Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GOP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GOP. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2013

Konferencja dobrego samopoczucia

W Maryland trwa właśnie CPAC, Conservative Political Action Conference, doroczne zebranie konserwatystów, czyli de facto Republikanów i ich sympatyków. Ci jednak, którzy po wynikach ubiegłorocznych wyborów liczyli na zwrot, otwarcie na grupy z którymi dotychczas było GOP nie po drodze, a przynajmniej jakąś autorefleksję Republikanów, mogą się czuć rozczarowani. 



Chris Christie, republikański gubernator New Jersey, który nie tylko odnosi sukcesy w demokratycznym stanie, nie został nawet zaproszony. Powód? Dogaduje się jakoś z administracją Obamy, zamiast negować wszystko jak leci, ośmielił się też skrytykować liderów swojej partii w Kongresie. Nic to, że jak na razie we wszystkich sondażach, to właśnie Christie jest faworytem do republikańskiej nominacji w wyborach A.D. 2016. 

Rob Portman, senator z Ohio i niedoszły kandydat na wiceprezydenta u boku Romneya, cenuiony ekspert od spraw budżetowych, też nie dostał zaproszenia. Powód? Poparł ostatnio małżeństwa gejowskie - podobnie jak inni niezaproszeni, a ważni Republikanie: były gubernator Utah, Jon Huntsman, czy była szefowa Hewlett-Packarda, Meg Whitman, która ubiegała się o fotel gubernatora Kalifornii. GOProud, organizacja gejów-republikanów, też nie dostała prawa wstępu na teren konferencji. Nic to, że małzeństwa homoseksualne popiera około 65% młodych Amerykanów.


Zamiast tego, słuchacze mogli wysłuchać Wayne'a LaPierre'a, balansującego na granicy szaleństwa szefa NRA, który wściekał się na rządowe propozycje jakichkolwiek obostrzeń w dostępie do broni - popierane, a jakże, przez większość Amerykanów. Ann Coulter, komentatorka, która miałkość argumentów przykrywa zjadliwymi, a czasami chamskimi komentarzami, wściekała się na plany reformy imigracyjnej (zainicjowanej przez Republikanów, dodajmy), gdyż jeśli do niej dojdzie, "całe Stany zaczną przypominać Kalifornię i Republikanie nigdy nie wygrają już żadnych wyborów".  

Mistrzyni ciętej riposty, Sarah Palin, rzucała złośliwościami pod adresem prezydenta i burmistrza Nowego Jorku, a także przestrzegała przed jakimikolwiek odstępstwami od konserwatywnej ortodoksji. W końcu oświadczyła, że nie ma czegoś takiego, jak "sprawy kobiet" czy "sprawy mniejszości", bo "wszyscy jesteśmy Amerykanami". Jej przemówienie wywoływało wybuchy entuzjazmu, co i raz to przerywane brawami. Ci, którzy jak Jeb Bush, mówili o konieczności zmian, otrzymywali jedynie grzecznościowe oklaski. 

Czy kogoś jeszcze dziwi to, że ci sami Amerykanie o których mówiła Palin coraz mniej chętnie głosują na Partię Republikańską? Może dzieje się tak właśnie dlatego, że GOP woli udawać sama przed sobą, że problemy tych czy innych mniejszości albo nie są istotne, albo w ogóle nie istnieją? Na jakiś czas taka strategia wystarczy - przynajmniej nie będzie psuła dobrego samopoczucia - ale za jakiś czas, nawet bez reformy imigracyjnej, spełni się koszmar Ann Coulter. A wtedy Republikanom (jeśli w ogóle jeszcze jacyś się ostaną) nie będzie już tak wesoło. 

piątek, 9 listopada 2012

"Rzeczywistość ma skrzywienie lewicowe".

