Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fox News. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fox News. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2013

Beyoncegate

Oto mamy pierwszy "skandal" drugiej kadencji Obamy. Zgodnie z najgorszą amerykańską tradycją dodawania końcówki "-gate" do każdej, choćby najbardziej błahej sprawy, do "Troopergate", "Monicagate" i "Nipplegate" doszła dziś "Beyoncegate". Dziś wyszło bowiem na jaw, że Beyonce zaśpiewała wczoraj hymn z playbacku, nagranego kilka dni wcześniej.

Bidenowi się podobało...

Mnie tam się niespecjalnie podobało (jeśli już musze słuchać hymnów, to wolę inne wersje), ale nie da się ukryć, że głos Beyonce ma. Wczoraj i dziś jej występ dość powszechnie chwalono (i to czasem w wielkich słowach), toteż sprawa jest zaiste trochę niezręczna. Owszem, nagrywanie występów przed ceremonią zaprzysiężenia jest powszechną praktyką, ale na wypadek gdyby coś się stało albo było wyjątkowo zimno - jak cztery lata temu, kiedy z playbacku zagrał nawet wiolonczelista, Yo-Yo Ma.

Tym razem jednak nie było aż tak lodowato i nie bardzo wiadomo dlaczego Beyonce zdecydowała się na playback i to jeszcze z tym całym wyjmowaniem słuchawki z ucha, która i tak nie była jej potrzebna, machaniem rękoma etc. Przejdzie do historii prezydenckich trivia jako pierwsza artystka, która zaśpiewała hymn na inauguracji z playbacku. Zwłaszcza, że nijt nie wątpli w to, że byłaby w stanie zaśpiewać go na żywo równie dobrze. Jako sie rzekło - głupio, ale tylko trochę. 

...ale sędzia Scalia jakby coś podejrzewał.

Na amerykańską prawicę zawsze jednak można liczyć. Przeciwnicy Obamy dostali do ręki kijek, którym mogą (i pewnie będą) smagać prezydenta. Drudge Report wrzucił to na samą górę strony; Breitbart nazwał Beyonce (albo Obamę): First Faker (Pierwszy/a Oszust/ka); Fox News zrobiło z tego news dnia pod wymownym tytułem O Say Can't She Sing?. Skwapliwie przypomniało, że niejaki Beau Davidson, który śpiewał hymn w trasie z Romneyem zawsze robił to na żywo" i "tylko raz w swojej karierze zaśpiewał z playbacku, a to dlatego, że miał zapalenie oskrzeli". 

Zachowują się tak, jak gdyby Obama osobiście włączył w poniedziałek Beyonce taśmę z nagranym hymnem. W końcu Nixon miał swoje taśmy, więc dlaczego Obama nie ma mieć własnej afery z taśmami? Nieszczęsne robienie "-gate" z każdej głupoty jest, oczywiście, w dużej części winą goniących w piętkę mediów. Inicjatorem tej praktyki był - o czym mało kto pamięta - były współpracownik Nixona, William Safire, który robił to właśnie po to, żeby przez strywializowanie Watergate zmiejszyć winę swojego szefa. I trzeba powiedzieć, że jeśli słuchanie kogoś, kto śpiewa z playbacku można na poważnie porównać  z  notorycznym łamaniem konstytucji, to - jak widać - Safire'owi wyszło zupełnie niezgorzej. 

W całej tej sytuacji zabawne jest to, że jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, to playback Beyonce nie powinien dziwić. Wczorajsza inauguracja sama była bowiem tylko spektaklem zorganizowanym dla publiczności, "dramatycznym odtworzeniem" zaprzysiężenia, które miało miejsce w niedzielę, 20 stycznia. Aktorska interpretacja w wykonaniu Beyonce była zatem jak najbardziej na miejscu. 

Co nie zmienia faktu, że Beyonce zasługuje na prztyczek w nos, który wymierzy jej Aretha Franklin. Bez playbacku i w najwspanialszym kapeluszu jaki widziały prezydenckie inauguracje.


czwartek, 29 listopada 2012

Skrajna prawica odkrywa sztukę performance'u

Styl paranoiczny w amerykańskiej polityce, o którym pisał Richard Hofstadter w latach 60., ma się wciąż znakomicie. Dziś największym z prawicowych oszołomów jest Glenn Beck, który z wariactwem w oczach rozrysowuje na tablicach swoje teorie spiskowe w których wszystko łączy sie ze wszystkim, a także wzywa do gromadzenia broni i obrony przed komunistyczną dyktaturą Husseina Obamy, która chce zamykać "prawdziwych Amerykanów" w obozach FEMA. 


