Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George W. Bush. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George W. Bush. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 kwietnia 2013

U Busha w bibliotece

Parę dni temu pisałem o prezydenckich ekslibrisach i Bibliotece Kongresu - dziś kontynuujemy temat biblioteczny. Wczoraj, 25 kwietnia, na terenie Southern Methodist University w Dallas otwarto muzeum oraz bibliotekę prezydencką George'a W. Busha. Z tej okazji do Dallas zjechali wszyscy żyjący bywsi prezydenci z małżonkami (i Berlusconi na dokładkę) i zaczęli wychwalać George'a W.


Dziwna była to uroczystość: każdy starał się Busha skomplementować, powiedzieć coś życzliwego, nawet jeśli przychodziło mu to z najwyższym trudem. Przypominało to nieco pogrzeb Richarda Nixona przed niemalże dwudziestu laty, kiedy wszyscy skupiali się na osiągnięciach byłego prezydenta (niewątpliwych, dodajmy), pomijając właściwie aferę Watergate. Byli prezydenci stają się bowiem chronionym dobrem wspólnym amerykańskiej wyobraźni zbiorowej, awatarami świętego urzędu "prezydentury" jako takiej.

Jimmy Carter, który nie zgadzał się z Bushem właściwie w żadnej sprawie, znalazł dwie rzeczy: pochwalił go za doprowadzenie do pokoju w  Sudanie i walkę z AIDS w Afryce. Obama - który do dziś obwinia Busha o przyłożenie się do kryzysu finansowego - uciekł się do najprostszych komplementów, mówiąc, że "Prezydent Bush jest dobrym człowiekiem". Kissinger na pogrzebie Nixona zacytował "Hamleta" - He was a man, take him for all in all (czyli - w tłumaczeniu Barańczaka -  Ja bym powiedział więcej: był człowiekiem) - ale chodziło mu chyba jednak o coś innego. Z pewnoscią jednak jest Bush człowiekiem niepozbawionym autoironii. Swoje przemówienie zaczął od stwierdzenia: Był taki okres w moim życiu, że trudno byłoby mnie znaleźć w bibliotece, a co dopiero myśleć, że mogę jakąś założyć

Na takie dictum wszyscy wybuchnęli szczerym śmiechem, za to zdecydowanie nerwowe uśmieszki wywołała uwaga Billa Clintona, który wskazał na bibliotekę i oznajmił: Powiedziałem prezydentowi Obamie, że to najnowszy, największy przykład odwiecznych zmagań byłych prezydentów, żeby przepisać historię na nowo. Niby żart, ale jednak bardzo prawdziwy, zresztą kto jak kto, ale Clinton doskonale wie o czym mówi.

Biblioteki prezydenckie budują prezydenci prywatnie, ze środków sponsorów, i urządzają też według własnego widzimisię. Później przechodzą one pod zarząd Archiwów Narodowych, ale o tym jak wygląda wystawa, decydują głównie ludzie danego prezydenta. Celem eskpozycji bibliotek nie jest obiektywne pokazanie dokonań byłych prezydentów, ale wystawienie im mniej lub bardziej kolorowej laurki. Dlatego w muzeum Busha II znajdzie się, na przykład gra komputerowa w której goście będą mogli zasiąść w jego fotelu i podjąć "za niego" kluczowe decyzje: czy najechać Irak czy nie, czy wprowadzić stan wyjątkowy w czasie huraganu Katrina etc. Nie należy się jednak spodziewać, że obie decyzje będą - z punktu widzenia twórców - równie słuszne: poprawne rozwiązanie będzie tylko jedno - takie, jakie wybrał GWB. 

Decision Points, czyli Zostań Bushem

Wydaje się, że biblioteka Busha jest kolejnym punktem na drodze do jego publicznej rehabilitacji. Badania pokazują, że opinia Amerykanów na jego temat znacznie się poprawiła od kiedy odszedł ze stanowiska. W ostatnich miesiącach prezydentury popierało go ledwie 25% obywateli (o 1% więcej niż Nixona w adekwatnym momencie). Dziś pozytywnie ocenia go już 47% - wciąż  mniej niż połowa, ale wydaje się, że to tylko kwestia czasu zanim Bush przekroczy tę magiczną granicę. Po jakimś czasie od złożenia urzędu wszyscy (prawie) prezydenci są coraz lepiej oceniani przez opinię publiczną, pamięta się tylko o tym, co zrobili dobrego, reszta rozmywa się w sosie "wspólnego, pozapolitycznego porozumienia". 