332 do 206. Nie da się zaprzeczyć, że daleko mi do Nate'a Silvera, blogera "New York Timesa", który bezbłędnie przewidział wynik wyborów. Wygląda na to, że i ja częściowo uwierzyłem  w alternatywną rzeczywistość, którą karmili nas sztab Romneya i Fox News (co czasami na jedno wychodziło). Według tej wizji, wybory miały być w najgorszym wypadku niezwykle wyrównane, Romney miał mieć szansę na wygraną nie tylko w swing states, ale nawet w kilku stanach tradycyjnie "niebieskich", a niektórzy prognozowali nawet miażdżące zwycięstwo Republikanów. Choć wizja ta wydawała mi się nazbyt optymistyczna, to nie sądziłem jednak, że zwycięstwo Obamy - nie tylko w kolegium elektorskim, ale i w głosowaniu powszechnym - będzie aż tak zdecydowane. 


Kiedy wspomniany Silver, (który samodzielnie ogarnia wszystkie sondaże, statystyki, wskaźniki ekonomiczne etc.), parę dni przed wyborami obliczył dokładnie taki wynik, spadły na niego gromy ze strony Republikanów, zarzucających mu stronniczość, bycie "ideologiem", który prezentuje klasyczne myślenie życzeniowe, a na dokładkę "zniewieściałość", gdyż w prawicowym świecie najwidoczniej tylko "prawdziwy", "męski" samiec potrafi właściwie analizować dane statystyczne.

Rzeczywistość okazała się być, jak widać, zupełnie inna, ale zamknięci w swojej "bańce" medialnej, paranoicznie wierzący wyłącznie Fox News Republikanie, konsekwetnie ją ignorowali. Ich postawę najlepiej ująć słowami klasyka, Stephena Colberta: "Nie wierzę w rzeczywistość. Doskonale wiadomo, że rzeczywistość  ma skrzywienie lewicowe"

Fox News oferowało (i zapewne dalej będzie oferować) zatem zgoła inną wizję Ameryki, w której wszyscy nienawidzą socjalistycznego, pragnącego zniszczyć USA, tyrana: Baracka Husseina Obamy. Jego klęska miała być czymś nieuchronnym, jedynym możliwym rozwiązaniem. Ostatecznie, dziennikarze tej stacji sami uwierzyli we własną propagandę i kiedy okazało się, że Obama wygrał, zupełnie stracili rezon i zaczęli przechodzenie - jak to ktoś ładnie zauważył - czterech z pięciu stadiów żałoby: zaprzeczenia, gniewu, targowania się i depresji. Karl Rove nie chciał przyznać, że Romney stracił Ohio (a tym samym wybory), Donald Trump wzywał na twitterze do rewolucji i marszu na Waszyngton, a Sean Hannity obraził się na Amerykanów, mówiąc, że "zasługują na to, co sobie wybrali". 


Pal sześć, że wizji tej ulegli widzowe Fox News - gorzej (dla nich samych), że we własną propagandę uwierzyli politycy Partii Republikańskiej. Czas pokaże - i to już niedługo - jak poradzą sobie ze stadium ostatnim, tzn. akceptacją. Nieszczęsna rzeczywistość wygląda bowiem dla prawicy o wiele gorzej, niż na pierwszy rzut oka wskazwałaby to niewielka różnica między Obamą i Romneyem w głosowaniu powszechnym.

Romney przegrał wszędzie, gdzie tylko mógł (z wyjatkiem Karoliny Północnej). Przegrał  w Ohio i na Florydzie, i to mimo podejmowanych przez Republikanów prób ograniczenia głosu mniejszościom w obu tych stanach. Dramatycznie przegrał wśród Latynosów (o 40%), przegrał wśród wszystkich mniejszości, wśród kobiet i wśród młodych. Zwyciężył tylko wśród starszych ludzi i białych mężczyzn, których procent w amerykańskim społeczeństwie - zgodnie z wszelkimi demograficznymi prognozami - będzie tylko malał. 


Z taką "bazą" Republikanie będa przegrywać kolejne wybory i GOP musi coś ze sobą zrobić, biorąc lekcję z Kubusia Puchatka: im bardziej będą zaglądać do środka, tym bardziej nic tam nie znajdą. Muszą znowu stać się partią ogólnokrajową (na Wschodnim Wybrzeżu prawie nie ma już Republikanów), "otworzyć się" na kobiety i mniejszości, a nade wszystko podrzucić quasi-religijny radykalizm Tea Party. Ta ostatnia, oczywiście, nie odpuści jednak tak łatwo i już dokonała ataku uprzedzającego w nieuchronnej wojnie domowej GOP. Winą za klęskę obarczyła - oczywiście - zbyt umiarkowanych Republikanów, na czele z Romneyem.