Glenn Beck broni też prawdziwych Amerykanów przed zgniłymi, lewicowymi elitami, propagującymi "obrazoburczą sztukę". Ostatnio poszło - co nie jest zaskakujące - o Obamę, a konkretniej o obraz Michaela d'Antuono pod tytułem Truth, pokazujący prezydenta w pozie ukrzyżowania, z koroną cierniową na głowie. Choć teoretycznie może to być kpina z retoryki mesjanistycznej, która towarzyszyła pierwszemu wyborowi Obamy, chodzi raczej o to, że Obama jest krzyżowany przez prawicę niczym Jezus. Estetycznie obraz jest bardzo  średni, przypominający - paradoksalnie - malowidła Jona McNaughtona o których pisałem w maju.


Trzeba przyznać, że Beck walczy z "obrazoburczą sztuką" metodą znacznie kreatywniejszą niż poseł Tomczak z rzeźbą papieża autorstwa Maurizio Cattelana. Zamiast niszczyć, zajął się tworzeniem. Oto przygotował własne dzieło sztuki - w dużym słoiku pełnym (jak twierdził) własnego moczu umieścił plastikową figurkę Baracka Obamy. Dzieło zatytułował "Obama in Pee Pee", "Obama w siuśkach", po czym wystawił je na Ebayu.


Chodziło - jak twierdził - o przetestowanie hipokryzji lewicy, która powołuje się na Pierwszą Poprawkę do Konstytucji, gwarantującej wolność wypowiedzi. Jeśli lewica ma prawo do obrażania symboli religijnych tworząc "pseudosztukę", na przykład porównując Obamę do Jezusa - a jego zdaniem niestety ma - to on ma prawo tworzyć sztukę obrazoburczą dla lewicy. Beck oczywiście nawiązywał do znanej pracy Andresa Serrano Piss Christ, przedstawiającej zdjęcie krucyfiksu zanurzonego w zbiorniku z moczem. Atakowany przez Republikanów w latach 90., bronił go, m.in., "New York Times", powołując się właśnie na swobodę wypowiedzi artystycznej.

Prowokacja Becka nie wyszła i to z kilku powodów. Choć Ebay usunął aukcję za złamanie regulaminu (na portalu nie wolno sprzedawać moczu i "innych wydzielin"), wbrew oczekiwaniom Becka "lewicowe elity" nie wybuchły świętym oburzeniem, na co tak liczył. Jego pracę uznano po prostu za infantylną i wtórną. Lewicy daleko do reakcji choćby Ligi Katolickiej, która oburza się pracami Serrano i Antuono, domagając się przeprosin od twórców i chcąc cenzurować ich wystawianie. 

Największy cios zadał sobie jednak sam Beck, kiedy wyjawił, że w słoiku było zwykłe piwo. Wyszło na to, że nie ma dość odwagi, żeby naprawdę wywołać skandal.

Paradoksalnie, jeśli Glenn Beck stworzył prawdziwe dzieło sztuki, to był nim długi wstęp do zanurzania Obamy - kpiarski wykład na temat pojęcia tabu i nagości w sztuce, w którym Beck udawał historyka sztuki, francuskiego malarza, a także cenzurował Rubensa. Był to naprawdę znakomity performance na temat stanu psychiki amerykańskiej skrajnej prawicy.

piątek, 9 listopada 2012

"Rzeczywistość ma skrzywienie lewicowe".

332 do 206. Nie da się zaprzeczyć, że daleko mi do Nate'a Silvera, blogera "New York Timesa", który bezbłędnie przewidział wynik wyborów. Wygląda na to, że i ja częściowo uwierzyłem  w alternatywną rzeczywistość, którą karmili nas sztab Romneya i Fox News (co czasami na jedno wychodziło). Według tej wizji, wybory miały być w najgorszym wypadku niezwykle wyrównane, Romney miał mieć szansę na wygraną nie tylko w swing states, ale nawet w kilku stanach tradycyjnie "niebieskich", a niektórzy prognozowali nawet miażdżące zwycięstwo Republikanów. Choć wizja ta wydawała mi się nazbyt optymistyczna, to nie sądziłem jednak, że zwycięstwo Obamy - nie tylko w kolegium elektorskim, ale i w głosowaniu powszechnym - będzie aż tak zdecydowane. 