Bush ma szczęście - rolę prezydenckiego "złego" obsadził już dawno Richard Nixon, a Amerykanom w zupełności wystarcza jeden upadły prezydent. Jego postprezydenckie approval ratings nigdy nie przekroczyły 40%, mimo częściowej rehabilitacji ze strony środowisk akademickich, które dawno już pokazały, że - gdy rzetelnie oceniać jego politykę - okazuje się właściwie centrystą, a nie zaplutym karłem reakcji, za jakiego go uważano.  Dla zwykłych Amerykanów Nixon wciąż jest wygodnie zobiektywizowanym "złym", którego można wskazać palcem i wyśmiać, całkowicie przy tym pomijając rzetelną analizę zagrożeń, jakie wypływają z amerykańskiego ustroju i roli w nim prezydenta.

Z pewnością pomaga Bushowi dość sympatyczna - jakby nie było - osobowość: bezpretensjonalność, ujawnienie jego nowej pasji malarskiej, doniesienia rodzinne (chory ojciec, córka w ciąży). W dodatku, na tle dzisiejszych Republikanów wydaje się niezwykle ugodowym przedstawicielem amerykańskiej prawicy, o niemalże centrowych poglądach na niektóre sprawy. Wizerunek nieudolnego przygłupa, który rozpętuje wojny na prawo i lewo powoli jest zastępowany przez wizerunek miłego, stroniącego od biężącej polityki, rozczulającego dziadka zajmującego sie malowaniem piesków. Dziesięć lat temu wydawałoby się to czystą fantastyką, ale dziś staje się rzeczywistością.



środa, 17 kwietnia 2013

Thatcher i Reagan: De mortuis aut bene aut male

Amerykanie mają w zwyczaju podśmiewać się z Brytyjczyków, ich rzekomej staroświeckości, przesadnej formalności, etc. Tymczasem, okazało się, że to właśnie Amerykanie są znacznie bardziej przywiązani są do form, niż ich kuzyni po naszej stronie Atlantyku. Nienawiść wobec zmarłej właśnie Margaret Thatcher, publicznie manifestowana przez część brytyjskiego społeczeństwa,  sprawiła, że Amerykanie - przyzwyczajeni do tego, ze o zmarłych przywódcach mówi się tylko dobrze - całkowicie zgłupieli.


W latach 80., kiedy brytyjska lewica narzekała (eufemistycznie rzecz ujmując) na Thatcher, amerykańska narzekała na Ronalda Reagana. Łączyła ich nie tylko podobna linia polityczna (obniżanie podatków, deregulacja sektora finansowego, ograniczanie roli rządu centralnego, konfrontacyjna postawa wobec Moskwy, wreszcie przekalibrowanie polityki swoich krajów na prawo, na wiele wiele lat), ale i osobista przyjaźń. Gdyby Reagan nie wsparł Thatcher w czasie konfliktu o Falklandy/Malwiny, być może jej rządy zakończyłyby się już w 1983 roku. Thatcher nie mogła mu się odwdzięczyć niczym podobnym, ale była jego najwierniejszą sojuszniczką na scenie międzynarodowej, gotową wspierać go nie tylko w kwestii polityki wobec ZSRR, ale też w kwestiach ekonomicznych, np. na forum G7. Thatcheryzm i Reaganizm napędzały się wzajemnie.

W Stanach Zjednoczonych prezydentów krytykuje się za życia, ale po śmierci staja sie ponadpartyjnym dobrem wspólnym, wychwalanym przez obie strony sceny politycznej. Dlatego właśnie Republikanie mogli odwoływać się do niesprecyzowanego "dziedzictwa Johna F. Kennedy'ego" i równocześnie wieszać psy na jego bracie, senatorze Tedzie Kennedym. Kiedy umarł Nixon - znienawidzona postać dla amerykańskiej lewicy - głównie wychwalano jego niewątpliwe talenty w polityce zagranicznej, a nie wypominano mu Watergate. Po śmierci Reagana, ledwie dziewięć lat temu, cała Ameryka wyjątkami, uderzyła w ton narodowej jedności. Naprawdę mało kto wspominał aferę Iran-Contras czy wspieranie dyktatur. Nawet Demokraci, którzy w latach 80. krytykowali "teflonowego prezydenta", chwalili go za poczucie humoru czy "przywrócenie Ameryce wiary w siebie", a Obama mógł odwoływać się do Reagana w swojej ostatniej mowie inauguracyjnej.