Negowanie rzeczywistości - w której Amerykanie odrzucają  facetów bredzących o gwałtach i innych kandydatów Tea Party, za to wybierają lesbijki, gejów i orkijskie zabójczyniepopierają małżeństwa homoseksualne, a do tego chcą legalizacji marihuany - trwa nadal, ale już niebawem przekonamy się czy zimny prysznic poskutkował.  

A co z przegranym kandydatem? Nie żałujmy Mitta Romneya, bo...


sobota, 1 września 2012

Stary człowiek i krzesło


Choć organizatorzy republikańskiej konwencji w Tampie zrezygnowali z hologramu Ronalda Reagana, obawiając się, że może przyćmić wystąpienie Mitta Romneya (a może chcąc uniknąć  ewentualnych porównań z rozmową Imperatora z Vaderem?), ostatni dzień tegorocznej konwencji Republikanów i tak przejdzie do historii. W czwartek odbył się bowiem najdziwniejszy performance amerykańskiej polityki ostatnich lat: Clint Eastwood rozmawiał z pustym krzesłem, które miało reprezentować Obamę. 

Rozmawiał nie jest chyba dobrym określeniem - Eastwood bez przerwy pokrzykiwał na krzesło, pomstując na politykę gospodarczą Obamy, na niespełnione obietnice, na zamknięcie Guantanamo, a nawet na to, że Stany Zjednoczone zaczęły wojnę w Afganistanie (sic). 

Krzesło musiało odpowiadać szacownemu aktorowi dość niegrzecznie:
"Co mam powiedzieć Romneyowi? Nie mogę mu tego powiedzieć! (...) Sam mu to powiedz. Chyba całkiem zwariowałeś".
Za sprawą mowy Eastwooda stał się istny cud - komentatorzy Fox News zaniemówili. En masse postanowili nie wypowiadać się na temat performance'u Eastwooda i skupili się na wystąpieniu Mitta Romneya, który - wyobraźcie sobie Państwo - także przemawiał w Tampie, mówiąc o wolności, optymizmie, niespełnionych obietnicach Obamy, o tym jak Republikanie chcieli mu rzekomo pomóc (sic!) i -oczywiście - o swojej matce. 

W odpowiedzi na "rozmowę z krzesłem" internet zawrzał, dając początek nowym memom: z "niewidzialnym Obamą", a także z pustymi krzesłami/fotelami/tronami etc., które zyskały zbiorczą nazwę "eastwoodingu"Niestety, oprócz tego pojawiły się żarty z wieku Eastwooda, jego źle dobranych leków etc., zrównujące Eastwooda z ""szalonymi białymi staruszkami", którzy rzekomo stanowią trzon GOPOwszem, Eastwood jest z przekonania konserwatystą, ale daleko mu do fanatyzmu dzisiejszego republikańskiego mainstreamu, o czym pisałem miesiąc temu. Ma też pełne prawo do wyrażania swoich poglądów i popierania swojego kandydata. 

Nie da się jednak ukryć, że przemówienie Eastwooda w Tampie było naprawdę dziwne, nieśmieszne i w sumie dość smutne - i nie jest to wyłącznie opinia zwolenników Obamy. Byłoby jednak bardzo źle, gdyby ten świetny aktor i reżyser został sprowadzony tylko do roli karykatury i w pamięci dzisiejszych nastolatków zapisał się wyłącznie jako "szalony staruszek, który wrzeszczy na krzesło". Lepiej zatem zrobić tak, jak Fox News (nie sądziłem, że kiedyś to powiem) - zobaczyć (całość poniżej) i nie drążyć tematu.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Sztampa w Tampie

Nie, wcale nie zapomniałem o konwencji Republikanów w Tampie - po prostu nie wydaje mi się zbyt interesująca. Oglądam niektóre przemówienia i wszyscy mówią z grubsza to samo: o swoich rodzinnych miasteczkach, o tym co mówił im ich ojciec, o małych przedsiębiorstwach ich ojców, wujków i dziadków, a przede wszystkim o matkach. I, oczywiście, Obamie, który zadłuża Amerykę, rozbudowuje rząd federalny i nie jest przywódcą. W sumie przewidywalna nuda.

