanie ich na niebiesko albo czerwono niczym w jakiejś loterii. Można to zrobić własnoręcznie na stronach PoliticoCNN i wielu innych.

    Panuje dość powszechne przekonanie (poparte sondażami, dodajmy), że Obama wygra dzisiejsze wybory. Oczywiście, wszyscy możemy się bardzo zdziwić, jeśli dojdzie do ponownego liczenia głosów na Florydzie albo w Ohio, ale bawiąc się podstawową wersję gry w niebieskie-czerwone, przewidywałbym następujący wynik głosów elektorskich: 294 do 244 dla Obamy, o tak:


    Oczywiście wszystko to przy zwycięstwie Obamy także w głosowaniu powszechnym.  Przemawia do mnie argument, że - paradoksalnie - w dłuższej perspektywie najlepiej byłoby, gdyby w głosowaniu powszechnym nieznacznie wygrał Romney, ale następnie przegrał w kolegium elektorskim - szansa na to jest jednak niewielka (prędzej zdarzyć się to może Obamie). Gdyby w przeciągu zaledwie 12 lat taka sama sytuacja przytrafiła się obu partiom, znacznie zwiększyłoby to szansę na przeprowadzenie niezbędnych zmian w konstytucji i zlikwidowanie systemu elektorskiego. Stracilibyśmy, co prawda, nasze zabawy z kolorowaniem stanów, ale w ogólnym  rozrachunku tak byłoby chyba lepiej.

    Tyle o wyborach prezydenckich. Co jednak z pozostałymi wyborami, które odbywają się równolegle? Ciekawią mnie następujące rzeczy:

    1.
    Czy Demokratom uda się dokonać niemożliwego i utrzymać większość w Senacie?
    Jeszcze niedawno wydawało się to właściwie nie do pomyślenia, ale w prawyborach GOP zwyciężyło wielu kandydatów Tea Party, wyeliminowawszy resztki bardziej umiarkowanych republikanów. Jeszcze dalszy przechył na prawo (objawiający się np. chęcią republikańskich kandydatów do rozprawiania na temat gwałtów) sprawił, że szanse GOP na zdobycie większości w Senacie wydają się marne. Obstawiam wynik: 50 do 49 dla Demokratów, plus 1 senator niezależny, sympatyzujący z Demokratami. 

    2. 
    Jak poradzą sobie kandydaci Tea Party?
    Mam nadzieję, że źle. Nie tylko dlatego, że ich poglądy wydają mi się straszne, a ich potencjalna realizacja szkodliwa. Przede wszystkim dlatego, że tylko wielka porażka jest w stanie wstrząsnąć Partią Republikańską i zawrócić ją z prawej ściany z powrotem w stronę centrum, co byłoby dobre nie tylko dla niej samej, ale i dla amerykańskiej polityki samej w sobie. Mimo to, wszystko wskazuje na to, że Republikanie utrzymają większość w Izbie Reprezentantów, choć chyba stracą kilka miejsc. Czy Michele Bachmann, królowa Tea Party, przegra z mało znanym Demokratą? Pewnie nie, ale przynajmniej naje się strachu, bo w sondażach jej zwycięstwo nie jest wcale takie pewne. Obstawiam: 238 do 197 dla Republikanów.

    3.
    W ilu kolejnych stanach zostaną zalegalizowane małżeństwa homoseksualne?
    Referenda w tej sprawie odbędą się m.in. w Maine, Maryland i Waszyngtonie. Sondaże wskazują na to, że najprawdopodobniej zwyciężą zwolennicy takiego rozwiązania. Na dokładkę, jeśli Demokratom się powiedzie w Wisconsin, jest szansa na to, że w Senacie zasiądzie pierwsza w historii jawna lesbijka.

    4.
    Czy w którymś stanie zostanie zalegalizowana marihuana?
    Głosowanie nad legalizacją trawki odbędzie się w trzech stanach (Kolorado, Oregon i Waszyngton) i szansa na to, że propozycja ta wszędzie polegnie, jest raczej niewielka. Szykuje się poważny problem, gdyż - jak pisałem wcześniej - oficjalne stanowisko władz federalnych w kwestii marihuany jest zdecydowanie negatywne.

    Na koniec wreszcie zupełny drobiazg, ale - wbrew pozorom - nie całkiem bez znaczenia:
    5. 
    Czy Colleen Lachowicz zostanie wybrana do senatu stanowego Maine?
    Demokratka Colleen Lachowicz, o której pisałem wcześniej, została zaatakowana przez Republikanów za to, że grywa w World of Warcraft jako niebezpieczna ogrzycą. Trzymam za nią kciuki, choćby po to, żeby w przyszłości nie czepiano się takich rzeczy.