Kiedy wspomniany Silver, (który samodzielnie ogarnia wszystkie sondaże, statystyki, wskaźniki ekonomiczne etc.), parę dni przed wyborami obliczył dokładnie taki wynik, spadły na niego gromy ze strony Republikanów, zarzucających mu stronniczość, bycie "ideologiem", który prezentuje klasyczne myślenie życzeniowe, a na dokładkę "zniewieściałość", gdyż w prawicowym świecie najwidoczniej tylko "prawdziwy", "męski" samiec potrafi właściwie analizować dane statystyczne.

Rzeczywistość okazała się być, jak widać, zupełnie inna, ale zamknięci w swojej "bańce" medialnej, paranoicznie wierzący wyłącznie Fox News Republikanie, konsekwetnie ją ignorowali. Ich postawę najlepiej ująć słowami klasyka, Stephena Colberta: "Nie wierzę w rzeczywistość. Doskonale wiadomo, że rzeczywistość  ma skrzywienie lewicowe"

Fox News oferowało (i zapewne dalej będzie oferować) zatem zgoła inną wizję Ameryki, w której wszyscy nienawidzą socjalistycznego, pragnącego zniszczyć USA, tyrana: Baracka Husseina Obamy. Jego klęska miała być czymś nieuchronnym, jedynym możliwym rozwiązaniem. Ostatecznie, dziennikarze tej stacji sami uwierzyli we własną propagandę i kiedy okazało się, że Obama wygrał, zupełnie stracili rezon i zaczęli przechodzenie - jak to ktoś ładnie zauważył - czterech z pięciu stadiów żałoby: zaprzeczenia, gniewu, targowania się i depresji. Karl Rove nie chciał przyznać, że Romney stracił Ohio (a tym samym wybory), Donald Trump wzywał na twitterze do rewolucji i marszu na Waszyngton, a Sean Hannity obraził się na Amerykanów, mówiąc, że "zasługują na to, co sobie wybrali". 


Pal sześć, że wizji tej ulegli widzowe Fox News - gorzej (dla nich samych), że we własną propagandę uwierzyli politycy Partii Republikańskiej. Czas pokaże - i to już niedługo - jak poradzą sobie ze stadium ostatnim, tzn. akceptacją. Nieszczęsna rzeczywistość wygląda bowiem dla prawicy o wiele gorzej, niż na pierwszy rzut oka wskazwałaby to niewielka różnica między Obamą i Romneyem w głosowaniu powszechnym.

Romney przegrał wszędzie, gdzie tylko mógł (z wyjatkiem Karoliny Północnej). Przegrał  w Ohio i na Florydzie, i to mimo podejmowanych przez Republikanów prób ograniczenia głosu mniejszościom w obu tych stanach. Dramatycznie przegrał wśród Latynosów (o 40%), przegrał wśród wszystkich mniejszości, wśród kobiet i wśród młodych. Zwyciężył tylko wśród starszych ludzi i białych mężczyzn, których procent w amerykańskim społeczeństwie - zgodnie z wszelkimi demograficznymi prognozami - będzie tylko malał. 


Z taką "bazą" Republikanie będa przegrywać kolejne wybory i GOP musi coś ze sobą zrobić, biorąc lekcję z Kubusia Puchatka: im bardziej będą zaglądać do środka, tym bardziej nic tam nie znajdą. Muszą znowu stać się partią ogólnokrajową (na Wschodnim Wybrzeżu prawie nie ma już Republikanów), "otworzyć się" na kobiety i mniejszości, a nade wszystko podrzucić quasi-religijny radykalizm Tea Party. Ta ostatnia, oczywiście, nie odpuści jednak tak łatwo i już dokonała ataku uprzedzającego w nieuchronnej wojnie domowej GOP. Winą za klęskę obarczyła - oczywiście - zbyt umiarkowanych Republikanów, na czele z Romneyem.

Negowanie rzeczywistości - w której Amerykanie odrzucają  facetów bredzących o gwałtach i innych kandydatów Tea Party, za to wybierają lesbijki, gejów i orkijskie zabójczyniepopierają małżeństwa homoseksualne, a do tego chcą legalizacji marihuany - trwa nadal, ale już niebawem przekonamy się czy zimny prysznic poskutkował.  

A co z przegranym kandydatem? Nie żałujmy Mitta Romneya, bo...


środa, 24 października 2012

Troll Donald

Trolli nie należy karmić. Teoria mówi, że to jedyna skuteczna metoda walki z trollem: zniechęcony, głodny uwagi, zaprzestanie działalności albo przynajmniej pójdzie sobie gdzie indziej. W praktyce rzadko kiedy to jednak działa, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie trolla słuchał, wdawał się w nim w polemikę, traktował jak normalnego uczestnika dyskusji.