Tak było przynajmniej do tej pory, bo nie jestem już pewien czy tak samo będzie z Bushem juniorem i Obamą. Polaryzacja amerykańskiej polityki pogłębia się, obozy okopują się coraz bardziej, rozbieżność już dawno przerodziła się w nienawiść. Reakcje na śmierć George'a W. Busha czy Dicka Cheneya przypominać będą raczej sytuację z Thatcher. Z trudem wyobrażam sobie też amerykańską prawicę, która znajduje choć słowo pochwały pod adresem zmarłego Obamy. W porównaniu z tym, co będzie się wtedy działo, Ding dong, the witch is dead będzie naprawdę tylko piosenką dla dzieci.


PS: Brytyjsko-amerykańska wymiana kulturowa następuje jednak w obie strony. Oto grupa konserwatywnych polityków, naukowców i przedsiębiorców ze Zjednoczonego Królestwa, wpadła na pomysł, by uhonorować byłą premier w taki sposób, w jaki w Stanach czci się byłych prezydentów - utworzeniem poświęconej jej biblioteki. Trwają negocjacje w sprawie odpowiedniej parceli pod bibliotekę, mającej mieścić się w pobliżu brytyjskiego parlamentu, choć gdyby trzymać się ściśle amerykańskich zwyczajów, to powinno się ją zbudować w Grantham, koło Nottingham, albo Finchley, w północnym Londynie. I jeszcze jedno: choć prezydenckie biblioteki wznosi się z pieniędzy pozyskanych od sponsorów, utrzymuje je poźniej rząd federalny. Nie jestem pewien w jaki sposób  takiej przeciwniczce wydawania państwowych pieniędzy, jak Thatcher, wytłumaczyłoby się konieczność zbudowania kolejnego, "zbędnego" muzeum.

środa, 13 marca 2013

Papieże i prezydenci

Trwa konklawe, czas zatem na papiesko-prezydenckie nieciekawe ciekawostki.  Żaden papież nie pobił, z oczywistych powodów, rekordu Elżbiety II spotkań z amerykańskimi prezydentami (12), ale wynik Jana Pawła II (5) też jest niczego sobie, zwłaszcza zważywszy na to, że historia spotkań papieży i prezydentów nie sięga jeszcze nawet stu lat.

To, że pierwsze spotkanie między urzędującym papieżem, a urzędującym prezydentem miało miejsce dopiero w 1919 roku, a zatem 130 lat od ustanowienia tego drugiego urzędu, nie powinno dziwić. Do lat 60. XX wieku papieże niechętnie opuszczali Watykan, więc o żadnych międzynarodowych podróżach nie było mowy. Nie żeby prezydenci USA byli o wiele lepsi - pierwszym urzędującym prezydentem, który wybrał się w podróż za granicę był dopiero Teddy Roosevelt w 1906 roku, który postanowił zobaczyć na własne oczy Kanał Panamski. Do Europy zawitał jednak jako pierwszy jego następca - Woodrow Wilson - który w styczniu 1919 roku popłynął na Paryską Konferencję Pokojową, negocjować Traktat Wersalski. Zanim dojechał do Paryża, zahaczył o Rzym i tam spotkał się z Benedyktem XV. Zdjęć z tego spotkania brak.

Nie znaczy to, że Wilson był pierwszym prezydentem w ogóle, który spotkał się  z biskupem Rzymu. Byli prezydenci i owszem, podróżowali po świecie (czyli wtedy głównie do Europy) i czasem zaglądali do Rzymu. W 1855 roku Piusa IX odwiedziło aż dwóch eksprezydentów (co prawda osobno), co prawda z tych o których mało kto pamięta: Martin van Buren i Millard Fillmore. 

Pius X i Theodore Roosevelt 

Niewiele brakowało, a w 1910 roku z Piusem X  spotkałby się wspomiany Theodore Roosevelt, ale zaważyły powody prestiżowe, czyli nadmierne ego obu panów. Kiedy Roosevelt poprosił papieża o audiencję, papież zgodził się, ale pod warunkiem że w czasie pobytu w Rzymie były prezydent nie spotka się z amerykańskimi misjonarzami. TR nie miał, co prawda, takiego zamiaru, ale stawianie przez papieża podobbych żądań uznał (słusznie, skądinąd) za mieszanie się w nieswoje sprawy i ostatecznie do audiencji nie doszło. Było z tego wiele radości, gazety pisały o tym na pierwszych stronach gazet, kto ciekawy niech sobie poczyta TU.