    Tyle zgadywanek. Wszystkiego dowiemy się już jutro! Albo - co jest, niestety, bardzo prawdopodobne - wcale nie.

    poniedziałek, 5 listopada 2012

    Idź głosuj, gówniarzu!

    Czas na ostatnie klipy wyborcze tej kampanii. Sztab Obamy wypuścił filmik w którym Will Ferrell, znany komik (choćby z Saturday Night Live), zachęca młodych ludzi do głosowania.

    Nie da się ukryć, że jest to bardzo zabawne, ale mam mieszane uczucia - czy naprawdę jedyną metodą, jaką można przekonać młodych do głosowania musi być robienie sobie sobie jaj? Co nie zmienia faktu, że sowa jest naprawdę śmieszna.

    niedziela, 4 listopada 2012

    Przegląd ludowych mądrości wyborczych

    Do wyborów tuż tuż, publikowane są ostatnie sondaże (ogólnokrajowe i te dotyczące Ohio). Gdyby opierać się tylko na nich, powinien wygrać Obama. Amerykanie uwielbiają jednak wróżyć zwycięstwo jednemu lub drugiemu kandydatowi na podstawie ludowych mądrości w rodzaju "zawsze wygrywa ten, który...". Oto uchylam przed Państwem rąbka tej "tajemnej wiedzy", która niczym kabała rzekomo pozwala przewidzieć wygraną.

    1. Zawsze wygrywa wyższy kandydat. 
    Bzdura, oczywiście. Na 28 wyborów przeprowadzonych od 1900 roku wyżsi kandydaci wygrali 18 razy, niżsi 8, a w dwóch przypadkach byli tego samego wzrostu. Jeśli  jednak wliczać w to wybory wcześniejsze,  (kiedy wyborcy rzadko widywali na oczy kandydatów, a co dopiero obu naraz) to statystyki rozkładają się następująco: w 53% wygrywali wyżsi, w 39% niżsi. Czasami wybierano naprawdę niskich, a najwyższy kandydat w historii (wybory 1852 roku, generał Winfield Scott, mający 196 cm) przegrał z kretesem, tak więc wysoki wzrost nie gwarantuje sukcesu - o czym przekonali się i Al Gore, i John Kerry. Tak czy owak - Obama jest wyższy od McCaina, ale niższy od Romneya. Punkt dla tego ostatniego.

    2. Zawsze wygrywa ten, który wyda więcej pieniędzy na kampanię.
    Często, ale nie zawsze. W 2008 roku Obama zgromadził dwukrotnie więcej pieniędzy na kampanię niż McCain i wygrał, ale już Bob Dole przegrał z Clintonem w 1996 roku, choć na kampanię wydał więcej. Mimo to, wszyscy wydają się w to bezkrytycznie wierzyć i sztab Obamy nieustannie bombarduje swoich zwolenników mailami w których dramatycznym tonem obwieszcza, że Republikanie mają więcej pieniędzy niż Demokraci i wieszczy niechybną klęskę, jeśli nie wyśle się im co najmniej pięciu dolarów. Punkt dla Romneya.

    3. Nie da się wygrać wyborów, jeśli przegra się w "swoim" stanie.
    No więc da się, choć ostatnim, który tego dokonał był Richard Nixon. Wygrał w swojej rodzinnej Kalifornii, ale  przegrał w Nowym Jorku, gdzie był zarejestrowany. Gdyby nie głosy na Florydzie, udałoby się to również Alowi Gore'owi, który w 2000 roku przegrał w Tennessee.  Tak więc, dla Romneya - który od samego początku może zapomnieć o wygranej w Massachusetts - też  jest jakaś nadzieja, ale mimo wszystko: punkt dla Obamy.

    4. Prezydent zawsze przegrywa walkę o reelekcję, jeśli bezrobocie jest większe niż 7%
    W trzech przypadkach na cztery owszem: Ford, Carter i Bush ojciec przegrali, ale już Reaganowi się udało, więc może i Obamie się powiedzie, choć bezrobocie w październiku wyniosło 7,9%. Punkt dla Romneya.  

