Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izba Reprezentantów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izba Reprezentantów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lutego 2013

"Knuję więc spiski i zastawiam sidła" czyli szekspirowski Waszyngton

Postanowiłem okazać się łotrem
I próżną radość dni tych znienawidzić,
Knuję więc spiski i zastawiam sidła; 
Groźbą fałszywą, obmową i snami*.

UWAGA, SPOILERY!

Było oczywiste, że amerykańska wersja House of Cards będzie różnić się od swojego brytyjskiego pierwowzoru. Inne miejsce i inny czas wymagają innych bohaterów oraz innych metod. To, co nie uległo zmianie, to wizja polityki jako szekspirowskiego dramatu zaludnionego przez postaci równie amoralne, co fascynujące.

Francis Urquhart [MP] był siwowłosym, arystokratycznym konserwatystą. Francis "Frank" Underwood [Rep.] jest od niego młodszy, pochodzi z nizin społecznych Karoliny Południowej i jest Demokratą. Polityczne afiliacje nie mają jednak większego znaczenia - obu Francisom chodzi nie o realizowanie lewicowego czy prawicowego programu politycznego, ale o władzę. 

Urquhart  chciał zemścić się na premierze i zastąpić go  na Downing Street - Underwood planuje zemstę na prezydencie, który obiecał mianować go sekretarzem stanu, ale po wyborach zmienił zdanie. Ponieważ mimo wszystko łatwiej zostać brytyjskim premierem niż amerykańskim prezydentem, Underwoodowi zajmie to o sezon dłużej i, z konieczności, zastosuje do tego inne metody niż jego angielski pierwowzór. 

Oba seriale różnią się także wizualnie. W porównaniu z brytyjską wersją amerykańska jest znacznie mroczniejsza, zgodnie z tonem, który ustanowił reżyser dwóch pierwszych odcinków (i jeden z producentów całości), mistrz ponurych thrillerów, David Fincher. Wszystko spowite jest półmrokiem, rozświetlanym jedynie przez tak lubiane przez Finchera złotomiodowe światło.  

Kevin Spacey jako Underwood jest - i trzeba to powiedzieć bez ogródek - fenomenalny. Śmiertelnie poważny, niemal wyprany z emocji, okazjonalnie pozwalający sobie na ironię lub wybuchy wściekłości, kiedy rzeczy nie idą zgodnie z jego planem. Dorównuje mu jednak posągowo piękna Robin Wright w roli Claire, jego żony, która w tej wersji HoC jest postacią równie istotną, a emocjonalnie chyba nawet bardziej interesującą. Francis się nie zmienia, nie spodziewam się po nim niespodzianek w kolejnej serii (seriach?) - po Claire, owszem.

Mimo, iż większość recenzentów pieje z zachwytu nad "realistycznym obrazem waszyngtońskiej polityki", wydaje mi się, że zwiódł ich dopracowany sztafaż, np. pojawiający się w tle autentyczni dziennikarze (głównie CNN), dający złudzenie oglądania "tu i teraz", prawdziwych "trzewi polityki". Sądzę jednak, żeby House of Cards wcale do tego nie pretenduje. "Kroniki" Szekspira mogą mówić o angielskich władcach, ale nie miały w zamierzeniu opowiadać historycznej prawdy o minionych czasach, ale mówić coś więcej o naturze władzy. Willimon, Fincher i Spacey (który równiez jest jednym z producentów), Zamiast załamywać ręce nad moralnym upadkiem polityków i mediów, jak robią to teraz wszyscy, zmieniają Waszyngton w szekspirowską scenę, aby móc pokazać coś więcej o samej naturze władzy i to nie tylko w polityce, ale też w relacjach międzyludzkich.

Underwood jest współczesnym Ryszardem III (którego Spacey grał, zresztą, niedawno w teatralnej inscenizacji Sama Mendesa), z Lady Makbet u boku. Podobieństwa i nawiązania są oczywiste, na czele z tak lubianą przez Szekspira praktyką burzenia czwartego muru i zwracania się bezpośrednio do widzów. Underwood odsłania swoje emocje, objaśnia motywy, wyjaśnia intrygi. I choć czasem monologi te wydają się nieco przesadzone, a nawet irytujące w swojej nachalności, to przyjmuję taką konwencję.