Po Wilsonie następne spotkanie miało miejsce dopiero czterdzieści lat później, kiedy dobrego Jana XXIII odwiedził Dwight Eisenhower. Z niewiadomych dla mnie przyczyn wydawano z tej okazji znaczki w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (sic!).


Trzy lata później nieoficjalną wizytę we Włoszech złożyła Jackie Kennedy, która razem z siostrą, panią Radziwiłłową, leciała do Indii. Rzym oszalał na punkcie "królowej Ameryki", ale Jackie, jako katoliczce, wypadało też złożyć wizytę papieżowi. Anegdota głosi, że Jan XXIII podobno bardzo się denerwował przed spotkaniem z Pierwszą Damą, że palił papierosa za papierosem (J23 był nałogowym palaczem), na głos powtarzając sobie różne wersje powitania - "pani Kennedy" albo "Madame". Kiedy otwarto drzwi, uśmiechnał się, rozłożył ramiona i zakrzyknął "Jacqueline!".

Jacqueline i Giovanni

Jej mąż, John F. Kennedy, pierwszy (i jak na razie jedyny) katolicki prezydent USA, nie spotkał się już z Janem XXIII, ale z jego następcą, Pawłem VI. Rozmawiali podobno o prawach człowieka.

JFK i P6

JFK niecałe pół roku później zginął w zamachu, ale Paweł jako pierwszy papież odwiedził Amerykę, gdzie wygłosił przemówienie przed Zgromadzeniem Generalnym ONZ. Przy okazji, spotkał się z Lyndonem Johnsonem. Na zdjęciu niżej - obaj panowie przed nowojorskim hotelem Waldorf-Astoria, gdzie zatrzymał się papież.


Nixon odwiedził Watykan dwukrotnie, w 1969 i 1970 roku. Przy jednej z okazji zostawił Pawłowi VI małą flagę USA, która w czasie jednej z misji Apollo znalazła się na księżycu, a także taki oto gustowny podarunek:

wzruszający dar Nixonowego serca (fotografia P.T.)


Ostatnim - czwartym - prezydentem, którego spotkał Paweł VI był Gerald Ford, który - jak widać - kontynuował politykę Nixona także w kwestii eleganckich prezentów.

Kissinger, Ford, przekazany w darze  gustowny orzeł, Paweł VI

Jan Paweł I, jak doskonale wiadomo, nie zdążył się spotkać prawie z nikim - w przeciwieństwie do podróżującego Jana Pawała II, który już w 1979 roku odwiedział Amerykę, m.in. składając wizytę Jimmy'emu Carterowi w Białym Domu. 


Z Ronaldem Reaganem JP2 widział się co najmniej cztery razy, z czego raz na Alasce - prezydent wracał z Chin, papież leciał do Korei. 

Przystanek Alaska

Jan Paweł II spotykał potem już wszystkich - Busha ojca, Billa Clintona (który w czasie audiencji podobno głównie zajmował się podziwianiem fresków) i Busha syna. W 2005 roku wsyzscy trzej uczestniczyli w papieskim pogrzebie.





George W. Bush jest w dodatku jest - jak na razie - jedynym prezydentem, który miał okazję spokać się z dwoma papieżami. JP2 widział kilkukrotnie, a Benedykta raz, wręczając mu - a jakże - interesujący podarunek. Rekord Busha na pewno wyrówna jednak wkrótce Barack Obamaspotykając się z nowym papieżem Franciszkiem.

George W. Bush wręcza COŚ

Obamowie wręczają inne COŚ

piątek, 8 lutego 2013

Smutek Busha czyli "Portret prezydenta w wieku emerytalnym"

Kiedy człowiek przeżyje ewentualne próby zamachu i usunięcia z urzędu, kiedy po jednej lub dwóch kadencjach w Białym Domu przestaje być prezydentem Stanów Zjednoczonych, udaje się na zasłużoną emeryturę. Poza tym, oczywiście, że jeździ po świecie i wygłasza przemówienia za grube miliony rocznie (4:42-6:05), eksprezydent siedzi w domu, niańczy wnuki, pisze książki i zajmuje się swoimi hobby: Eisenhower grał w golfa i malował, Nixon naprawiał swoją reputację (z niezłym skutkiem), Carter ratował świat i pisał wiersze, a Bush ojciec skakał ze spadochronem. 