Wydaje się, że największym - a niewątpliwie najbogatszym - trollem amerykańskiego dyskursu publicznego jest Donald Trump, człowiek o największym ego świata, który żyje po to, by zwracać na siebie uwagę. Zachowuje się tak, jak gdyby był jednym z najbogatszych Amerykanów (zgrywając guru biznesu w telewizyjnym "The Apprentice") w dodatku odnoszącym niebywałe sukcesy, tymczasem kilkakrotnie znajdował się na progu bankructwa,  awiele jego przedsięwzięć biznesowych kończyło się upokarzającym fiaskiem. Na liście najbogatszych Amerykanów magazynu "Forbes" plasuje się daleko poza pierwszą setką (o czym chyba woli nie przypominać), ale za to na miejscu 17 listy najpotężniejszych celebrytów.

Historia politycznego zaangażowania Trumpa jest równie wyboista, jak jego kariera w interesach. Zaczynał jako Republikanin; potem wstąpił do dawnej partii Rossa Perota, Partii Reform; na krótko zapisał się do Demokratów, po czym znowu wrócił do Partii Republikańskiej. W przeciwieństwie jednak do Michaela Bloomberga, obecnego burmistrza Nowego Jorku (który, nawiasem mówiąc, jest od Trumpa co najmniej kilkanaście razy bogatszy, ale się z tym nie afiszuje), wygrywającego kolejne wybory, Donaldowi Trumpowi najlepiej wychodzą długie i publiczne "rozważania".

Rozważał ubieganie się o prezydenturę z ramienia Partii Reform, rozważał kandydowanie na gubernatora Nowego Jorku z ramienia Partii Republikańskiej; w 2010 ogłosił, że rozważa startowanie w prawyborach GOP. Przez pewien czas nawet prowadził w sondażach, ale cóż, Herman Cain też miał swój moment. Wszystko jednak wyszło tak, jak to często w przypadku Trumpa bywa - wiele hałasu o nic. W prawyborach nie wystartował, potem jeszcze ogłosił parę razy, że może będzie walczył o prezydenturę jako niezależny; poparł Michele Bachmann (która "wyjawiła", że rozważa Trumpa jako swojego wiceprezydenta), a ostatecznie wsparł Romneya i zajął się walką z Obamą, "najgorszym prezydentem w historii".

A dokładniej - walką o PRAWDĘ. Trump jest bowiem gorliwym zwolennikiem teorii, że Barack Obama nie urodził się wcale w Stanach i przez to nie mógł zostać prezydentem. Od czasu do czasu pojawia się zatem w telewizji i domaga się ujawnienia "prawdziwego" aktu urodzenia Obamy. Każde kolejne "ogłoszenia" Trumpa wydawały się coraz bardziej desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi. Nic zatem dziwnego, że kiedy parę dni temu ogłosił, że w środę ogłosi coś "przełomowego" na temat prezydenta Obamy, co "zmieni dynamikę tej kampanii", mało kto się tym przejął, a większość mediów machnęła ręką. 

Od czego jest jednak FoxNews, które nie ma żadnych problemów z karmieniem trolla Donalda. Moje ulubione trio z campowego porannego programu Fox and Friends przeprowadziło rozmowę telefoniczną z Trumpem na temat jego domniemanych rewelacji. Proszę spojrzeć samemu: ta radość na twarzach całej trójki, to przebieranie nóżkami z podekscytowania, że oto może pojawić się coś, czym uda się wreszcie dowalić Barackowi Obamie. "Daj nam podpowiedź! Choćby małą!" 



Jak się to wszystko zakończyło? Dokładnie tak, jak sie tego można było spodziewać. Bukmacherzy zaczęli obstawiać cóż takiego może ujawnić Donald: że Obama jest kosmitą? (100 do 1); że Obama jest jego synem? (500 do 1) Niestety, nic z tego. Trump oświadczył, że jeśli prezydent Obama ujawni swoją dokumentację ze studiów oraz podanie o paszport, to on przekaże 5 milionów dolarów na organizację dobroczynną, którą wybierze Obama. Zaiste, wstrząsające i przełomowe.

"Wiem jedno - to będzie coś wielkiego i kiedy to ogłoszę, naprawdę będziecie o tym mówić", rzucił Trump na koniec rozmowy z Fox and Friends, tym samym dośc trafnie podsumowując relację między trollem, a karmiącymi go półgłówkami.

