Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Republikanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Republikanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 kwietnia 2013

"Sheeeeeee-it!"

Bardzo lubię te sytuacje, kiedy polityka w kulturze popularnej trafnie coś przepowie, oswoi ludzi z czymś, co do tej pory było jedynie czystą fikcją. Jak choćby wtedy, kiedy w West Wing prezydentem zostawał znany, ale charyzmatyczny przedstawiciel mniejszości, latynoski kongresmen Matt Santos, a rok później w prawdziwych wyborach prezydenckich zwyciężył czarnoskóry senator Barack Obama. Zdarza się jednak tak, że - trawestując Marksa - kultura popularna powtarza się w realnym życiu jako farsa. Pisałem ostatnio o prezydenckich planach Santoruma i Gingricha jako niezamierzonej parodii komedii My Fellow Americans. Tym razem Nowy Jork dostarczył nieśmiesznej wariacji na temat seriali The Wire i Boss, z miejscową wersją  znanego dobrze widzom The Wire skorumpowanego senatora Claya "Sheeeeee-it" Davisa w roli głównej.


We wtorek FBI aresztowało stanowego senatora Malcolma Smitha, Demokratę, który próbował kupić sobie republikańską (sic!) nominację w tegorocznych wyborach burmistrza Nowego Jorku. Wedle starego prawa, żeby wystartować w prawyborach GOP (do której Smith nie należy), potrzebował głosów Republikanów w trzech z pięciu dzielnic Nowego Jorku - miał to załatwić inny aresztowany, republikański radny, Daniel Halloran, w zamian za stanowisko wiceburmistrza (albo wiceszefa policji) w przyszłej administracji Smitha. Póki co, wszystko brzmi jeszcze dość sensownie, ale jeśli zagłębić się w szczegóły, cała intryga budzi raczej uśmiech politowania. 

pan Smith jedzie do aresztu

Szanse Smitha na wygraną w wyborach były (a teraz są już na pewno) bliskie zera - bez względu na to w barwach jakiej partii by startował. W prawyborach Demokratów w ogóle nie zamierzał uczestniczyć, wiedząc doskonale, że wygra je najprawdopodobniej Christine Quinn, przewodnicząca rady miasta. W prawyborach republikańskich miałby może jakieś szanse, ale  i tak marne, w porównaniu z dwoma innymi, znacznie bogatszymi od niego kandydatami. Wreszcie, gdyby nawet zdobył ostatecznie republikańską nominację - nie miałby żadnych szans w ostatecznej konfrontacji z Quinn, która od pewnego już czasu wygraną ma praktycznie w kieszeni. 

Republikanie są w Nowym Jorku (mieście) prawie na wymarciu. Halloran, mózg całej operacji, jest zaledwie jednym z czterech (na 51 ogółem) republikańskich rajców miasta. Owszem, obecny burmistrz, Michael Bloomberg, wygrał trzy wybory oficjalnie jako kandydat Republikanów, ale tylko dlatego, że nominację GOP było dużo łatwiej zdobyć niż Partii Demokratycznej - wystarczyły odpowiednio wysokie datki na rzecz organizacji partyjnej, której bliżej do naszego rodzimego Stronnictwa Demokratycznego, niż do partii z prawdziwego znaczenia. Sam Bloomberg zawsze był, zresztą, politykiem centrowym czyli na warunki dzisiejszej, ogólnokrajowej GOP jest totalitarnym komunistą - zwolennikiem ograniczania dostępu do broni palnej, zmniejszania nierówności społecznych etc. 

Nie żeby Halloran był typowym Republikaninem - zamiast, jak większość jego kolegów z partii grzecznie uczęszczać do takiego czy innego chrześcijańskiego kościoła, Halloran jest oficjalnym wyznawcą Odyna, Thora i innych dawnych nordyckich bogów. Udawanie Lokiego - trickstera, który wszystkich potrafi wykiwać - wyszło mu jednak tak sobie.

radny Halloran (na klęczkach, w niebieskiej pelerynce)

Ciekawe jest to w jaki sposób spiskowcy traktowali popkulturę jako źródło (nie)stosownych wzorców. Nie żeby było to coś nowego - doskonale wiadomo, na przykład, że Ojciec chrzestny sprawił, że amerykańska mafia przejęła niektóre z opisanych przez Mario Puzo zwyczajów, żeby być "autentyczniejszą", niektórzy bossowie zaczęli naśladować sposób mówienia Marlona Brando etc. 

Oto, na przykład, dowiadujemy się, że kilka ze spotkań odbyło się w restauracji Sparks Steak House, gdzie w 1985 roku został zamordowany Paul Castellano, szef największej z nowojorskich  rodzin mafijnych, Gambino. Serwują tam, co prawda, jedne z najlepszych steków w Nowym Jorku, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że chodziło raczej o aurę miejsca, a nie o same steki. Wszystko to bowiem wygląda jak nieudolna próba naśladowania filmowej rzeczywistości, włącznie z wygłaszanymi przez Hallorana tandentnymi tekstami w rodzaju: "Polityka to tylko pieniądze, które oliwią tryby" etc.  Pieniądze, które - dodajmy - zgodnie z wszelkimi kliszami - przekazywano sobie w szarych, nieoznakowanych kopertach.

Kiepska reżyseria, kiepski scenariusz, kiepscy aktorzy. Lepiej przypomnieć sobie trzeci i czwarty sezon The Wire.

sobota, 23 marca 2013

Wybierzmy sobie elektorat


Kiedy twoja partia zaczyna tracić głosy i przegrywać kolejne wybory, kiedy rozziew między elektoratem, a programem twojej partii zaczyna się robić coraz większy, możesz próbować zmienić partię, zmodyfikować swój program, otworzyć ją na elektorat z którym dotychczas było ci nie po drodze. To właśnie próbuje zrobić część Republikanów, na przykład przygotowując projekt ustawy emigracyjnej. Ale można też obrazić się na rzeczywistość i spróbować zmienić sobie elektorat - co robią Republikanie w kilku kluczowych stanach przy pomocy "gerrymanderingu", jednego z najstarszych antydemokratycznych narzędzi politycznych w historii amerykańskiej demokracji.

Manipulowanie granicami okręgów wyborczych, jest praktyka starą jak Stany Zjednoczone. 26 marca minie równo dwieście jeden lat od kiedy "Boston Gazette" opublikowało satyryczny rysunek przedstawiający "Gerry-mander", pokręcony niczym salamandra okręg wyborczy stworzony na potrzeby własnej partii przez gubernatora Massachussetts, Elbridge'a Gerry'ego (późniejszego wiceprezydenta). Gerry + salamander = gerrymander. 

oryginalny "Gerry-mander", 1812 rok

Packing polega na zgromadzeniu w jednym okręgu mozliwie jak najliczniejszych wyborców przeciwnika, żeby osłabić ich wpływy w pozostałych okręgach, cracking wręcz przeciwnie - na podzieleniu ich między tak wiele okręgów, by nie byli w stanie zwyciężyć w żadnym. Do tego dochodzi (zwłaszcza w przypadku Demokratów) dzielenie "łakomych kąsków" elektoratu między kilku kandydatów z tej samej partii. Efekty bywają przedziwne:

4. okręg Illinois, "nauszniki", obejmuje najbardziej latynoskie części Chicago (północna portorykańska, połuidniowa meksykańska). Mniejsza o to, że znajdują się na dwóch różnych końcach miasta i łączy je tylko kawałek autostrady - dzięki temu chicagowscy Latynosi mają tylko jednego kongresmena.