Kiedy - ku radości wielu - George W. Bush opuścił Biały Dom i wrócił do Teksasu, słuch o nim zaginął. Owszem, od czasu do czasu wygłaszał jakieś przemówienie tu i ówdzie, ale generalnie raczej nie ruszał się z domu. Partia Republikańska jakby zapomniała o tym, że kiedyś był taki prezydent, Romney unikał wszelkich skojarzeń z Bushem. Jeśli już media interesowały się kimś z rodziny, to młodszym bratem George'a, byłym gubernatorem Florydy, Jebem, który nie wiedział czy i kiedy samemu ubiegać się o prezydenturę. Nic zatem dziwnego, że George W. Bush - niejako z konieczności - zajął się budową swojej prezydenckiej biblioteki, grą w golfa i zabrał się za swoje hobby malowanie. 


Nie od dziś wiadomo jednak, że należy porównywać zjawiska podobne, a zatem w kategorii "byli prezydenci" można zestawić go jedynie (na ile mi wiadomo) z Eisenhowerem, który jeszcze w Białym Domu (i Camp David) sporo czasu spędzał albo na polu golfowym albo przy sztalugach, choć sam nie miał złudzeń co do swojego talentu i nazywał swoje dzieła "mazaninami" (daubs) "Nie mam talentu (...), ale ogromnie to lubię", pisał do Churchilla, który też nie był geniuszem w tej dziedzinie, ale na pewno o wiele lepszym malarzem.






Obrazy Ike'a są do bólu przewidywalne i sztampowe - jakieś domki, góry, kopiowane ze zdjęć portrety synowej i wnucząt etc. O Bushu słyszeliśmy dotychczas, że maluje psy i pejzaże Teksasu, co jakoś tam zgadzało się z wizerunkiem byłego prezydenta. Tymczasem dwa autoporterty Busha, które ujawnili właśnie hackerzy* pokazują, że Bush rozwinął się i jest znacznie mniej konserwatywnym artystą niż można by się tego po nim spodziewać.

Na jednym Bush patrzy w lustro w łazience, widzimy tylko jego plecy i oczy w odbiciu. Na drugim widzimy tylko jego stopy w wannie. Można oczywiście próbować je analizować, niektórzy widzą w nich pragnienie "zmycia z siebie poczucia winy" za Katrinę czy Irak, ale to wydaje się być intrepretacja nieco na wyrost. Nie da się jednak ukryć, że ich bezpretensjonalność jest uderzająca. Widać w tych obrazach smute i poczucie osamotnienia. Czy Bush świadomie nawiązywał do obrazów Fridy Kahlo czy Davida Hockneya? Pozwalam sobie w to wątpić, ale wiem jedno - trudno będzie teraz spoglądać na Busha tylko jako na karykaturę samego siebie, dławiącego się preclami wiejskiego głupka (na który to wizerunek tak ciężko dotychczas pracował). 

A także - czy tego chcemy czy nie - należy mu się tytuł najlepszego malarza wśród amerykańskich prezydentów.




Hacker o nicku "Guccifer" włamał się na prywatne konta mailowe rodziny Bushów, ujawniając tony prywatnej korespondencji dotyczącej choćby kiepskiego zdrowia Busha seniora. Można Busha (młodszego) nie lubić, ale włamywanie się komuś na konto mailowe (fejsbukowe, ebayowe czy jakiekolwiek inne) to zwykłe świństwo.

czwartek, 4 października 2012

Mitt Romney Style

Jak już pewnie wszyscy wiedzą, Mitt Romney wygrał wczorajszą debatę. Głównym zadaniem kandydatów w takich starciach jest niepopełnienie żadnej poważnej (albo nawet niepoważnej) gafy, którą media mogłyby potem wałkować w nieskończoność. Jeśli kandydatowi uda się coś więcej, to już tylko czysty zysk. A Romney nie dość, że niczego nie palnął, to jeszcze mówił składnie, przytaczał dane i w ogóle wyglądał lepiej niż niemrawy i zagubiony Obama.

Entuzjazm Republikanów i Fox News jest zrozumiały - Romney musiał wypaść w tej debacie dobrze, żeby w ogóle mieć jakiekolwiek szanse w wyborach - i to udało się nawet z nawiązką. Wróciły porównania tegorocznych wyborów z tymi sprzed 32 lat, kiedy Ronald Reagan stawił wyzwanie i pokonał urzędującego prezydenta, Jimmiego Cartera. Sęk w tym, że Romney nie jest Reaganem - i powtarzają mu to nawet koledzy Republikanie.