Kilka rzeczy zwróciło jednak moją uwagę:

1) Tematem przewodnim konwencji GOP uczyniła odpowiedź na rzekomą uwagę Obamy, że jeśli masz jakiś biznes, to nie Ty go stworzyłeś. Jest to mój typ na największe kłamstwo tegorocznej kampanii, także dlatego, że jest tak grubymi nićmi szyte. Każdy, kto zadał sobie odrobinę trudu i posłuchał całej wypowiedzi Obamy - a nie tylko wyciętego fragmentu puszczanego w kółko przez Fox News - wie, że mowa była o tym, że jeśli masz jakiś biznes, to  nie jesteś samowystarczalny, bo korzystasz z dróg i infrastruktury zbudowanej przez państwo, której zaiste "nie zbudowałeś". 


2) Stosunkowo mało mówi się o samym kandydacie GOP. Prelegenci częściej mówią o urzędującym prezydencie (choć nie tak często, chyba, jak o matkach) niż o swoim kandydacie do Białego Domu. Wygląda to jak gdyby wspominali o nim z musu. 

3) Jeśli ktoś wzbudza prawdziwy entuzjazm delegatów, to wyrzucający z siebie bitewne zawołania Chris Christie i - zwłaszcza - Paul Ryan. Z trudem wyobrażam sobie, żeby przemówienie Romneya było w stanie przyćmić mowę Ryana. Kamera czasem pokazuje Mitta - siedzi skrzywiony, z bólem wypisanym na twarzy. I właściwie trudno mu się dziwić. Z jednej strony musi słuchać tych wszystkich komunałów. Z drugiej, ma chyba przeczucie, że nie wygra i cała ta konwencja służy tak naprawdę promocji kandydatów do republikańskiej nominacji za cztery lata.

4) Matki. Czy wspominałem, że wszyscy mówią o matkach? 

sobota, 14 lipca 2012

Finał zabawy

Ani się człowiek spostrzegł, a tu powoli już dobiega końca gra w "veepstakes". Choć konwencja partyjna dopiero pod koniec sierpnia, sztab Romneya zasugerował, że już niebawem ich kandydat ogłosi, kogo wybrał na swojego wiceprezydenta.

W tym roku sytuacja jest o tyle niecodzienna, że na giełdzie nazwisk nie pojawiają się w ogóle inni uczestnicy prawyborów. Do tej pory zwycięzca nierzadko wybierał sobie na kompana jednego z pokonanych kolegów (Reagan, Clinton, Kerry) - a przynajmniej rozważał taką możliwość. Tym razem nie ma kogo wybierać - jak w "Hunger Games": w świetle kamer uczestnicy skoczyli sobie do gardeł i powyrzynali się wzajemnie, aż na placu boju pozostał tylko jeden, bardzo pokiereszowany zwycięzca. Mowy nie ma zatem o żadnym Santorumie czy Gingrichu.


To sprawiło, że w tej wesołej zabawie uczestniczyli niemal wszyscy. Media wyrzucały z siebie listy nazwisk, czasami zupełnie przypadkowych, i domagały się komentarzy.




W kolejnym etapie słuchaliśmy o tym, kto jest "vetted" czyli sprawdzany pod kątem ewentualnej nominacji. Innymi słowy - czy nie ma kochanki/kochanka, czy nie oszukuje na podatkach, czy nie zatrudnia nielegalnie gosposi, czy nie powiedział kiedyś czegoś STRASZNIE głupiego, etc. Twist zabawy polega na tym, że i tak właściwie nie ma jak sprawdzić kto jest, a kto nie jest prześwietlany, toteż wszystkie strony mogą mówić, co im się żywnie podoba. 