PS: Na stronie FoxNews brak jakiejkolwiek informacji o dzisiejszym "wstrząsającym oświadczeniu" Trumpa.

niedziela, 7 października 2012

Jon Stewart kontra Bill O'Reilly

Równo za miesiąc o tej porze będziemy wiedzieć, kto wygrał wybory. W międzyczasie Romney i Obama zmierzą się jeszcze w dwóch debatach, a za niecały tydzień naprzeciwko siebie staną Joe Biden i Paul Ryan. Tymczasem wczoraj wieczorem odbyła się piąta (choć nieoficjalna) debata sezonu kampanijnego - starcie tytanów infotainment - Jona Stewarta, gospodarza The Daily Show i Billa O'Reilly'ego, prowadzącego The O'Reilly Factor na Fox News. Zatytułowana kpiarsko The Rumble in the Air-Conditioned Auditorium (Naparzanka w klimatyzowanym audytorium) - aluzja do słynnej walki Muhammada Alego z Georgem Foremanem w Kinszasie (Rumble in the Jungle) - debata była jednak czymś więcej niż tylko półtoragodzinną wymianą złośliwości.


Obaj nie kryją swoich wyrazistych poglądów politycznych - Stewart jest liberałem, nie znosi Busha, często broni Obamy; O'Reilly jest konserwatystą, ciągle krytykuje zbyt rozbudowane (jego zdaniem) państwo socjalne i "wojnę kulturową", jaką rzekomo toczy lewica przeciwko tradycyjnym wartościom. Z drugiej strony, obaj uważają się za wyborców niezależnych i ich poglądy niekoniecznie zgodne są z demokratycznym czy republikańskim mainstreamem. O'Reilly popiera związki partnerskie (choć nie małżeństwa) i jest przeciwny karze śmierci (ale zarazem opowiada się za zaostrzaniem rygoru w więzieniach); Stewart chce mniejszego państwa i nie ma oporów przed tym, by przywalić "swoim" - czasem bardzo ostro - kiedy jego zdaniem też zachowują się idiotycznie. 

Zgodni są co do tego, że amerykańskie media są - eufemistycznie mówiąc - do niczego, koncentrując się na idiotyzmach, zamiast informować o ważnych rzeczach i promować sensowny dyskurs. Co prawda O'Reilly ma tendencję do pokrzykiwania na swoich gości z którymi się nie zgadza, ale z Jonem Stewartem ewidentnie się lubią, choć na pierwszy rzut oka widać, że jest to przyjaźń bardzo szorstka. 


Wczorajsza debata była nie tylko zabawniejsza niż środowe starcie Obamy z Romneyem (wysuwane podium Stewarta, infografiki O'Reilly'ego, z trudem powstrzymująca śmiech moderatorka), ale też znacznie ciekawsza. Nazwa mogła być kpiarska, a formuła debaty parodią debat "oficjalnych", ale O'Reilly i Stewart są jednymi z najbardziej (jeśli nie najbardziej) wpływowych postaci po obu stronach sceny politycznej. Żarty żartami, ale przeprowadzili wczoraj poważną dyskusję na temat fundamentalnie różnych podejść co do tego, jak powinna wyglądać rola państwa, jaka jest jego odpowiedzialność, jakie są granice między prywatnym a publicznym, etc. Zarazem nie brakowało punktów w których się ze sobą zgadzali: reforma imigracyjna jest konieczna, wojna w Iraku była błędem, a oni sami są bezkonkurencyjni. 

Paradoks (i dramat) dzisiejszej polityki (każdej, ale  teraz mówimy o amerykańskiej) polega na tym, że dwóch showmanów - w tym jeden jawny satyryk - przeprowadziło wczoraj rozmowę, jakiej nie prowadzą politycy. Nie było wystudiowanych odpowiedzi kandydatów, obowiązkowego wspominania o "zwykłych ludziach" ("jak powiedziała mi pewna samotna matka z Poughkeepsie"; "kiedy rozmawiałem z drobnym przedsiębiorcą z Ohio" itp), ale dyskusja dwóch ludzi, po których widać, że wierzą w to co mówią i mówią o tym z pasją. 