Równie dobrze można wysnuwać analogie z rokiem 2004, choćby opierając się na badaniach poparcia dla urzędującego prezydenta. W miesiącach poprzedzających wybory Cartera pozytywnie oceniało ledwie trzydzieści kilka procent badanch - Busha czterdzieści kilka, tyle samo ile teraz Obamę. 

Prawda jest taka, że nic nie wiadomo. Przed nami jeszcze dwie debaty (i jedna wiceprezydencka) - Obama może się poprawić, Romney może się popsuć. Poza tym, o czym warto pamiętać - wygrana w debatach nie gwarantuje wcale wygranej przy urnach, o czym boleśnie przekonał się choćby John Kerry. 

Za to przynajmniej zrobiło się ciekawiej.

PS: CollegeHumor nakręciło udaną parodię Gangnam Style z Romneyem. Zanim ktoś mi zarzuci, że ciągle wklejam antyromneyowe filmiki - to nie moja wina, że nie powstają żadne parodie na poziomie, które byłyby wymierzone w Obamę. Jeśli ktoś z Państwa znajdzie takową - proszę o nadsyłanie.



niedziela, 16 września 2012

Zabójczy uśmieszek

Historia prezydenckich kampanii zna takie przypadki. Kandydat - zazwyczaj gorzej stojący w sondażach i niezbyt charyzmatyczny - zostaje sfotografowany w niezręcznej sytuacji. I nie chodzi tu wcale o "przyłapanie w łóżku z żywym chłopakiem albo martwą dziewczyną", o nie, czasem wystarczy głupia mina.

W 1988 roku kandydat Demokratów, gubernator Massachusetts, Michael Dukakis, dał się sfilmować w czołgu. Choć dwa lata wcześniej zdjęcie Margaret Thatcher w podobnej sytuacji tylko pomogło utwierdzić jej wizerunek silnej przywódczyni, w przypadku Dukakisa efekt był zgoła odwrotny. W porównaniu z Bushem (ojcem), służącym jako pilot w czasie II wojny światowej, Dukakis - niski, z wymuszonym uśmieszkiem, wypadł  - delikatnie rzecz ujmując - niezbyt korzystnie, a zdjęcie zyskało miano "Snoopy'ego w czołgu".


W 2004 roku inny kandydat z Massachusetts - senator John Kerry, również uważany za sztywniaka - padł ofiarą podobnego zabiegu. Sztab Busha syna wykorzystał film z surfującym Kerrym, żeby wytknąc mu jego rzekomą niestałość w poglądach, ale nie da się ukryć, że chodziło też o pokazanie senatora w niezręcznej sytuacji - kto bowiem wygląda mądrze uprawiając jakikolwiek sport?


Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Kerry nie utrudniał Republikanom zadania - co i raz to pojawiały się niekorzystne zdjęcia senatora - a to na polowaniu, a to z taką czy inną piłką, a to wreszcie w stroju NASA, w którym  - zdaniem niektórych Republikanów - przypominał Woody'ego Allena w stroju spermy plemnika z Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie...



















Teraz, do galerii niezręcznych kandydatów z Massachusetts dumnie dołącza kolejny. Mitt Romney skrytykował Obamę za wydarzenia na Bliskim Wschodzie i śmierć amerykańskiego ambasadora w Libii. Kiedy skończył wystąpienie, na jego twarzy widniał słynny już uśmieszek. 


Nie wiadomo czy był to uśmieszek zadowolenia z siebie, że dokopało się prezydentowi (niestosowny, zważywszy na okoliczności), czy raczej nerwowy uśmiech kandydata, który nie lubi publicznych przemówień i ewidentnie źle się czuje w roli mówcy. Po roku patrzenia na Romneya wydaje mi się, że raczej to drugie - Romney jest najbardziej niezręcznym w sytuacjach publicznych kandydatem od czasów Richarda Nixona. Publiczne wystąpienia sprawiają mu niemal fizyczny ból, a maskowanie ich uśmieszkami i nerwowym chichotem tylko pogarsza sytuację.