3. okręg z Maryland, obejmujący część Baltimore (hello, The Wire), przypominający "plamę krwi na miejscu zbrodni" albo "pterodaktyla z przetrąconym skrzydłem". Zupełnie zbędne dzieło Demokratów, którzy i tak mają ogromną przewagę w Maryland. 


Gerrymandering stosowały z powodzeniem obie partie, jak widać, ale trzeba przyznać, że Republikanie robią to wyjątkowo bezczelnie - i wyjątkowo skutecznie. 

Oto Republican State Leadership Committee, RLSC, organizacja zajmująca się promowaniem republikańskich kandydatów, opublikowała raport na temat postępów projektu o wiele mówiącej nazwie Redmap. Plan zakładał najpierw zdobycie większości w legislaturach stanowych (które ustalają kształt okręgów wyborczych), przed odbywającym się co dekadę spisem ludności (stanowiącego podstawę dla redistricting), a następnie nakreślenie takiej mapy wyborczej, która promowałaby Republikanów. Poszło znakomicie - choć w listopadowych wyborach na Republikanów zagłosowało w sumie o 1,3 miliona MNIEJ wyborców niż na Demokratów, zdobyli o 33 miejsca w Izbie Reprezentantów WIĘCEJ. 

RSLC chwali się, na przykład, wynikiem w Michigan: "Wybory 2012 roku były wielkim sukcesem Demokratów (...), wyborcy wybrali demokratycznego senatora wielkością ponad 20% głosów, a Obama wygrał o prawie 10%, ale (...) do Kongresu wybrano 9 Republikanów i 5 Demokratów". Zaiste, niezły wynik, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że na GOP zagłosowało o 5% mniej wyborców.

W Ohio wynik był bardzo podobny - pięcioprocentowa przewaga Republikanów - ale przełożenie na miejsca w Kongresie już zupełnie inne - 12 miejsc dla GOP, 4 dla Demokratów. Cytując RSLC: "I to mimo, że wyborcy oddali na republikańskich kandydatów zaledwie 52% głosów". Nie da się ukryć, jest się czym chwalić. W Pensylwanii jest jeszcze lepiej - nieco więcej głosów zdobyli Demokraci, co nie przeszkodziło Republikanom zdobyć aż 13 z 18 miejsc w Kongresie.



Wszyscy pieją z zachwytu nad jednomandatowymi okręgami wyborczymi, które rzekomo są bardziej demokratyczne - tymczasem dziś technologia pomaga w opracowywaniu fantazyjnych okręgów, wyznaczanych na podstawie danych demograficznych. Gerrymandering owszem, zapewnia stabilność okręgu, ale zarazem zmniejsza konkurencję ze strony drugiej partii i sprawia, że prawdziwa walka o miejsce rozgrywa się w prawyborach - z demokracją nie ma to jednak wiele wspólnego.

Uświadamia to sobie coraz więcej Amerykanów - wciąż pozostających w mniejszości, ale rosnących w siłę. Rozwiązanie spróbowała znaleźć Kalifornia, która w 2008 roku ustanowiła niezależną komisję mającą wyznaczyć na nowo granice okręgów po spisie ludności z 2010 roku. Trafiło do niej pięcioro Demokratów, pięcioro Republikanów i czwórka niezależnych. Efekt? Analizy wskazują, że Kalifornia ma dziś jedne z najbardziej "konkurencyjnych" okręgów wyborczych w całym kraju, a bycie kongresmenem nie jest już pracą na całe życie.

PS: Wiem, że o gerrymanderingu napisał dziś w Wyborczej Wojciech Orliński, ale nie wyrzucę do kosza tekstu, który od dawna był gotowy i czekał na publikację przy okazji rocznicy. 

piątek, 22 marca 2013

Santorum-Gingrich 2012! (albo odwrotnie)

W komedii Obywatele prezydenci (My Fellow Americans) John Lemmon i James Garner grają dwóch byłych prezydentów z opozycyjnych partii - Republikanina Kramera i Demokratę Douglasa. Są zajadłymi przeciwnikami politycznymi, serdecznie się nieznoszą, występowali przeciwko sobie w przeszłości, ale wspólne traumatyczne przejścia w połączeniu z niechęcią wobec innych polityków sprawiają, że Douglas i Kramer postanawiają wystartować razem w wyborach. Nie mogą tylko dojść do porozumienia w kwestii tego, który z nich zostanie kandydatem na prezydenta, a który na wice. Dziś dowiedzieliśmy się, że niemal równo rok temu political fiction, (dostosowane do panujących realiów, rzecz jasna) prawie stało się ciałem. Dość upiornym ciałem, dodajmy.


Okazuje się, że w czasie ubiegłorocznych republikańskich prawyborów, Rick Santorum i Newt Gingrich, prawie zgodzili się na wspólne wystartowanie we właściwych, listopadowych, wyborach, pod wspólnym, konserwatywnym "Unity Ticket". Obaj kandydaci nie znosili się serdecznie i atakowali się bez pardonu: Gingrich zarzucał Santorumowi, że służy wielkim korporacjom; Santorum Gingrichowi, że zmienia poglądy (i żony) jak rękawiczki. 

Byli jednak zgodni w dwóch kwestiach: po pierwsze, że Obama jest socjalistą, który planuje zniszczyć Amerykę; po drugie, że (względnie) centroprawicowy Mitt Romney byłby (jak ujął to Santorum) "najgorszym Republikaninem jakiego można wystawić przeciwko Obamie". Postanowili zatem stworzyć konserwatywną alternatywę, stanowiącą odpowiedź na głośno artykułowane wśród republikańskich wyborców hasło: Anybody But Romney - "Każdy, byle nie Romney".


Negocjacje między oboma sztabami zaczęły się w lutym, po tym jak Gingrich i Santorum wygrali kilka prawyborów, głównie na Południu, ale ostatecznie zaczęło zanosić się na wygraną Romneya.  Konserwatyści uznali, że tylko łącząc siły zdołają zablokować nominację Romneya. Dlaczego ostatecznie nie wyszło? Odpowiedź jest chyba oczywista - nie mogli się porozumieć w kwestii tego, czy będzie to kampania Santoruma i Gingricha, czy Gingricha i Santoruma. Każdy uważał, że to ON powinien być kandydatem na prezydenta - żaden nie chciał ustapić i zgodzić się na bycie wiceprezydentem, czyli de facto kwiatkiem do kożucha. Santorum argumentował, że to on zwyciężył dotyczczas w większej ilości stanów - Gingrich, że jest starszy od Santoruma, więc młodszy powinien ustąpić. Ostatecznie, to właśnie on zawiesił rozmowy i postanowił dalej próbować samemu - jak się wszystko skończyło, doskonale wiemy. 

poniedziałek, 18 marca 2013

"Podnieśmy w górę pochodnię wolności!"