"Jeśli więcej widzów Fox News wierzy w to, że prezydent jest kenijskim muzułmaninem, niż w ewolucję, to macie problem", stwierdził w pewnym momencie Stewart. Można by to strawestować: jeśli satyryk z showmanem prowadzą lepszą debatę o polityce, niż kandydaci do Białego Domu, to znaczy, że Stany mają poważny problem. I - jak sądzę - jest to kolejna rzecz w której Stewart i O'Reilly byliby ze sobą zgodni. 

czwartek, 6 września 2012

W konwencji potlaczu

H. L. Mencken, jeden z najlepszych amerykańskich satyryków XX wieku, łojący po równo Republikanów, Demokratów i cały system polityczny Stanów Zjednoczonych, tak pisał w 1924 roku:
Pod pewnymi względami konwencja wyborcza przypomina publiczną egzekucję. Jest wulgarna, jest paskudna, jest głupia. Jest nużaca, uderza zarówno w ośrodek wyższych czynności mózgowych, jak i w gluteus maximus (czyli "w tyłek", przyp. P.T.), a jednak jest w jakiś sposób urocza".
Pisał to w czasach, kiedy konwencje partyjne miały jeszcze realne znaczenie, to właśnie w ich trakcie wybierano kandydata danej partii na urząd prezydenta. To prawda, że odbywało się to nierzadko w brzydki sposób, metodą zakulisowych transakcji, często po żmudnych, wielodniowych głosowaniach (szczególnie skłonni byli do tego Demokraci) ale przynajmniej  wynik konwencji nie był oczywisty.

Dziś nazwisko kandydata - zwycięzcy partyjnych prawyborów - znane jest już zazwyczaj parę miesięcy wcześniej. Ostatnie konwencje, co do których wyników były jakiekolwiek wątpliwości, miały miejsce w latach 1976 (u Republikanów, kiedy Ronald Reagan spróbował odebrać nominację urzędującemu prezydentowi Fordowi) i 1980 (gdy Ted Kennedy próbował tego samego z Carterem). Kiedyś w trakcie konwencji ogłaszano przynajmniej nazwisko kandydata na wiceprezydenta, ale od lat 80. również odbywa się to wcześniej.

Konwencje są teraz wyłącznie spektaklem, wydarzeniem polityczno-rozrywkowym, które jest niestety boleśnie przewidywalne (gratki takie, jak wystąpienie Clinta Eastwooda, nie zdarzają się często)Wiadomo, że wystąpi cała plejada mówców, mająca pokazać wewnętrzną różnorodność partii (zadanie znacznie trudniejsze dla GOP). Wiadomo, że wystąpi "kluczowy mówca", który nakreśli osnowę kampanii wyborczej i program partii. Wiadomo, że będą przemawiać żony kandydatów, mające ich rzekomo "uczłowieczać". Wreszcie, wiadomo, że na końcu wystąpi sam kandydat, przyjmie nominację, wygłosi przemówienie, zabrzmi muzyka i wszyscy rozjadą się do domów bardzo z siebie zadowoleni.

Pierwsze na myśl przychodzi skojarzenie z potlaczem -  indiańskim rytuałem trwonienia przez gospodarza dóbr, żeby zachować swój prestiż. Republikanie i Demokraci co cztery lata wyrzucają miliony dolarów w błoto tylko po to, by pokazać, że mogą sobie na to pozwolić. 




Uwaga jaką media poświęcają konwencjom (w sumie około 15 tysięcy [sic!] dziennikarzy na każdej z nich) jest zupełnie niewspółmierna do ich rzeczywistego znaczenia, ale znakomicie pokazuje wzajemną, perwersyjną zależność polityki i przemysłu informacyjno-rozrywkowego. Żywot  CNN, MSNBC czy Fox News zależy m.in. od właśnie takich wydarzeń jak konwencje partyjne. Dziennikarze analizują każdą kolejną, choćby najbardziej banalną mowę i rozpływają się nad przemówieniami Ann Romney i Michelle Obamy, które niewiele różniły się od wystąpień innych żon kandydatów w ostatnich dekadach ("mój mąż jest fantastycznym człowiekiem i będzie/jest świetnym prezydentem"). Szczyty absurdu osiąga CNN, gdzie Wolf Blitzer każdą kolejną mowę określa mianem "historycznej", "wielkiej" albo przynajmniej "solidnej", a jakiś inny facet podłącza grupce widzów kabelki i mierzy ich reakcje na kolejne przemówienia. W tym roku przynajmniej odbyło się bez hologramów.

Konwencje mają, tak naprawdę, jeden wymierny cel. Są okazją do zaprezentowania się dla obiecujących i ambitnych polityków obu partii. To właśnie świetne przemówienie na konwencji w 2004 roku Baracka Obamy, podówczas zaledwie kandydata na senatora, rozpoczęło jego błyskawiczną karierę. W tym roku tak Republikanie, jak i Demokraci wspominali od czasu do czasu o kandydatach swoich partii (Demokraci trochę częściej Obamę, niż Republikanie Romneya), ale zazwyczaj - niczym dżentelmeni ze skeczu Monty Pythona - licytowali się, kto miał za młodu gorzej i biedniej, a także opowiadali o swoich osiągnięciach, przygotowując się na rok 2016.