Tak czy owak, damage is done - w internecie natychmiast pojawiły się memy Smirking MItt Walking Away From Stuff - w dużej mierze zresztą bardzo kiepskie, ale to już nie ma znaczenia. Zdjęcie przejdzie zapewne do historii prezydenckich kampanii, na błędach Romneya uczyć się będą przyszli kandydaci.

Co nie oznacza, oczywiście, że zdjęcie z uśmieszkiem będzie miało jakikolwiek realny wpływ na wyniki wyborów. Jak ujął to sam Dukakis - "gdybyśmy prowadzili porządną kampanię, (zdjęcie w czołgu) nie miałoby żadnego znaczenia". Otóż to.

środa, 13 czerwca 2012

O jedną głowę za daleko

W komentarzu do wydania na DVD pierwszego sezonu Gry o Tron, twórcy serialu, David Benioff i D. B. Weiss wyjaśniają, że w odcinku 10, Fire and Blood, jedna z zatkniętych na pikach odciętych głów jest gumową głową.... George'a W. Busha.


Być może na pierwszy rzut oka trudno go poznać z powodu doprawionej, skołtunionej fryzury, ale głowa na lewo od biednej Septy Mordane [1:08] to bez wątpienia mina byłego prezydenta.


Weiss i Benioff stwierdzili: 
Głowa George'a [W.] Busha pojawia sięw kilku scenach dekapitacji. To nie wybór, to nie deklaracja polityczna. Musieliśmy użyć takiej głowy, jaką mieliśmy.
Wielu internautów słusznie zadaje pytanie czy to ma znaczyć na planie Gry o Tron przewalają się gumowe głowy byłych prezydentów? Zaprawdę, trudno uwierzyć, że na planie jednego z najdroższych seriali w historii telewizji brakuje pieniędzy na profesjonalną scenografię. 

Dotychczas na pytania o ewentualne analogie w serialu między polityką Westeros  i polityką rzeczywistą, Benioff ani Weiss słusznie odpowiadali, że są przeciwko jakimkolwiek świadomym aluzjom. W dodatku, gdyby o poglądach autorów wnioskować na podstawie powiązań rodzinnych (co bardzo często może mylić, oczywiście), to w przypadku Benioffa są one raczej prorepublikańskie. Jego ojciec, Stephen Friedman, jest byłym CEO Goldman Sachsa (sic!) i do dziś zasiada w radzie nadzorczej bankowego giganta, który miał jak najlepsze relacje z ostatnią republikańską administracją. W dodatku w roku 2005 Friedman został mianowany przez tego samego Busha członkiem tzw. President's Intelligence Advisory Board, ciała doradzającego prezydentowi w sprawach wywiadowczych.

Głowa Busha może sobie tkwić obok zacnej Septy i jeszcze zacniejszego Neda Starka, ale nie znaczy to, że jest to pozytywny kontekst. Bez względu na to czy był to świadomy żart Benioffa i Weissa, czy żart kogoś niższego rangą na planie, czy przemyślny chwyt marketingowy (zwłaszcza w kontekście najnowszego plakatu Gry o Tron), czy przypadek (nie sądzę), nie powinno się było zdarzyć. Można Busha nie lubić, ale nie wydaje mi się, żeby ktoś odważył się zrobić to samo z głową nawet nie urzędującego prezydenta, ale choćby Billa Clintona czy Jimmy'ego Cartera. Nie uchodzi i tyle.

wtorek, 12 czerwca 2012

Trzeci Bush

Niecałe dwa tygodnie temu odsłonięto w Białym Domu oficjalny portret 43 prezydenta, George'a W. Busha. W swojej kategorii nic specjalnego - sam Bush namalowany jest, co prawda, lepiej niż Clinton, ale nieproporcjonalne krzesło o które się opiera wygląda naprawdę strasznie. No cóż, skończyły się już czasy, kiedy prezydenckie portrety malował Singer Sargent.  


Dubya może teraz poświęcać większość czasu na granie w golfa - dziś kiedy pada nazwisko Bush, chodzi już o kogoś innego. Parę dni temu brat George'a, były gubernator Florydy, Jeb (John Ellis Bush), przyznał, że powinien był ubiegać się w tym roku o nominację Republikanów. Można powiedzieć - "Mądry Bush po szkodzie" - wszyscy mu to przecież powtarzali już od co najmniej roku. W teorii, miał wszystko,  czego było trzeba - poparcie elektoratu i partyjnego establishmentu równocześnie, sympatię latynoskich wyborców (via żona Meksykanka), i innych mniejszości, kluczową Florydę w garści, dostęp do pieniędzy na kampanię, a do tego wszystko charyzmę, której tak bardzo brakuje Mittowi Romneyowi.