Pisałem wczoraj o konferencji CPAC na której Republikanie radośonie utwierdzali się w przekonaniu, że z nimi wszystko jest w jak najlepszym porządku, tylko większość Amerykanów się myli. Nie brakuje dowodów na to, że Republikanie wolą funkcjonować w świecie własnych wyobrażeń, zamiast podjąć próbę konfrontacji z nieprzyjemną dla siebie rzeczywistością  - oto kolejny - A Movement on Fire,  dwuminutowy filmik, wyświetlony na CPAC przez organizację Tea Party Patriots, zajmującą się - jak twierdzi - propagowaniem "fiskalnej odpowiedzialności", "konstytucyjnie ograniczonego państwa" i "wolnego rynku". Wspaniale dystopijna i uroczo nieudolnie zrealizowana wizja przyszłości Ameryki w której jak na dłoni widać wszystkie lęki paranoicznej, amerykańskiej prawicy. I nie, to nie jest parodia.


niedziela, 17 marca 2013

Konferencja dobrego samopoczucia

W Maryland trwa właśnie CPAC, Conservative Political Action Conference, doroczne zebranie konserwatystów, czyli de facto Republikanów i ich sympatyków. Ci jednak, którzy po wynikach ubiegłorocznych wyborów liczyli na zwrot, otwarcie na grupy z którymi dotychczas było GOP nie po drodze, a przynajmniej jakąś autorefleksję Republikanów, mogą się czuć rozczarowani. 



Chris Christie, republikański gubernator New Jersey, który nie tylko odnosi sukcesy w demokratycznym stanie, nie został nawet zaproszony. Powód? Dogaduje się jakoś z administracją Obamy, zamiast negować wszystko jak leci, ośmielił się też skrytykować liderów swojej partii w Kongresie. Nic to, że jak na razie we wszystkich sondażach, to właśnie Christie jest faworytem do republikańskiej nominacji w wyborach A.D. 2016. 

Rob Portman, senator z Ohio i niedoszły kandydat na wiceprezydenta u boku Romneya, cenuiony ekspert od spraw budżetowych, też nie dostał zaproszenia. Powód? Poparł ostatnio małżeństwa gejowskie - podobnie jak inni niezaproszeni, a ważni Republikanie: były gubernator Utah, Jon Huntsman, czy była szefowa Hewlett-Packarda, Meg Whitman, która ubiegała się o fotel gubernatora Kalifornii. GOProud, organizacja gejów-republikanów, też nie dostała prawa wstępu na teren konferencji. Nic to, że małzeństwa homoseksualne popiera około 65% młodych Amerykanów.


Zamiast tego, słuchacze mogli wysłuchać Wayne'a LaPierre'a, balansującego na granicy szaleństwa szefa NRA, który wściekał się na rządowe propozycje jakichkolwiek obostrzeń w dostępie do broni - popierane, a jakże, przez większość Amerykanów. Ann Coulter, komentatorka, która miałkość argumentów przykrywa zjadliwymi, a czasami chamskimi komentarzami, wściekała się na plany reformy imigracyjnej (zainicjowanej przez Republikanów, dodajmy), gdyż jeśli do niej dojdzie, "całe Stany zaczną przypominać Kalifornię i Republikanie nigdy nie wygrają już żadnych wyborów".  

Mistrzyni ciętej riposty, Sarah Palin, rzucała złośliwościami pod adresem prezydenta i burmistrza Nowego Jorku, a także przestrzegała przed jakimikolwiek odstępstwami od konserwatywnej ortodoksji. W końcu oświadczyła, że nie ma czegoś takiego, jak "sprawy kobiet" czy "sprawy mniejszości", bo "wszyscy jesteśmy Amerykanami". Jej przemówienie wywoływało wybuchy entuzjazmu, co i raz to przerywane brawami. Ci, którzy jak Jeb Bush, mówili o konieczności zmian, otrzymywali jedynie grzecznościowe oklaski. 

Czy kogoś jeszcze dziwi to, że ci sami Amerykanie o których mówiła Palin coraz mniej chętnie głosują na Partię Republikańską? Może dzieje się tak właśnie dlatego, że GOP woli udawać sama przed sobą, że problemy tych czy innych mniejszości albo nie są istotne, albo w ogóle nie istnieją? Na jakiś czas taka strategia wystarczy - przynajmniej nie będzie psuła dobrego samopoczucia - ale za jakiś czas, nawet bez reformy imigracyjnej, spełni się koszmar Ann Coulter. A wtedy Republikanom (jeśli w ogóle jeszcze jacyś się ostaną) nie będzie już tak wesoło. 

poniedziałek, 11 marca 2013

Festiwal hipokryzji

Jak to zazwyczaj bywa, polskie media mówiąc o trzynastogodzinnym blokowaniu mównicy przez senatora Randa Paula skupiły się głównie na związanych z tym "atrakcjach", przede wszystkim na tym, że musiał  zakończyć (prze)mówienie, bo chciało mu się sikać. Mało kogo interesowało meritum - motywacje, którymi kierował się senator, sprzeciwiający się nominowaniu na szefa CIA Johna Brennana, człowieka odpowiedzialnego za obecną politykę stosowania bezzałogowych dronów do zabijania terrorystów i podejrzanych o terroryzm, w tym także obywateli amerykańskich. Można Paula nie lubić, a jego libertariańskie poglądy uważać za bzdurne uproszczenia, ale nie da się ukryć, że w tym akurat przypadku zachował się nie tylko słusznie, ale też - jako jeden z nielicznych - uczciwie i konsekwentnie. Nawet jeśli przy okazji nieoficjalnie rozpoczął swoją kampanię prezydencką A.D. 2016.

senator Rand Paul

Przy okazji senackiej debaty nad nominacją Brennana świat stanął na głowie. Polityk kojarzony z Tea Party okazał się głosem rozsądku, Republikanie stanęli w jednym szeregu ze znienawidzoną przez siebie lewicową organizacją ACLU (American Civil Rights Union), a Demokraci znaleźli się niebezpiecznie blisko lorda Sithów, Dartha Cheneya.

W czasach Busha, Republikanie wyśmiewali obawy liberałów, którzy zwracali uwagę na wciąż rosnące uprawnienia władzy federalnej w zakresie bezpieczeństwa narodowego, prawo do podsłuchiwania bez nakazu sądowego etc. Pomysł "sądzenia terrorystów", traktowania ich jak jeńców wojennych, podlegających przepisom prawa, przedstawiali jako idiotyczny i niepatriotyczny. Usprawiedliwali użycie tortur jako zła koniecznego, opowiadali się bezterminowym przetrzymywaniem podejrzanych o terroryzm, w tym także amerykańskich obywateli. Dziś ci sami ludzie drżą ze strachu przed tym, że rządowy dron zastrzeli ich bez żadnego powodu "w kawiarni w San Francisco".