Jeśli zatem jest się ambitnym politykiem średniego szczebla, można łatwo pozyskiwać punkty do znaczenia, rozpoznawalności i obecności w mediach. Równocześnie stosuje się jednak formułkę "jestem bardzo zaszczycony/a, że jestem prześwietlany, ale dalej chcę pracować na zajmowanym stanowisku (gubernator/senator), bo tak obiecałem/am wyborcom...", za pomocą której zdobywa się punkty do odpowiedzialności i oszczędza sobie wstydu, gdyby okazało się, że nie przeszło się do etapu następnego. Jeśli jest się kimś ważnym, a przy tym rzeczywiście zainteresowanym wiceprezydenturą, po wygłoszeniu standardowej formułki należy dodać, że "dałoby się przekonać".

Jeśli się jest Romneyem, można z kolei podsycać zainteresowanie różnymi kandydatami w zależności od potrzeb. Kiedy pojawia się jakiś sondaż, w którym Romney na słabe notowania u kobiet, zwraca się uwagę, że "na liście" jest przecież dużo kobiet - Nikki Haley, Kelle Ayotte, Susana Martinez - a żona Romneya mówi, że jej mąż "rozważa wybranie kobiety na wice". To "rozważanie" jest w ogóle wygodną formułką.

Kiedy tematem są problemy Republikanów z latynoskimi wyborcami, częściej  mówi się o Marco Rubio i wspomnianej już Martinez, gubernator Nowego Meksyku. To ma pokazać, że Romney i GOP są wrażliwi na sprawy tej grupy i poważnie rozważają wybranie latynoskiego VP, ale to, że padają tylko dwa nazwiska, pokazuje raczej jak krótka jest "latynoska ławka" Republikanów.

Czasami zabawa jest aż nazbyt przejrzysta. Po tym, jak kilka dni temu Romney został wybuczany na spotkaniu z NAACP (Krajowym Stowarzyszeniem na rzecz Awansu Ludności Kolorowej), nagle na giełdzie wiceprezydenckiej pojawiła się Condoleezza Rice. Pal sześć, że jak na dzisiejsze standardy GOP jest ona bez mała socjalistką (pro-choice, popiera związki partnerskie, groza) - po wpadce na spotkaniu NAACP sztab Romneya za wszelką cenę chce pokazać, że ich kandydat "rozważa wybranie czarnej osoby", a Condi Rice jest JEDYNĄ rozpoznawalną czarną osobą w szeregach Republikanów. 

Oczywiście, media czasem utrudniają zabawę - obu stronom - donosząc, że dana osoba wcale nie jest "vetted" przez sztab Romneya. Dla kandydata jest to policzek, bo okazuje się, że nawet nie zakwalifikował się do półfinału. Dla Romneya - problem, bo okazuje się, że pomimo zapewnień, wcale nie bierze pod uwagę tego latynosa czy tej kobiety.

Dziś, zbliżając się do finału, słyszymy już tylko o "krótkiej liście", na której mają znajdować się cztery nazwiska:
  • Paul Ryan, kongresmen z Wisconsin, ten od planu oszczędnościowego GOP,
  • Bobby Jindal, gubernator Luizjany, 
  • Tim Pawlenty, były gubernator Minnesoty,
  • Rob Portman, senator z Ohio. 
Jak widać - żadnej kobiety, żadnego latynosa, żadnego Afroamerykanina, mniejszości reprezentuje przynajmniej Jindal - z pochodzenia Hindus. 


Ponieważ ja również bawię się w "veepstakes", obstawiam któregoś z nudziarzy - Pawlenty'ego albo Portmana, od którym od dawna mówiło się, że zostanie VP Romneya. Nie przyćmi szefa, jest z kluczowego Ohio, ma doświadczenie. Z kolei Pawlenty jest z Minnesoty, która też jest ważna, nie brakuje mu doświadczenia i jest odrobinkę ciekawszy od Portmana. Cztery lata temu znalazł się nawet na "krótkiej liście" McCaina, ale ostatecznie wybór padł na wszyscy-wiemy-kogo z wiemy-jakim-skutkiem. Przypuszczam zatem, że Romney nie popełni tego samego błędu i wybierze kogoś bezpiecznego. Choć, jak wiemy, w tej zabawie zdarzają się i niespodzianki, to tegoroczna nie nazywa się ani Condi Rice, ani Marco Rubio, ani (chyba) Bobby Jindal. 

wtorek, 12 czerwca 2012

Trzeci Bush

Niecałe dwa tygodnie temu odsłonięto w Białym Domu oficjalny portret 43 prezydenta, George'a W. Busha. W swojej kategorii nic specjalnego - sam Bush namalowany jest, co prawda, lepiej niż Clinton, ale nieproporcjonalne krzesło o które się opiera wygląda naprawdę strasznie. No cóż, skończyły się już czasy, kiedy prezydenckie portrety malował Singer Sargent.  