Choć w Tampie Republikanie musieli oficjalnie deklarować wiarę w to, że za cztery lata prezydent Romney będzie ubiegał się o reelekcję - przemówienia Chrisa Christiego, Marco RubioScotta Walkera czy nawet Paula Ryana były lepsze od mowy Romneya i - co ważniejsze - znacznie bardziej ekscytowały delegatów. 

W Charlotte nie brakowało kandydatów do nominacji Demokratów w 2016 roku, choć faworytką jest wciąż Hillary, która sama pewnie nie wie czy będzie startować ponownie. Byli ci, o których mówi się od dawna: gubernator Maryland Martin O'Malley (alias Tommy Carcetti) i senator z Wirginii Mark Warner, jak i newcomers, jak Julian Castro (kolejny, po Rubio, "latynoski Obama"), burmistrz San Antonio w Teksasie czy Cory Booker, burmistrz Newark w New Jersey.

Innymi słowy, konwencje nie są niczym więcej, jak tylko showing off & jerking off równocześniepokazywaniem się, puszeniem się kandydatów, przyszłych kandydatów, sponsorów etc., a także wzajemną masturbacją emocjonalną członków partii,  pławieniem się  we własnej spaniałości i słuszności, zakończoną - symbolicznie - wypuszczeniem w powietrze tysięcy balonów w kolorach narodowych. Wszystko to, w rozsądnych ilościach jest w porządku, ale co za dużo, to niezdrowo. Ponieważ zaś liczba widzów konwencji konsekwentnie spada, wydaje się, że amerykańscy widzowie zdają się - na szczęście - myśleć tak samo.

Zwyczaje umierają jednak bardzo powoli i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miano nam (i sobie) oszczędzić kolejnych potlaczy.


PS: Czwartkowe wystąpienia na konwencji Demokratów jeszcze przed nami, ale nie wydaje się, żeby Scarlett Johansson i Natalie Portman powiedziały coś szczególnie ciekawego. Joe Biden może niczego nie chlapnie, a przemówienie Obamy będzie pewnie dobre, choć może nie aż tak ekscytujące jak mowa Billa Clintona. Aha, co ciekawe, po wystąpieniu prezydenta podobno mają nie wypuszczać balonów. 

sobota, 1 września 2012

Stary człowiek i krzesło


Choć organizatorzy republikańskiej konwencji w Tampie zrezygnowali z hologramu Ronalda Reagana, obawiając się, że może przyćmić wystąpienie Mitta Romneya (a może chcąc uniknąć  ewentualnych porównań z rozmową Imperatora z Vaderem?), ostatni dzień tegorocznej konwencji Republikanów i tak przejdzie do historii. W czwartek odbył się bowiem najdziwniejszy performance amerykańskiej polityki ostatnich lat: Clint Eastwood rozmawiał z pustym krzesłem, które miało reprezentować Obamę. 

Rozmawiał nie jest chyba dobrym określeniem - Eastwood bez przerwy pokrzykiwał na krzesło, pomstując na politykę gospodarczą Obamy, na niespełnione obietnice, na zamknięcie Guantanamo, a nawet na to, że Stany Zjednoczone zaczęły wojnę w Afganistanie (sic). 

Krzesło musiało odpowiadać szacownemu aktorowi dość niegrzecznie:
"Co mam powiedzieć Romneyowi? Nie mogę mu tego powiedzieć! (...) Sam mu to powiedz. Chyba całkiem zwariowałeś".
Za sprawą mowy Eastwooda stał się istny cud - komentatorzy Fox News zaniemówili. En masse postanowili nie wypowiadać się na temat performance'u Eastwooda i skupili się na wystąpieniu Mitta Romneya, który - wyobraźcie sobie Państwo - także przemawiał w Tampie, mówiąc o wolności, optymizmie, niespełnionych obietnicach Obamy, o tym jak Republikanie chcieli mu rzekomo pomóc (sic!) i -oczywiście - o swojej matce. 