Demokraci nie są w tym przypadku o wiele lepsi. Parę lat temu oskarżali Busha i Cheneya o zbrodnie wojenne, tajne rządowe programy uważali za deptanie konstytucji. Dziś zazwyczaj bronią Obamy, choć nikt nie ma chyba wątpliwości, że gdyby administracja republikańskiego prezydenta zachowywała się w tej kwestii tak samo, jak administracja Obamy, pierwsi zarzucaliby mu wprowadzanie cichaczem dyktatury. Przeciwko zatwierdzeniu Brennana głoswała jedynie garstka demokratycznych senatorów, reszta - nawet jeśli miała jakieś wątpliwości - nie chciała być łączona z Randem Paulem. Zdaniem większości Demokratów (i Republikanów) sprawa została rozwiązana, bo prokurator generalny zapewnił Paula, że "prezydent nie ma prawa używać dronów na amerykańskiej ziemi przeciwko amerykańskim obywatelom niezaangażowanym w walkę", a poza tym laureat Pokojowej Nagrody Nobla nie będzie przecież zabijał niewinnych obywateli swojego kraju.

Szczytem hipokryzji - z obu stron sceny politycznej - jest bowiem to, że zainteresowanie dronami gwałtownie wzmogło się dopiero wtedy, kiedy pojawiła się kwestia zabijania Amerykanów. Ataki przy pomocy dronów trwają co najmniej od 2004 roku, w tym czasie zginęło już parę tysięcy osób, w tym także cywile i dzieci. W tym samym czasie w ten sam sposób zginęło trzech amerykańskich obywateli. TRZECH.

John Brennan w czasie  przesłuchania przed senacką komisją do spraw wywiadu

W orędziu do narodu miesiąc temu Obama obiecał więcej przejrzystości w kwestii dronów, po czym na stanowisko szefa CIA mianował człowieka, który cały program dronów wymyślił. Żeby nie było wątpliwości - nie wierzę w rojenia skrajnej prawicy, że rząd federalny (ten albo inny) planuje zabijanie amerykańskich obywateli ot tak, po prostu. Nie wierzę też - jak skrajna lewica i Julian Assange - że jedynym rozwiązaniem jest tzw. "pełna jawność", odtajnienie wszystkich dokumentów jak leci. 

Wiadomo, że każdy amerykański prezydent będzie zlecał zabijanie ludzi uznanych za wrogów Stanów Zjednoczonych - czy to jawnie, na wojnie, czy potajemnie, przez jednostki specjalne, czy wreszcie za pomocą dronów, które są de facto nowoczesną wersją komandosów. Zmienić się tego raczej nie da,  choć - oczywiście - nie jest to powód do radości. Uważam jednak, że można - a nawet należy - wymagać od rządu (szczególnie centrolewicowego, szermującego hasłami otwartości i demokracji), żeby gotów był poddawać się jakiejś formie kontroli ze strony obywateli, szczególnie w tak istotnej sprawie jak decydowanie o życiu i śmierci ludzi - nie tylko Amerykanów.


PS: Żeby było zabawniej (?) okazało się, że Brennan złożył przysięgę na egzemplarz konstytucji z 1787 roku, a zatem taki, który nie zawierał Bill of Rights, czyli pierwszych dziesięciu poprawek - prawa wolności słowa, wolności wyznania, wolności prasy etc. - przyjętych w 1791 roku po to, by ograniczyć władzę rządu federalnego nad obywatelami. Wiadomo, że to głupi przypadek, ale w obecnej sytuacji naprawdę niefortunny.

sobota, 2 marca 2013

It's a trap!

Stało się. Budżetowa gilotyna, dotychczas odkładana i odkładana, spadła ostatecznie w nocy z 28 lutego na 1 marca. Przy okazji sekwestracji Barack Obama popełnił poważny błąd, którego  - mimo PR-owego wysiłku jego sztabu - tak łatwo mu się nie wybaczy.

Nie chodzi wcale o to, że jego doradca rzekomo groził dziennikarskiej gwieździe, Bobowi Woodwardowi, który w końcu ma już na koncie obalenie jednego prezydenta. Okazało się bowiem, że "groźby" Białego Domu były niezwykle uprzejme, a reakcja Woodwarda nieco przesadzona.

Błąd polega na tym, że Barack Obama, pierwszy w Białym Domu fan popkultury z prawdziwego zdarzenia, pomylił Gwiezdne Wojny ze Star Trekiem. W czasie konferencji prasowej powiedział, że nie może zmusić Republikanów do zawarcia porozumienia za pomocą "Jedi mind-meld", myląc sztuczki Jedi z telepatycznymi umiejętnościami Wulkanów. 

Sprawa pozornie drobna, ale nie dla nerdów. W internecie zawrzało - fani zaczęli się oburzać, domagać sprostowania, co bardziej porywczy nawet żądać impeachmentu. Biały Dom zareagował natychmiast, umieszczając link do strony wh.go/jedimindmeld, na której znalazł się prezydencki plan uniknięcia sekwestracji - dowcipnie i celnie (tym razem) nawiązując do Gwiezdnych Wojen i Star Treka. Nie wszystkich fanów to usatysfakcjonowało, ale z pewnością przydało kolejnych punktów Obamie w toczącej się wojnie o przychylność amerykańskiej opinii publicznej.


Sekwestracja pomyślana była jako straszak wobec Kongresu, mający zmusić Demokratów i Republikanów (głównie tych drugich) do kompromisu w sprawie wydatków państwowych. Był to pomysł mniej więcej tak samo głupi, jak plan Federacji Handlowej, żeby za pomocą tajnej blokady Naboo zmusić galaktyczny senat do zmiany podatków. 

Straszak stał się jednak rzeczywistością, gdyż obie strony uznały, że będą w stanie wykorzystać kryzys na swoją korzyść. Republikanie chcieliby zaprezentować się w charakterze niestrudzonych bojowników o mniejszy budżet i niskie podatki, dzielnych rebeliantów walczących z opresyjnym, totalitarnym imperium. 

Sęk w tym, że opinia publiczna odbiera GOP raczej tak, jak chciałby tego Biały Dom - jako ideologicznie zaślepionych sojuszników wielkiego biznesu. Przypominają nie tyle Sojusz  Rebeliantów, ile separatystów z Konfederacji Niezależnych Systemów pod wodzą hrabiego Dooku - walczących rzekomo o niezależność od opresyjnej władzy, ale tak naprawdę służących potężnym galaktycznym korporacjom oraz znacznie mroczniejszym siłom.

Póki co, wydaje się, że zgadzając się na sekwestrację, Republikanie wpadli w PR-ową pułapkę zastawioną przez Obamę. It was a trap! Choć, jak doskonale wiadomo, nie z takich zasadzek wychodzono cało.


środa, 27 lutego 2013

O tym, co komu wypada.


Za pomocą satelitarnej transmisji Pierwsza Dama wygłosiła serię banałów na temat magii kina, po czym wręczyła Oskara dla najlepszego filmu Operacji Argo, hołdowi złożonemu Hollywood (i CIA) przez Hollywood. Małżonka najważniejszego polityka w kraju wręczająca nagrodę jednemu z kilku nominowanych filmów, które mniej lub bardziej zahaczały o tematykę polityczną. Pewnie, że gdyby wygrał Lincoln, wszystkie elementy pasowałyby do siebie jeszcze lepiej, ale na szczęście Akademia oparła się tej pokusie.