Dubya może teraz poświęcać większość czasu na granie w golfa - dziś kiedy pada nazwisko Bush, chodzi już o kogoś innego. Parę dni temu brat George'a, były gubernator Florydy, Jeb (John Ellis Bush), przyznał, że powinien był ubiegać się w tym roku o nominację Republikanów. Można powiedzieć - "Mądry Bush po szkodzie" - wszyscy mu to przecież powtarzali już od co najmniej roku. W teorii, miał wszystko,  czego było trzeba - poparcie elektoratu i partyjnego establishmentu równocześnie, sympatię latynoskich wyborców (via żona Meksykanka), i innych mniejszości, kluczową Florydę w garści, dostęp do pieniędzy na kampanię, a do tego wszystko charyzmę, której tak bardzo brakuje Mittowi Romneyowi.

Ma jednak Jeb także wady, a jedną z nich jest nazwisko - jednak, wbrew pozorom, wcale nie  tylko dlatego, że wyborcom kojarzyłby się z bratem, a zatem - pośrednio - wojną w Iraku, ograniczaniem swobód obywatelskich i kryzysem bankowym 2008 roku. Jeb nigdy nie był bliskim politycznym współpracownikiem brata i nie odgrywał żadnej roli w czasie jego prezydentury.



Problemem Jeba było - i nadal jest - nie tyle to, że dla ogólu elektoratu byłby spadkobiercą swojego starszego brata, ale to, że dla niemałej części GOP byłby spadkobiercą ojca. W 1992 roku, kiedy Bush ojciec przegrał z Billem Clintonem, Jeb - zawsze uważany w rodzinie za mądrzejszego i bardziej utalentowanego - zaczynał na Florydzie karierę publiczną. To on  miał był polityczną nadzieją rodziny, ale na przeszkodzie stanęły ambicje brata, który - nieco ku zaskoczeniu rodziny - został gubernatorem Teksasu, a potem prezydentem kraju. 

Tymczasem, wedle dzisiejszych standardów, Jeb nie jest konserwatywnym Republikaninem, jak brat, ale - tak jak jego ojciec - Republikaninem umiarkowanym, jednym z ostatnich przedstawicieli ginącego gatunku. Należy do niego też Mitt Romney, który żeby przetrwać w nieprzyjaznym środowisku, jakim stała się dzisiejsza GOP, musiał przybrać barwy ochronne, strojąc się w szaty ultrakonserwatysty. Niezbyt mu to - oczywiście  - wychodzi, ale wszyscy udają, że w to wierzą: prawdziwi konserwatyści, żeby w listopadzie móc głosować na niego z jako takim przekonaniem; Demokraci z Obamą na czele, żeby móc łatwiej zrównywać Romneya z Santorumem, Palin i świrami w rodzaju Rusha Limbaugha czy Glenna Becka, który ostatnio stwierdził, że Theodore Roosevelt był socjalistą.

Jeb, stwierdziwszy, że przespał swoją szansę, może teraz mówić szczerze. I mówi to, co myśli, ale co w panującej dziś w GOP atmosferze ideologicznej ortodoksji, brzmi jak herezje. Jak to, że za czasów jego ojca (i Ronalda Regana) Republikanie szli na kompromisy z Demokratami. Że wspólpraca obu partii pozwala na zrobienie wielu pożytecznych rzeczy. Odważył się pochwalić Obamę i niektórych członków jego gabinetu.
Nie muszę bawić się w bycie stuprocentowo przeciwko prezydentowi Obamie w sprawach w których uważam, że postępuje słusznie (...). Nie mam zamiaru po prostu powtarzać "nie", "nie".
Jeb przyznał też - o zgrozo - że aby zrównoważyć budżet konieczne jest nie tylko dokonywanie cięć (co, jak mantrę powtarzają Republikanie), ale też podnoszenie podatków. Do tego dodał, że jeśli Romney wygra, będzie konieczny "wielki kompromis" między obiema partiami i Republikanie będą musieli podnieść podatki - tak, jak kilkakrotnie zrobił to Ronald Reagan (sic!) i Bush ojciec (co, ostatecznie, kosztowało go prezydenturę, ale nie nominację własnej partii - to jednak trochę inna historia).