W odpowiedzi na "rozmowę z krzesłem" internet zawrzał, dając początek nowym memom: z "niewidzialnym Obamą", a także z pustymi krzesłami/fotelami/tronami etc., które zyskały zbiorczą nazwę "eastwoodingu"Niestety, oprócz tego pojawiły się żarty z wieku Eastwooda, jego źle dobranych leków etc., zrównujące Eastwooda z ""szalonymi białymi staruszkami", którzy rzekomo stanowią trzon GOPOwszem, Eastwood jest z przekonania konserwatystą, ale daleko mu do fanatyzmu dzisiejszego republikańskiego mainstreamu, o czym pisałem miesiąc temu. Ma też pełne prawo do wyrażania swoich poglądów i popierania swojego kandydata. 

Nie da się jednak ukryć, że przemówienie Eastwooda w Tampie było naprawdę dziwne, nieśmieszne i w sumie dość smutne - i nie jest to wyłącznie opinia zwolenników Obamy. Byłoby jednak bardzo źle, gdyby ten świetny aktor i reżyser został sprowadzony tylko do roli karykatury i w pamięci dzisiejszych nastolatków zapisał się wyłącznie jako "szalony staruszek, który wrzeszczy na krzesło". Lepiej zatem zrobić tak, jak Fox News (nie sądziłem, że kiedyś to powiem) - zobaczyć (całość poniżej) i nie drążyć tematu.

czwartek, 28 czerwca 2012

Epic fail!

Miało być ciekawie, ale tego się chyba nikt nie spodziewał! Właściwie jedyne, co się sprawdziło, to stosunek głosów sędziów Sądu Najwyższego: 5 do 4.

Po pierwsze, Sąd Najwyższy utrzymał niemal w całości ustawę zdrowotną Obamy, uznając, że państwo może zmusić obywateli do ubezpieczenia zdrowotnego. Wyrok oczywiście był nieznany, ale większość skłaniała się raczej ku opinii, że ustawa zostanie w znacznej części uznana za niekonstytucyjną.

Po drugie, sędzia Kennedy - głosujący raz z liberałami, raz z konserwatystami - który miał być języczkiem u wagi, okazał się być zdecydowanym przeciwnikiem Obamacare i to on napisał zdanie odrebne: "Naszym zdaniem, przedmiotowa ustawa jest nieważna w całości". Decydującym głosem okazał się być - i tego nie przewidział dosłownie nikt - mianowany przez George W. Busha prezes Sądu, Roberts, który przyłączył się do opinii dwóch sędzi mianowanych przez Obamę i dwojga mianowanych przez Clintona. Cuda, cuda.

Tak naprawdę, wszyscy mogą być zadowoleni:
  • Sąd Najwyższy zachował twarz, nie obalając bądź co bądź demokratycznie uchwalonej reformy.
  • Roberts pokazał klasę, sprzeciwiając się całkowicie swojemu środowisku politycznemu, które nagle zaczęło się oburzać na jeszcze niedawno tak wychwalanego sędziego. 
  • Administracja Obamy może ogłosić zwycięstwo i przy okazji - lepiej późno niż wcale - zacząć wreszcie wyjaśniać o co dokładnie chodzi.
  • Republikanie mogą tradycyjnie uderzyć w apokaliptyczne tony oraz ooznajmić, że zrobią wszystko, żeby znieść reformę w Kongresie. 
  • A sztab Romneya ma nareszcie jakiś powód, żeby przekonać konserwatywnych wyborców, że - mimo wszystko - trzeba głosować na Mitta, bo jeśli tylko zostanie prezydentem, to zniesie Affordable Care Act.

A kto powinien być najbardziej niezadowolony? Telewizje informacyjne, które zbłaźniły się jak rzadko (a błaźnią się często). Sprawy rozstrzygiwane w Sądzie Najwyższym, to nie wyrok na O. J. Simpsona w rodzaju "winny" albo "niewinny", dobrze byłoby przez chwilę przeanalizować to, co powiedział Sąd - albo przynajmniej przeczytać do końca orzeczenie. Ale nie - chcąc przekazać wiadomość jako pierwsze - CNN i Fox na wyścigi ogłosiły zgodnie swoje BREAKING NEWS: "Obowiązek ubezpieczenia został zniesiony!"



Obie stacje poprawiły swoje doniesienia dopiero po tym, jak poprawna informacja pojawiła się na SCOTUSblog, jednym z najlepszych źródeł informacji na temat Sądu Najwyższego. A pojawiła się dopiero po kilku minutach, ponieważ twórcy bloga zaczęli od ogłoszenia:  
"To bardzo skomplikowana sprawa, więc wciąż to analizujemy"
Bingo. 


PS: Nie mogę się doczekać dzisiejszego "Daily Show". Jon Stewart będzie miał używanie.