Mimo wszystko, zdawać by się mogło, że producenci gali oskarowej, przynajmniej w kwestii zaproszenia Michelle Obamy, podjęli całkiem niezłą decyzję, ale część prawicy ma – a jakże! – inne zdanie. Zarzuty są różne. Po pierwsze, że Michelle Obama nie podziękowała amerykańskim żołnierzom. Po drugie, że stojący za nią żołnierze w galowych mundurach zostali bezwstydnie wykorzystani, sprowadzeni jedynie do roli „dekoracji”. Po trzecie, że w ogóle Pierwszej Damie rzekomo nie wypada „tak” się zachowywać, że obecność na ceremonii urąga godności zajmowanego przez nią stanowiska, pokazuje rzekomo „jak nisko upadliśmy jako naród”.

Postulowana przez część Republikanów konieczność dziękowania żołnierzom przy każdej możliwej okazji robi się już nieco męcząca. Już sam fakt, że Michelle Obama postanowiła wręczyć nagrodę stojąc w towarzystwie żołnierzy właśnie – a nie sama, na tle któregoś z licznych obrazów wiszących w Białym Domu – o czymś chyba świadczy.

Jeśli zaś chodzi o kwestię tego, co wypada, a co nie – najwyższy czas pogodzić się z tym, że model funkcjonowania pierwszej damy w sferze publicznej uległ pewnym zasadniczym zmianom od czasów Mamie Eisenhower. Nawet jeśli czasami medialna aktywność Michelle Obamy rzeczywiście ociera się o nadaktywność, to jednak to, że Pierwsza Dama nie zajmuje się dziś jedynie przecinaniem wstęg i głaskaniem chorych dzieci, wynika w dużej mierze z tego, że oczekiwania opinii publicznej są, po prostu, nieco inne, niż w latach 50.

Prawicowym krytykom pani Obamy warto odświeżyć pamięć i przypomnieć, że w 1981 roku do oskarowych gości zwrócił się za pomocą wideo Ronald Reagan (sam przecież będący kiedyś Hollywoodzką gwiazdą, nawet jeśli nie pierwszej wielkości), a w roku 2002, w otwierającym ceremonię filmiku, pojawiła się poprzednia Pierwsza Dama, Laura Bush. W dodatku obok tego komunisty Gorbaczowa i zbereźnika Iggy'ego Popa.

sobota, 12 stycznia 2013

Pierdyliardowa monetka


Jeśli najbardziej idiotyczne pomysły zaczynają być brane na serio, to wiedz, że coś się dzieje, że nie jest dobrze z amerykańską polityką. Oto najnowsza koncepcja - wybicie przez Departament Skarbu platynowej monety o wartości biliona dolarów (sic!).


Wszystko z powodu - znowu - nieszczęsnego klifu fiskalnego. Od 1917 roku, kiedy wprowadzono coś takiego jak debt-ceiling, Kongres regularnie go podnosił, bez względu na to, kto akurat zasiadał w Białym Domu i kto kontrolował którą izbę Kongresu. Kiedy jednak prezydentem został Obama, sytuacja zrobiła się nerwowa i w 2011 roku sterroryzowani przez Tea Party Republikanie z Izby Reprezentantów zagrozili, że poziomu długu więcej nie podniosą. Innymi słowy, najpierw mówili prezydentowi: "kupuj pan!", a kiedy przyszło do płacenia: "a figa, nie damy ci na to kasy!". Wtedy doszli do porozumienia, które zaowocowało tym, co obserwowaliśmy ostatnio, tzn. histerią z klifem fiskalnym. Teraz grożą, że zrobią to samo.

Pieniędzy braknie w lutym, jeśli Kongres nie podniesie poziomu zadłużenia Stanów Zjednoczonych (czyli właśne debt-ceiling), Departamentowi Skarbu braknie pieniędzy na bieżące wydatki, a rząd federalny stanie się niewypłacalny. A wtedy - wiadomo - nastąpi pangalaktyczny kryzys finansowy i niechybny koniec świata.

Rozwiązań jest kilka,  na czele ze zignorowaniem debt-ceiling w ogóle, które - zdaniem wielu konstytucjonalistów - jest niezgodne z 14. poprawką (Nie będzie poddawana w wątpliwość ważność zadłużenia Stanów Zjednoczonych, powstałego zgodnie z prawem).  Zaskakującą popularność zdobywa jednak wyjście BARDZO nieortodoksyjne, to znaczy wybicie wspomnianej monety o wartości biliona dolarów i umieszczenie jej w skarbcu Rezerwy Federalnej (ichniego NBP), co dodałoby pieniędzy rządowi federalnemu i oddaliło ryzyko ogłoszenia niewypłacalności.

Zezwala na to ustawa o monetach okolicznościowych z lat 90., pozwalająca sekretarzowi skarbu bić platynową monetę wedle własnego uznania, a więc także o wybranym przez siebie nominale. Mówi się głównie o bilionie dolarów (milionie milionów, 1 000 000 000 000 $) czyli amerykańskim trillion, ale równie dobrze może to być kwadryliard, pierdyliard czy milion monet o nominale miliona dolarów. Ot, taki kruczek prawny, na który naście lat temu nikt nie zwrócił uwagi.


Pomysł z monetą zgodny jest zatem z literą prawa, ale na pewno nie z jego duchem. Chodziło o źródło dodatkowych "rozsądnych" dochodów dla Departamentu Skarbu, a nie obchodzenie jakiegoś innego - nawet jeśli też idiotycznego - prawa. W dodatku, prawo dysponowania podatkami i wydatkami ma w Stanach władza ustawodawcza, a nie wykonawcza, więc byłoby to - jak się wydaje - naruszenie zasady trójpodziału władz. 

Republikanie natychmiast się oburzyli (i trudno im się dziwić), ale nie tylko z powodów wyżej wymienionych. Chodzi o to, że jeśli spróbują wziąć w charakterze zakładnika całą gospodarkę (ponownie, dodajmy), Obama będzie miał wyjście z sytuacji. Wyjście głupie - nie da się ukryć - ale zawsze jakieś. Pomysł poparli były szef mennicy państwowejPaul Krugman, jak by nie było noblista, uważając, że jest to wybór między pomysłem  głupim i katastrofalnym, a głupim, ale nieszkodliwym. Wybicie monety nie zwiększałoby bowiem inflacji, działając de facto jak dodatkowy dochód z podatków. Nie pytajcie mnie dlaczego, nie jestem ekonomistą, zainteresowanych szczegółami odsyłam do linków powyżej i do "Economista".

Rzecznik Białego Domu też nie wykluczył wyjścia z monetą, ale wydaje sie, że tak naprawdę chodzi o wystraszenie Republikanów, pokazanie im, że prezydent jest gotów na wszystko. Innymi słowy - o "strategię szaleńca", którą w polityce zagranicznej z powodzeniem stosował Nixon

Sęk w tym, że Mexican standoff ma sens wyłącznie między dwoma racjonalnymi przeciwnikami, jak pokazała choćby zimna wojna, a rozdarta wewnętrznie GOP jest dziś sama na granicy schizofrenii. Gdyby Obama wybił rzeczoną monetę, prawica dostałaby już zupełnego kręćka, a co gorsza jej oburzenie byłoby po części uzasadnione. Droga do unormalnienia amerykańskiej polityki - na czele z Partią Republikańską - na pewno nie leży w tego typu zagrywkach. Nawet jeśli w teorii taki odjechany pomysł brzmi rewelacyjnie.