Do tego wszystkiego przyznał rację Obamie, że Reagan i Bush ojciec mieliby dziś kolosalne problemy z uzyskaniem nominacji GOP. Czym, właściwie, odpowiedział na pytanie jakie byłyby jego własne szanse w roku 2016, gdyby chciał startować jako kandydat "umiarkowany".

PS: Dziś 88 urodziny obchodzi George H. W. Bush, 41 prezydent. Choć 75, 80 i 85 urodziny świętował skacząc ze spadochronem, stan zdrowia nie pozwala mu już na tak spektakularne obchody. Ważniejsze jest jednak to, że Bush ojciec, który nigdy nie (współ)napisał wielkich wspomnień z czasów swojej prezydentury, zgodził się na to, by HBO nakręciło o nim film dokumentalny - "41". Premiera pojutrze, 14 czerwca.

wtorek, 10 kwietnia 2012

"Dziś Reagan nie zdobyłby nominacji Republikanów"


Kilka razy wspomniałem już o tym, że umiarkowani Republikanie zaczynają być ginącym gatunkiem, ale tempo w jakim się to dzieje, zaskakuje chyba wszystkich, którzy jeszcze jakiś czas temu czytali wszędzie jak to Obama i Demokraci są skazani na katastrofalną klęskę w tegorocznych wyborach.

Tymczasem tu i ówdzie widać było pewne znaki. Schemat jest podobny. W republikańskich prawyborach, w konserwatywnych stanach, przeciwko umiarkowanemu, walczącemu o reelekcję incumbent staje bardziej „konserwatywny” kandydat „z ludu”, atakujący go z prawej strony za nawet najmniejsze odstępstwo od „konserwatywnej” doktryny. Ponieważ Demokrata zazwyczaj się w tych stanach nie liczy, walka o zwycięstwo odbywa się, de facto, w czasie prawyborów – kto je wygra, ma 99,9% na wygraną w listopadzie.

Zaczęło się już w 2010 r. i to obiecująco. W Utah Tea Party wykopała w prawyborach urzędującego senatora-weterana, Boba Bennetta (trzy kadencje w Senacie), zamieniając go na innego, wspieranego m.in. przez Ricka Santoruma, kandydata, który wygrał w cuglach – jak to zwykle Republikanin w Utah.

W innych stanach nie poszło jednak aż tak dobrze. Na Alasce, senator Lisa Murkowski (nie, nie będę pisał o jej polskich korzeniach), o włos przegrała w prawyborach z niejakim Joe Millerem, wspieranym przez Sarę Palin. Choć w grę wchodziły tu również osobiste animozje między paniami, przede wszystkim Miller był kandydatem Tea Party – poparła go np. także Michelle Bachmann. Mimo to, tradycyjnie konserwatywna przecież – ale umiarkowanie – Alaska wybrała Murkowski, dopisując jej nazwisko (a także rozmaite jego wersje) do listy.

W Delaware porażka była jeszcze bardziej spektakularna. O zwolnione przez wiceprezydenta Joe Bidena miejsce miał odbyć się pojedynek między obiema partiami – wyrównany, choć ze wskazaniem na GOP. Tymczasem, prowadzący w sondażach były republikański gubernator został pokonany przez Christine O'Donnell, „byłą czarownicę”, która doznała religijnego nawrócenia i walczy z masturbacją. W listopadowych wyborach z kretesem przegrała z bezbarwnym Demokratą.

Wielu komentatorom zdawało się, że te porażki przypieczętowały los republikańskich radykałów, którzy mogą zaszkodzić centroprawicowym kandydatom, ale sami nie są w stanie (zazwyczaj) wygrać. Tymczasem w 2012 roku Mitt Romney musi użerać się z Rickiem Santorumem, który sam nie tylko nie zdobędzie nominacji, ale też gdyby ją jakimś cudem zdobył (a w cuda wierzy), to przegrałby z Obamą sromotnie.