    5. Prezydent zawsze przegrywa walkę o reelekcję, jeśli w badaniach opinii publicznej pozytywnie ocenia go mniej niż 50% badanych.
    I znowu: zazwyczaj tak, ale nie zawsze, o czym najlepiej świadczy choćby przykład Harry'ego Trumana, którego approval ratings w 1948 roku wynosiły marne 39%. Poza tym ich wysokość nie przekłada się na wysokość wygranej - można mieć 66% i wygrać o kilka procent (jak Clinton) albo o kilkanaście (jak Nixon). Według ostatnich badań prezydenta Obamę pozytywnie ocena równo 50% badanych - niech zatem będzie punkt dla niego.

    Reasumując: znaki na niebie i ziemi wskazywałyby jednak na wyższego i bogatszego Romneya, a nie na borykającego się z bezrobociem Obamę. Ale - jak doskonale wiadomo - na dwoje babka wróżyła, na świętego Hironima jest dysc, abo go ni ma. Wszystko i tak rozbije się o wróżbę ostatnią: 

    6. Żeby wygrać wybory, Republikanie muszą zdobyć Ohio.
    Znowu to nieszczęsne Ohio. Bo jeszcze tak nie było, żeby Republikanin został prezydentem przegrywając w tym stanie. Czyli wracamy do punktu wyjścia, a ja dyskretnie odsyłam do ostatnich sondaży na temat, które wróżą... no właśnie, remis. 

    piątek, 2 listopada 2012

    Absurdy kolegium elektorskiego

    Parę lat temu, wydobyty z zapomnienia Kevin Costner zagrał w filmie Swing Vote (Najważniejszy głos). Historia jest prosta - w wyniku błędu maszyny, los czterech głosów elektorskich Nowego Meksyku spoczywa w ręku "zwykłego człowieka", prostaczka-o-złotym-sercu. Zanim ponownie odda swój głos - od którego zależy wynik całych wyborów prezydenckich - o jego poparcie osobiście zabiegają obaj kandydaci, Kelsey Grammer i Dennis Hopper (sic)Film kończy się w najlepszym (najgorszym?) amerykańskim stylu: Costner udaje się do budki wyborczej. Nie dowiadujemy się na kogo głosuje, ale już samo to, że oddaje swój głos, ma być dla nas - widzów - koronnym dowodem na to, że Ameryka jest najwspanialszą demokracją na świecie. 



    Absurd sytuacji w której w kraju liczącym ponad 300 milionów mieszkańców o wyniku wyborów może zdecydować jeden człowiek, jakoś twórcom filmu umyka. Umyka też, niestety, większości polityków, którzy z uporem godnym lepszej sprawy, obstają przy istniejącym systemie, który - owszem, miał może sens dwieście lat temu, kiedy nie pozwalał dużym stanom zdominować małych - ale dziś prowadzi wyłącznie do absurdalnych sytuacji.

    1.
    W co najmniej 40 stanach wynik wyborów jest już dawno doskonale znany. Jeśli jesteś Republikaninem z "niebieskiego" stanu albo Demokratą z "czerwonego", twój głos nie ma najmniejszego znaczenia. Czasem trudno pojąć po co w ogóle Demokraci w Teksasie albo Republikanie w Kalifornii fatygują się do urn wyborczych i oddają te swoje 35-45 procent głosów. Zresztą, nawet kalifornijscy Demokraci czy teksańscy Republikanie nie mieli by pewnie nic przeciwko temu, żeby ich głosów nie brano za coś oczywistego i raz na cztery lata chcieliby choć zobaczyć swojego kandydata - nie tylko wtedy, kiedy przyjeżdża po pieniądze na prowadzenie kampanii gdzie indziej.


    2.
    Kampania wyborcza toczy się bowiem tylko w siedmiu czy ośmiu stanach o których słyszymy do znudzenia: Floryda, Kolorado, Wirginia, Iowa, Nowy Meksyk, Nevada, może jeszcze Karolina Północna, no i - oczywiście - Ohio. To tam ściska się dzieci, zmywa naczynia, i obiecuje gruszki na wierzbie.


    3.
    Jakby tego było mało, ostatecznie i tak liczy się głos zaledwie znikomego ułamka ogółu wyborców. I nie jest to żadna figura retoryczna. Wyborcy wyżej wymienionych stanów, tzw. swing states, od dłuższego czasu też są podzieleni prawie po równo, 48% jest za Obamą, 48% za Romneyem. Liczy się głos jakichś 4% tzw. "niezdecydowanych", którzy po roku kampanii wciąż nie widzą różnicy między oboma kandydatami. 4% zarejestrowanych wyborców w wymienionych stanach (około 65% z ok. 61 milionów), to jakieś 1,5 miliona ludzi, czyli 0,5% całej ludności kraju. I to własnie oni zdecydują o wyniku wyborów - po tym, jak obaj kandydaci wydadzą na nich łacznie jakieś 2 miliardy dolarów.