środa, 9 stycznia 2013

Epoka Nixona

Stulecie urodzin Ronalda Reagana dwa lata temu obchodzono z wielką pompą: dwumetrowy tort, pokryty tysiącami tak lubianymi przez "Gippera" żelków; pokaz lotniczy, składanie wieńców, przemówienia czołowych Republikanów etc. Dziś - właściwie bez echa - przypada setna rocznica urodzin innego republikańskiego prezydenta, który na prawie 30 lat aktywnie zdominował amerykańską scenę polityczną. 9 stycznia 1913 roku w kalifornijskim Whittier urodził się Richard Milhous Nixon, "jedyny amerykański prezydent wobec którego absolutnie nie sposób być obojętnym".



Jeśli zgodzimy się z klasyczną definicją tragedii, to Nixon był postacią tragiczną - człowiekiem nieprzeciętnym, obdarzonym niezwykłymi przymiotami intelektu, który nosił w sobie skazę, człowiekiem doprowadzonym do upadku przez swoją własną hybris. Powiedzieć o Nixonie, że był pełen sprzeczności, to nie powiedzieć nic. 


  • Niebywale inteligentny i oczytany, mistrz polityki zagranicznej, był równocześnie egocentrycznym, mściwym, zakompleksionym "seryjnym kolekcjonerem uraz", którego zgubiły paranoja i nieufność we własne siły. Paradoks tragiczny Nixona polegał na tym, że jego ludzie wcale nie musieli zakładać podsłuchu w sztabie Demokratów w kompleksie Watergate - jak miało się okazać, uwielbiany przez wyborców Nixon wygraną w 1972 roku miał w kieszeni.

  • Introwertyk w zawodzie ekstrawertyka. Wycofany, nieznoszący tego wszystkiego, co składa się na współczesną politykę - poklepywania po plecach, ściskania dłoni, całowania dzieci i ciągłego kontaktu z ludźmi - który nie był w stanie oprzeć się polityce i poświęcił jej całe swoje życie.

  • Jeden z pionierów nowego medium, jakim była wówczas telewizja, który do mistrzostwa opanował manipulację i wykorzystywanie telewizji do celów PR-owych (Checkers!), ale któremu do dziś pamięta się głównie przegraną (pod względem wizerunkowym, dodajmy) debatę z Kennedym w 1960 roku.

  • Mistrz politycznych powrotów, który po przegranych wyborach w 1960 i 1962 (gdy ubiegał się o fotel gubernatora Kalifornii), kiedy wszyscy wysłali go na polityczną emeryturę (z nim samym włącznie), po sześciu latach został kandydatem swojej partii na prezydenta i jako jedyny człowiek w USA dwukrotnie został wybrany wiceprezydentem i prezydentem.


    • Ucieleśnienie amerykańskiego konserwatyzmu, dla Nowej Lewicy wręcz faszysta i reakcjonista, planujący zdemontować Rooseveltowski New Deal i Johnsonowskie Great Society, którego administracja była jedną z najliberalniejszych w powojennej Ameryce. Wydatki federalne na programy społeczne wzrosły z 28 do 40 procent budżetu; czterokrotnie wzrosło federalne wsparcie dla sztuki i kultury poprzez National Endowment for the Arts, NEA; powstała też Agencja Ochrony Środowiska, EPA. Nie udało mu się - choć próbował -  wprowadzić powszechnej opieki zdrowotnej i programu zasiłku dla biednych.

    • Antysemita, który otaczał się Żydami (Hello, Henry). Umiejętnie grał na rasistowskiej nucie, ale to jego administracja de facto wprowadziła akcję afirmatywną i zdecydowanie wprowadzała desegregrację szkolnictwa.

    • Nixon był - obok senatora McCarthy'ego - symbolem  antykomunizmu lat 50. i odegrał swoją niechlubną rolę w polowaniach na czarownice, ale zarazem to właśnie on nawiązał stosunki z komunistycznymi Chinami i doprowadził do odprężenia w stosunkach ze Związkiem Radzieckim.




    Sprowadzanie Nixona tylko do roli dyżurnego złoczyńcy amerykańskiej prezydentury - a tak, zazwyczaj funkcjonuje w kulturze popularnej - jest ogromnym uproszczeniem, na które jednak - co trzeba przyznać - Nixon w dużej części zapracował. Nie sposób jednak przecenić jego wpływu na kształt dzisiejszej polityki Stanów Zjednoczonych i nie jest przesadą określenie drugiej połowy XX wieku mianem "epoki Nixona", którego użył Bob Dole w mowie pogrzebowej byłego prezydenta.


    • To Nixon zakończył wymienialność dolara na złoto, rozmontowując tym samym powojenny system z Bretton Woods - na dobre i na złe. O tym, jak bardzo zmieniło świat (i Amerykę szczególnie) "otwarcie" Chin, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć
    • To Nixonowska "południowa strategia" doprowadziła do tego, że Południe stało się bastionem Republikanów, którzy w dodatku coraz bardziej skręcili na prawo, czego skutki możemy dziś obserwować w całej rozciągłości.
    • To Nixon odpowiada za dzisiejszy podział na Amerykę "czerwoną" i "niebieską", demokratyczną i republikańską, konserwatywną "milczącą większość" (za której czempiona się uważał) i wspieraych przez "mainstreamowe media" "liberałów", dwie Ameryki, które się nie znoszą i boją się siebie nawzajem.
    • To Nixonowska wizja "imperialnej prezydentury", jeszcze bardziej poszerzającej uprawnienia prezydenta, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej, (Jeśli prezydent coś robi, to znaczy, że nie jest to nielegalne) zdominowała dziś myślenie o Białym Domu. Dzisiejsza prezydentura - jak widać nie tylko na przykładzie Busha juniora, ale też Obamy i jego dronów w Afganistanie - zawdzięcza bardzo wiele Nixonowi.

    Mimo swojego znaczenia (a może po części też właśnie z jego powodu) Nixon stał się dla wszystkich - Republikanów czy Demokratów - postacią niewygodną, o której lepiej nie przypominać za często. Podważa wiarę w nieomylność i doskonałość amerykańskiego ustroju, ba, jest najlepszym przykładem wad tego systemu: pokazujac zagrożenia jakie niesie ze sobą zbyt silna prezydentura czy podając w wątpliwość zdrowy rozsądek amerykańskiego elektoratu ("jakim cudem wybraliśmy go aż dwa razy?").

    "Kiedy patrzą na ciebie", mówi grany przez Anthony'ego Hopkinsa Nixon w filmie Olivera Stone'a, patrząc na portret Kennedy'ego, "widzą  tego, kim chcieliby być. Kiedy patrzą na mnie, widzą kim są".


    niedziela, 30 grudnia 2012

    O tym jak to Republikanie z homofobią walczyli.

    Świat się kończy, Partia Republikańska staje w obronie praw gejów! Log Cabin Republicans czyli organizacja republikańskich gejów skrytykowała byłego senatora, Chucka Hagela, którego Obama najprawdopdoobniej mianuje sekretarzem obrony w swojej nowej administracji. W 1998 roku Hagel skrytykował nominowanie Jamesa Hormela przez Clintona amerykańskim ambasadorem w Luksemburgu za to, że był on "agresywnie jawnym gejem". 