Jeśli przyjrzeć się jej dokładniej, polityczne realia okazują się nierealistyczne, a intryga grubymi nićmi szyta. Twórca House of CardsBeau Willimon (scenarzysta Idów marcowych), zbyt dobrze zna Waszyngton, żeby nie wiedzieć, że wiceprezydenci nie rezygnują, żeby ubiegać się o stanowisko gubernatora; whipowie nie mają nawet w połowie takich wpływów w Białym Domu; a żadna amerykańska partia nie ma aż tak krótkiej ławki by w sprawie każdej nominacji (od kandydata na gubernatora po wiceprezydenta) zachowywać się jak dziecko we mgle, proszące o pomoc tatusia-Franka.

Realia Waszyngtonu są w House of Cards umowne, podporządkowane postaci Underwooda, stworzone (a nie odtworzone) tak, by na ich tle zdawał się być wszechmocnym demiurgiem - nawet jeśli od czasu do czasu zdarzy mu się jakieś małe potknięcie. To właśnie jego skuteczność, konsekwencja, skupienie na celu czynią go tak ciekawą postacią. 

To, że Kongres ocenia dziś pozytywnie zaledwie 10% Amerykanów (co jest niechlubnym rekordem wszechczasów) nie wynika przecież z tego, że kongresmeni snują makiaweliczne intrygi, ale z powodu czegoś zupełnie przeciwnego: bezsilności Kongresu, jego nieumiejętności rozwiązywania jakichkolwiek problemów (a nawet tworzenia nowych), niezdolności do załatwiania spraw, getting things done. Tymczasem Francis Underwood jest właśnie kimś, kto gets things done, nawet jeśli po drodze musi sobie (i innym) ubrudzić ręce i zostawić parę trupów.

Pomyśl co moglibyśmy zdziałać razem?, kusi szefową gabinetu prezydenta. Czy mam się diabłu zwieść na pokuszenie?, pyta w tragedii Szekspira królowa Elżbieta. Tak, jeśli diabeł ku dobremu kusi, odpowiada Ryszard**. 

Zobaczymy, co wiceprezydent Underwood zdziała w kolejnej serii.



* W. Shakespeare, Ryszard III, tłum. Maciej Słomczyński, Akt I, scena 1.
** Tamże, Akt IV, scena 4.

sobota, 12 stycznia 2013

Pierdyliardowa monetka


Jeśli najbardziej idiotyczne pomysły zaczynają być brane na serio, to wiedz, że coś się dzieje, że nie jest dobrze z amerykańską polityką. Oto najnowsza koncepcja - wybicie przez Departament Skarbu platynowej monety o wartości biliona dolarów (sic!).


Wszystko z powodu - znowu - nieszczęsnego klifu fiskalnego. Od 1917 roku, kiedy wprowadzono coś takiego jak debt-ceiling, Kongres regularnie go podnosił, bez względu na to, kto akurat zasiadał w Białym Domu i kto kontrolował którą izbę Kongresu. Kiedy jednak prezydentem został Obama, sytuacja zrobiła się nerwowa i w 2011 roku sterroryzowani przez Tea Party Republikanie z Izby Reprezentantów zagrozili, że poziomu długu więcej nie podniosą. Innymi słowy, najpierw mówili prezydentowi: "kupuj pan!", a kiedy przyszło do płacenia: "a figa, nie damy ci na to kasy!". Wtedy doszli do porozumienia, które zaowocowało tym, co obserwowaliśmy ostatnio, tzn. histerią z klifem fiskalnym. Teraz grożą, że zrobią to samo.

Pieniędzy braknie w lutym, jeśli Kongres nie podniesie poziomu zadłużenia Stanów Zjednoczonych (czyli właśne debt-ceiling), Departamentowi Skarbu braknie pieniędzy na bieżące wydatki, a rząd federalny stanie się niewypłacalny. A wtedy - wiadomo - nastąpi pangalaktyczny kryzys finansowy i niechybny koniec świata.