To jednak nie ma znaczenia. Atakowany z prawej, Romney broni się z prawej, raz po raz zaprzeczając wszystkiemu temu, co czyniło go atrakcyjnym kandydatem dla centrowych, tzw. niezależnych wyborców. W ostatnim, „Mad Menowym” numerze „Newsweeka” polecam interesujący artykuł Davida Fruma George and Mitt Romney & the Death of Moderate GOP”). Autor (Republikanin) porównuje kampanie wyborcze Mitta Romneya i jego ojca, George'a. Pokazuje, jak w 1968 roku Romney-ojciec sprzeciwiał się partyjnym radykałom, a 44 lata później jego syn próbuje się im przypodobać.

"W 1966 roku George Romney próbował ich pokonać. W 2012 roku Mitt Romney chce do nich przystać.W 1966 roku zdawało się, że umiarkowani będą rządzić GOP już zawsze, a George Romney był ich wielką nadzieją. W 2012 roku umiarkowani są na wymarciu, a Mitt Romney poświęca większość czasu na dystansowanie się od tego wszystkiego co zdziałał, a co może go z nimi łączyć".

Nie są to, co warto w tym miejscu podkreślić, ci sami radykałowie. Senator Barry Goldwater, „Mr. Conservative” który zdobył nominację GOP w 1964 roku i przegrał z Johnsonem największą – 22% - ilością głosów w historii, z czasem znalazł się na jej liberalnym skrzydle – nie ruszając się zbytnio z zajmowanych pozycji, jeśli nie licząc jego poparcia dla służby homoseksualistów w armii.

Przesunięcie się Republikanów na prawo jest tak kolosalne (nie mówię tu już o ostatnich czterdziestu latach, ale ostatnich czterech), że dla republikańskich wyborców przewiną staje się jakakolwiek współpraca z Demokratami w ogóle, a z prezydentem Obamą w szczególności.

Oto Dick Lugar, najstarszy wiekiem i stażem Republikanin w senacie (od 1977 roku), specjalista od spraw zagranicznych, wymieniany jako kandydat na sekretarza stanu, musi tłumaczyć się swoim wyborcom z popełnienia tak z ich punktu widzenia czynów, jak głosowanie za zatwierdzeniem obu nominatek Obamy do Sądu Najwyższego czy dobre kontakty z prezydentem, z którym współpracował w senackiej komisji spraw zagranicznych. Wyniki sondażowe nie są zaskakujące – kandydat GOP/Tea Party, remisuje w sondażach z kandydatem Demokratów, którzy sześć lat temu nawet nie wystawili nikogo przeciwko Lugarowi – taką cieszył się popularnością w swoim stanie.

W konserwatywnym Kansas („What's the matter with Kansas?”) w prawyborach do stanowej legislatury republikanie radykalni walczą z republikanami umiarkowanymi, którzy mają czelność blokować niektóre pomysły ultrakonserwatywnego gubernatora Sama Brownbacka, np. całkowitą likwidację dotacji na kulturę.

Nic dziwnego, że Olympia Snowe, najstarsza wiekiem i stażem Republikanka w senacie, wielokrotnie uznawana za najlepszą senator w izbie, ogłosiła ostatnio, że odchodzi z polityki:

Frustrujące jest to, że w naszych kampaniach wyborczych i instytucjach politycznych dominująca stała się atmosfera polaryzacji i podejście „albo będzie po mojemu, albo nie będzie wcale”.

Najlepiej podsumował to sam Obama, mówiąc, że gdyby dziś Ronald Reagan ubiegał się dziś o nominację Republikanów, „nie wyszedłby zwycięsko z prawyborów”. I nie jest to wcale dla niego powód do radości. Politykę w Stanach uprawia się na szczeblu federalnym w centrum – jeśli wygra wybory w listopadzie (a wydaje się to coraz pewniejsze), może się okazać, że współpraca z Kongresem może być jeszcze trudniejsza niż dotychczas. Radykałowie nie wygrają, ale przeszkadzać mogą – jak Santorum.