Ma jednak Jeb także wady, a jedną z nich jest nazwisko - jednak, wbrew pozorom, wcale nie  tylko dlatego, że wyborcom kojarzyłby się z bratem, a zatem - pośrednio - wojną w Iraku, ograniczaniem swobód obywatelskich i kryzysem bankowym 2008 roku. Jeb nigdy nie był bliskim politycznym współpracownikiem brata i nie odgrywał żadnej roli w czasie jego prezydentury.



Problemem Jeba było - i nadal jest - nie tyle to, że dla ogólu elektoratu byłby spadkobiercą swojego starszego brata, ale to, że dla niemałej części GOP byłby spadkobiercą ojca. W 1992 roku, kiedy Bush ojciec przegrał z Billem Clintonem, Jeb - zawsze uważany w rodzinie za mądrzejszego i bardziej utalentowanego - zaczynał na Florydzie karierę publiczną. To on  miał był polityczną nadzieją rodziny, ale na przeszkodzie stanęły ambicje brata, który - nieco ku zaskoczeniu rodziny - został gubernatorem Teksasu, a potem prezydentem kraju. 

Tymczasem, wedle dzisiejszych standardów, Jeb nie jest konserwatywnym Republikaninem, jak brat, ale - tak jak jego ojciec - Republikaninem umiarkowanym, jednym z ostatnich przedstawicieli ginącego gatunku. Należy do niego też Mitt Romney, który żeby przetrwać w nieprzyjaznym środowisku, jakim stała się dzisiejsza GOP, musiał przybrać barwy ochronne, strojąc się w szaty ultrakonserwatysty. Niezbyt mu to - oczywiście  - wychodzi, ale wszyscy udają, że w to wierzą: prawdziwi konserwatyści, żeby w listopadzie móc głosować na niego z jako takim przekonaniem; Demokraci z Obamą na czele, żeby móc łatwiej zrównywać Romneya z Santorumem, Palin i świrami w rodzaju Rusha Limbaugha czy Glenna Becka, który ostatnio stwierdził, że Theodore Roosevelt był socjalistą.

Jeb, stwierdziwszy, że przespał swoją szansę, może teraz mówić szczerze. I mówi to, co myśli, ale co w panującej dziś w GOP atmosferze ideologicznej ortodoksji, brzmi jak herezje. Jak to, że za czasów jego ojca (i Ronalda Regana) Republikanie szli na kompromisy z Demokratami. Że wspólpraca obu partii pozwala na zrobienie wielu pożytecznych rzeczy. Odważył się pochwalić Obamę i niektórych członków jego gabinetu.
Nie muszę bawić się w bycie stuprocentowo przeciwko prezydentowi Obamie w sprawach w których uważam, że postępuje słusznie (...). Nie mam zamiaru po prostu powtarzać "nie", "nie".
Jeb przyznał też - o zgrozo - że aby zrównoważyć budżet konieczne jest nie tylko dokonywanie cięć (co, jak mantrę powtarzają Republikanie), ale też podnoszenie podatków. Do tego dodał, że jeśli Romney wygra, będzie konieczny "wielki kompromis" między obiema partiami i Republikanie będą musieli podnieść podatki - tak, jak kilkakrotnie zrobił to Ronald Reagan (sic!) i Bush ojciec (co, ostatecznie, kosztowało go prezydenturę, ale nie nominację własnej partii - to jednak trochę inna historia).

Do tego wszystkiego przyznał rację Obamie, że Reagan i Bush ojciec mieliby dziś kolosalne problemy z uzyskaniem nominacji GOP. Czym, właściwie, odpowiedział na pytanie jakie byłyby jego własne szanse w roku 2016, gdyby chciał startować jako kandydat "umiarkowany".

PS: Dziś 88 urodziny obchodzi George H. W. Bush, 41 prezydent. Choć 75, 80 i 85 urodziny świętował skacząc ze spadochronem, stan zdrowia nie pozwala mu już na tak spektakularne obchody. Ważniejsze jest jednak to, że Bush ojciec, który nigdy nie (współ)napisał wielkich wspomnień z czasów swojej prezydentury, zgodził się na to, by HBO nakręciło o nim film dokumentalny - "41". Premiera pojutrze, 14 czerwca.