    Dowcip polega na tym, że Hagel JEST Republikaninem i to właśnie takim, który chciałby otworzyć swoją partię na mniejszości. M.in. z tego powodu nie po drodze mu z dzisiejszą GOP. Za swoje wypowiedzi na temat Hormela przeprosił i przypomniał, że zmienił zdanie w kwestii praw LGBT i teraz np. wspiera służbę homoseksualistów w armii. Nawiasem mówiąc, kiedy w 1997 roku senacka komisja spraw zagranicznych wypowiadała sie na temat nominacji Hormela, Hagel głosował "za" (w przyciwieństwie do dwóch innych Republikanów). Dobrze też przypomnieć, że przywódca republikańskiej większości zablokował głosowanie w Senacie w tej sprawie, porównując homoseksualizm do alkoholizmu i kleptomanii. 

    Atakowanie Hagela za to, że 15 lat temu znajdował się w mainstreamie swojej własnej partii, jest posunięciem hm... odważnym. Zwłaszcza ze strony organizacji, która w poprzednich wyborach nie miała problemu z poparciem np. Sary Palin czy Paula Ryana.

    O co zatem chodzi? Nie o prawa gejów, ale o to, że Hagel jest przeciwny wojnie z Iranem (wcześniej był czołowym republikańskim krytykiem wojny w Iraku), nie podobają mu się nadmierne wpływy proizraelskiego lobby na amerykańską politykę zagraniczną w rejonie Bliskiego Wschodu i (o zgrozo!) opowiada się za zmniejszeniem budżetu Pentagonu.

    Chuck Hagel

    Strategia Republikanów jest przejrzysta i dobrze znana. Próbują powtórzyć to, co udało jej się z Susan Rice, niedoszłą kandydatką na sekretarza stanu. Tym razem chodzi jednak o to, by utrącić nominację Hagela rękami samych Demokratów, którzy mają się wzburzyć jego wypowiedziami sprzed 15 lat - jak zrobiła to już choćby Rachel Maddow z MSNBC (którą skądinąd bardzo cenię). Log Cabin Republicans są - niestety - tylko narzędziem w rękach swojej (?) partii.


    PS: Organizacja przyznaje, że ogłoszenie w "NYT" (bardzo kosztowne, jak można się domyślić) opłacili w całości "zewnętrzni ofiarodawcy", ale nie mówi kto dokładnie. 

    PPS: Jeszcze kilka tygodni temu szef Log Cabin Republicans chwalił Hagela i jego ewentualną nominację na sekretarza obrony.

    wtorek, 18 grudnia 2012

    Małe wielkie zmiany w amerykańskim Senacie.

    Republikanie będą mieli pierwszego czarnego senatora od 1979 roku, a Południe wyśle do senatu czarnoskórego mężczyznę po raz pierwszy od czasów tzw. Rekonstrukcji, czyli sklejania Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej. Gubernator Karoliny Południowej, Nikki Haley, nie mianowała ani Stephena Colberta (och!), ani Jenny Sanford, ale kongresmena Tima Scotta

    Tim Scott

    Partia Republikańska robi co może, żeby pokazać swoją różnorodność, otwarcie na mniejszości, które masowo odrzuciły kandydata partii w wyborach prezydenckich. Wybór Scotta jest, oczywiście, istotny. Jedyny urzędujący czarny senator (sic!) będzie Republikaninem, a nie Demokratą. Niestety, kiedy Scott przeniesie się z południowego skrzydła Kapitolu do północnego, Republikanie stracą swojego jedynego czarnego członka Izby Reprezentantów, co najdobitniej pokaże jak krótka jest w tej kwestii ich ławka. Dla porównania: Demokraci będą mieli około czterdzieściorga. 

    Prawdziwym testem dla GOP będą specjalne wybory de senatu za dwa lata, kiedy Scott z pewnością będzie ubiegał się o nominację swojej partii, a potem o wsparcie wyborców Karoliny Południowej. Mimo wszystko jednak, decyzja pani gubernator jest bardzo istotna z jeszcze innego, symbolicznego powodu. Scott zasiądzie w senacie dokładnie 10 lat po tym, jak odszedł z niego inny przedstawiciel Karoliny Południowej - Strom Thurmond, który dożył setki, z czego połowę życia jako senator. Thurmond, najpierw Demokrata, potem Republikanin, znany był ze swojego wsparcia dla segregacji rasowej, i niechęci do czarnych (która nie przeszkodziła mu spłodzić dziecka swojej czarnej służącej). Żeby było zabawniej, w republikańskich prawyborach do Izby Reprezentantów dwa lata temu, Scott pokonał syna Thurmonda, Paula. Może to i przypadek, ale trzeba przyznać, że symbolicznie składa się to bardzo ładnie i pokazuje, że jakaś zmiana jednak w Partii Republikańskiej zaszła.

    Strom Thurmond

    PS: Tego samego dnia zmarł Daniel Inouye, blisko dziewięćdziesięcioletni senator z Hawajów (pierwszy raz wybrany jeszcze za kadencji Kennedy'ego) i przewodniczący pro tempore wyższej izby Kongresu, czyli trzecia osoba w kolejce do prezydenckiego fotela. Jego miejsce zajął Pat Leahy z Vermont, o którym wspominałem w recenzji Dark Knight Rises - wielki fan Batmana, który w obu filmach Nolana wystąpił w epizodach. Fajny taki marszałek senatu, nie ma co.

    Pat Leahy i Joker

    środa, 5 grudnia 2012

    Pan Burns objaśnia problem z "klifem fiskalnym"

    "Wyobraźcie sobie gospodarkę jako samochód, którym kieruje bogacz. Jeśli nie dacie kierowcy więcej pieniędzy, zjedzie samochodem z klifu. Tak mówi zdrowy rozsądek".

    piątek, 30 listopada 2012

    R jak Romney

    Smutno być Romneyem - nawet jeśli nadal jest się obrzydliwie bogatym, to twoja partia zaczyna się od ciebie odcinać, spadają ci lajki na fejsbuku, a teraz okazuje się, że nie można nawet liczyć na najwierniejszych, zdawałoby się, fanów. Eric Hartsburg, były zapaśnik z Indiany, który wytatuował sobie na skroni literkę "R", oficjalne logo kampanii Romneya, postanowił je sobie usunąć, choć jeszcze niedawno zarzekał się, że jako "wielki fan Romneya i Ryana zachowa je "na zawsze".


    Jak twierdzi, na jego decyzję wpłynęło jakoby "niegodne" stwierdzenie Romneya, że zwycięstwo Obamie zapewniły "podarunki" dla mniejszości. Cóż, jakoś poprzednie wypowiedzi kandydata Republikanów jakoś nie przeszkodziły mu na zrobienie sobie tatuażu. Wyjaśnienie jest niestety - banalnie proste: 15 tysięcy dolarów. Hartsburg, gorący zwolennik wolnego rynku, wystawił swoją twarz na Ebayu (ciekawe jak to pogodzono z regulaminem?) za 5 tysięcy dolarów. Stanęło na logo kampanii Romneya, na co Hartsburg, zarejestrowany Republikanian (choć określający się mianem "Atheist specialist,ProGay,ProChoice" [pisownia oryginalna]) przystał.