    4.
    Co się jednak stanie jeśli wyborcy jednego z TYCH stanów nie są w stanie się zdecydować? Szansa, że decyzja spadnie na barki Kevina Costnera jest właściwie żadna. Wtedy zaczyna się  ponowne liczenie głosów i całe to szaleństwo, które pamiętamy z 2000 roku, kiedy przez niedokładnie przedziurkowane karty do głosowania na Florydzie o wyborze George'a W. Busha de facto zadecydował Sąd Najwyższy, mimo iż w powszechnym głosowaniu wygrał Al Gore. "New York Times" szansę na ponowne liczenie głosów w tegorocznych wyborach w którymś z kluczowych stanów - np. Ohio - szacuje na jakieś 10%.


    5.
    To nie wszystko. Jak co cztery lata, na dwa tygodnie przed wyborami amerykańskie portale internetowe zajmujące się polityką przejęły się nagle groźbą remisu w kolegium elektorskim: po 269 głosów dla każdego z kandydatów. Teoretycznie szansa na taki wynik jest niewielka - "New York Times" oszacował ją na 1% - ale nie niemożliwa. Kombinacji dających taki wynik jest sporo, w większości zupełnie nierealnych, ale już całkiem prawdopodobny scenariusz wygląda tak:


    Co wtedy? Ojcowie założyciele, w swej nieskończonej mądrości, wzięli pod uwagę sytuację w której żaden z kandydatów nie ma przewagi w kolegium. Prezydenta wybiera wówczas Izba Reprezentatów (ale też stanami), a wiceprezydenta senatorowie (indywidualnie): wynik głosowania powszechnego też nie ma żadnego znaczenia. Gdyby zatem doszło do remisu w tym roku, w styczniu 2013 roku mielibyśmy najprawdopodobniej prezydenta Romneya i wiceprezydenta Bidena. Zaiste, najdoskonalsza demokracja na ziemi w działaniu.

    Jakby to ujął Joe Biden:


    Jest jednak nadzieja. Choć Kongres nie kwapi się do działania, stany - w których interesie rzekomo jest utrzymywanie kolegium elektorskiego - zaczęły działać na własną rękę. Na razie przede wszystkim te, które mają dość bycia kompletnie ignorowanymi.

    W ostatnich latach Illinois, Kalifornia, Hawaje, New Jersey, Vermont, Maine Waszyngton i Maryland podpisały National Popular Vote Interstate Compact, NPVIC, porozumienie w ramach którego zdecydowały, że oddadzą swoje głosy elektorskie zwycięzcy głosowania powszechnego - bez względu na wynik w ich stanie. W ten sposób uda się obejść konstytucję, nie łamiąc jej. Rzecz jasna, następnym krokiem byłoby wówczas przegłosowanie stosownej poprawki. 

    Porozumienie wejdzie jednak w życie dopiero wtedy, kiedy przystąpią do niego stany mające w sumie 270 głosów elektorskich. Na razie mają prawie połowę - 132 głosy. Kilka dużych stanów zabierze stanowisko jeszcze w tym roku, w wielu innych porozumienie zostało przyjęte przez jedną z izb stanowych legislatury, ale upadło wyżej - zazwyczaj zawetowane przez republikańskich gubernatorów. Komitet Krajowy Partii Republikańskiej wyraźnie wypowiedział się przeciwko jakimkolwiek zmianom istniejącego systemu, odwołując się - a jakże - do woli Ojców Założycieli.

    Politykom GOP warto przypomnieć, że od 1787 roku zmieniono sposób wyboru wiceprezydenta (12. poprawka) i senatorów (17. poprawka), przyznano prawo głosu czarnym (15. poprawka), kobietom (19. poprawka) i osiemnastolatkom (26. poprawka), zrezygnowano z cenzusu (lata 20. XIX wieku). Nie bardzo wiadomo zatem dlaczego nie można by podziękować czcigodnym elektorom. Zwłaszcza, że w badaniach opinii publicznej popiera to około 70% wyborców. Nie bardzo wierzę w to, że za cztery lata będzie już po systemie elektorskim, ale może chociaż w czasie kampanii wyborczej 2020 roku mieszkańcy Wyoming, Marylandu i Utah zobaczą wreszcie kandydatów na własne oczy.