    Teraz czeka go od siedmiu do dziesięciu laserowych sesji usuwania tatuażu, przeprowadzanych co osiem tygodni. Całą procedurę sfinansuje (charytatywnie? reklamowo?) sieć zajmujących się tym salonów Dr. Tattoff. Nie wyklucza jednak wytatuowania sobie czegoś jeszcze przy okazji kolejnych kampanii. Jesli tak, to usuwanie "R" mogło być w sumie złym pomysłem: w roku 2016 startować będą pewnie i Marco Rubio i Paul Ryan.

    Tak czy inaczej, trzeba przyznać, że w kwestii ozdabiania swojego ciała na potrzeby kampanii wyborczej, znacznie lepszego wyboru dokonała Katy Perry.


    sobota, 24 listopada 2012

    Teksasie, dziel się sam!

    Pierwsza Poprawka do amerykańskiej konstytucji daje każdemu obywatelowi prawo do "wnoszenia do rządu petycji o naprawę krzywd". Dziś, petycje do Białego Domu można składać na stronie internetowej, a rząd federalny zobowiązuje się do udzielenia oficjalnej odpowiedzi na te, które zebrały co najmniej 25 tysięcy podpisów. Ludzie apelują o różne rzeczy - o impeachment Obamy, o legalizację marihuany, o wprowadzenie znanego z "Sędziego Dredda" systemu "sędziów", a nawet o komisję międzynarodową do zbadania katastrofy w Smoleńsku (sic!).

    Po reelekcji Baracka Obamy głośno się ostatnio zrobiło o petycjach, jakie złożyli rozczarowani mieszkańcy kilkunastu (jeśli nie kilkudziesięciu) stanów, domagających się prawa do odłączenia się od Stanów Zjednoczonych. Większość z nich ma poparcie podobne jak petycja o "pokojowe wystąpienie" Alderaanu z Galaktycznego Imperium (bo i taka była), ale próg 25 tysięcy przekroczyły już petycje Alabamy, Tennessee, Północnej Karoliny, Florydy, Luizjany, kilka innych "czerwonych" stanów jest blisko.

    Największą popularnością cieszy się (co nie zaskakuje) "pokojowa secesja" Teksasu. Domaga się jej już ponad 116 tysięcy obywateli. Choć dominują Teksańczycy, to jednak nie brakuje podpisów z reszty kraju, co może oznaczać, że pomysł oddzielenia Teksasu od reszty kraju podoba się ludziom z różnych powodów - część może i kibicuje Teksasowi w jego walce o niepodległość, ale zapewne nie brakuje też liberałów, którzy po prostu najchętniej pozbyliby się konserwatywnego Teksasu w ogóle. 


    W petycji w sprawie Georgii czytamy, że stan ten chce "odłączyć się od USA, tak jak Południe od Unii w 1860 roku". Pomijając już błędną datę (Georgia dokonała secesji w styczniu 1861 roku, a Konfederacja powstała w lutym), powoływanie się na TĘ secesję jest chyba kiepskim pomysłem. Po pierwsze, jak doskonale wiemy, nie wyszło. Po drugie, powód secesji był mało chwalebny - chęć utrzymania za wszelką cenę niewolnictwa. Po trzecie, wreszcie, secesja była  nielegalna. Konstytucja nie daje bowiem stanom prawa do wystąpienia z Unii - NAWET Teksasowi.

    Teksańczycy lubią powoływać się na swój jakoby szczególny status, gdyż przez pewien czas niepodległym państwem (tak, tak, mieli nawet ambasady w Paryżu i Londynie). 1/3 mieszkańców tego stanu uważa, że mają prawo sami zdecydować o własnej niepodległości, gdyż na takich warunkach przystąpili do Stanów Zjednoczonych. 


    Po pierwsze, nie są wcale jedyni, bo niepodległym państwem (ba, królestwem!) były wcześniej Hawaje, a nawet Vermont. Po drugie zaś, kiedy w 1845 roku Teksas przyjmowano do Unii, nie przyznano mu prawa do wystąpienia z niej, tym bardziej jednostronniePotwierdził to w 1869 roku Sąd Najwyższy, uznając, że secesja Teksasu razem z innymi południowymi stanami była nielegalna. Niby wszystko jasne - ale jednak nie wszystko.

    Teksas ma bowiem inne prawo - rezolucja Kongresu, na mocy której dokonano aneksji dała Teksasowi możliwość podzielenia się na kolejne stany i to bez pytania o zgodę Kongresu. Teoretycznie, może powstać pięć Teksasów. O ile liczba głosów w Izbie Reprezenantów nie uległaby zapewne zmianie, o tyle w Senacie mogłoby zasiąść ośmiu kolejnych teksańskich senatorów. 

    Żeby było zabawniej, do tej pory na ten punkt rezolucji powoływali się jedynie Demokraci - w 1930 roku kongresmen John Nance Garner (późniejszy wiceprezydent u boku Roosevelta) zaproponował stworzenie Wschodniego Teksasu, Zachodniego Teksasu, Północnego Teksasu, Południowego Teksasu i Centralnego Teksasu. Uważał, że w ten sposób zakończyłaby się dominacja Wschodniego Wybrzeża, a Południe zyskałoby "należyty respekt i uznanie".


    O to samo mogłoby chodzić dzisiejszym Republikanom. Albo konserwatywny Teksas zyskałby na znaczeniu, albo Waszyngton pozwoliłby mu spokojnie się uniezależnić, żeby nie    ryzykować dominacji Republikanów. Tom DeLay, Teksańczyk i były szef GOP w Izbie Reprezentantów (a później śmieszny pan z Tańca z gwiazdami) stwierdził, że gdyby jego stan powołał się na tę klauzulę, "Stany Zjednoczone nas wykopią. Oto jak się dokonuje secesji!" 

    Czy jednak rzeczywiście piątka nowych Teksasów byłaby aż tak republikańska?  
     W 2009 roku, Nate Silver opracował BARDZO interesującą analizę z której wynika, że wcale niekoniecznie, a dramatyczna porażka Romneya wśród Latynosów przypomniała, że przyszłość Teksasu jako bastionu GOP stoi pod znakiem zapytania.


    Choć gubernator Rick "Oops" Perry (który jeszcze kilka lat temu zbijał kapitał polityczny na secesjonistycznych sentymentach) wezwał do zachowania Unii, szef TNM, Texan Nationalist Movement, jednego z kilku teksańskich ruchów niepodległościowych (bo one też się dzielą), który porównuje się do Gandhiego (sic), już odtrąbił wielki sukces ("stajemy się mainstreamem!") i planuje w styczniu 2013 roku marsz poparcia dla niepodległości.

    Dobrze jednak pamiętać, że prawo do składania petycji jest jednak obosieczne. Na stronie Białego Domu pojawiły się wnioski mieszkańców miast (Austin w Teksasie i Atlanty w Georgii) domagających się, by - w razie secesji ich stanów - miasta te mogły dokonać własnych secesji i pozostać częścią USA. Kilka tysięcy osób podpisało też petycje w których proszą, by secesjonistów "pozbawić obywatelstwa i deportować". Pokojowo, oczywiście.