Rozwiązań jest kilka,  na czele ze zignorowaniem debt-ceiling w ogóle, które - zdaniem wielu konstytucjonalistów - jest niezgodne z 14. poprawką (Nie będzie poddawana w wątpliwość ważność zadłużenia Stanów Zjednoczonych, powstałego zgodnie z prawem).  Zaskakującą popularność zdobywa jednak wyjście BARDZO nieortodoksyjne, to znaczy wybicie wspomnianej monety o wartości biliona dolarów i umieszczenie jej w skarbcu Rezerwy Federalnej (ichniego NBP), co dodałoby pieniędzy rządowi federalnemu i oddaliło ryzyko ogłoszenia niewypłacalności.

Zezwala na to ustawa o monetach okolicznościowych z lat 90., pozwalająca sekretarzowi skarbu bić platynową monetę wedle własnego uznania, a więc także o wybranym przez siebie nominale. Mówi się głównie o bilionie dolarów (milionie milionów, 1 000 000 000 000 $) czyli amerykańskim trillion, ale równie dobrze może to być kwadryliard, pierdyliard czy milion monet o nominale miliona dolarów. Ot, taki kruczek prawny, na który naście lat temu nikt nie zwrócił uwagi.


Pomysł z monetą zgodny jest zatem z literą prawa, ale na pewno nie z jego duchem. Chodziło o źródło dodatkowych "rozsądnych" dochodów dla Departamentu Skarbu, a nie obchodzenie jakiegoś innego - nawet jeśli też idiotycznego - prawa. W dodatku, prawo dysponowania podatkami i wydatkami ma w Stanach władza ustawodawcza, a nie wykonawcza, więc byłoby to - jak się wydaje - naruszenie zasady trójpodziału władz. 

Republikanie natychmiast się oburzyli (i trudno im się dziwić), ale nie tylko z powodów wyżej wymienionych. Chodzi o to, że jeśli spróbują wziąć w charakterze zakładnika całą gospodarkę (ponownie, dodajmy), Obama będzie miał wyjście z sytuacji. Wyjście głupie - nie da się ukryć - ale zawsze jakieś. Pomysł poparli były szef mennicy państwowejPaul Krugman, jak by nie było noblista, uważając, że jest to wybór między pomysłem  głupim i katastrofalnym, a głupim, ale nieszkodliwym. Wybicie monety nie zwiększałoby bowiem inflacji, działając de facto jak dodatkowy dochód z podatków. Nie pytajcie mnie dlaczego, nie jestem ekonomistą, zainteresowanych szczegółami odsyłam do linków powyżej i do "Economista".

Rzecznik Białego Domu też nie wykluczył wyjścia z monetą, ale wydaje sie, że tak naprawdę chodzi o wystraszenie Republikanów, pokazanie im, że prezydent jest gotów na wszystko. Innymi słowy - o "strategię szaleńca", którą w polityce zagranicznej z powodzeniem stosował Nixon

Sęk w tym, że Mexican standoff ma sens wyłącznie między dwoma racjonalnymi przeciwnikami, jak pokazała choćby zimna wojna, a rozdarta wewnętrznie GOP jest dziś sama na granicy schizofrenii. Gdyby Obama wybił rzeczoną monetę, prawica dostałaby już zupełnego kręćka, a co gorsza jej oburzenie byłoby po części uzasadnione. Droga do unormalnienia amerykańskiej polityki - na czele z Partią Republikańską - na pewno nie leży w tego typu zagrywkach. Nawet jeśli w teorii taki odjechany pomysł brzmi rewelacyjnie.

niedziela, 6 stycznia 2013

Mahoniowe skrzyneczki

Bez większego echa przeszła wiadomość, że w ubiegły piątek Barack Obama został ponownie wybrany prezydentem (surprise! surprise!). Była to, oczywiście, czysta formalność, ale stare demokracje lubimy m.in. właśnie za takie pozornie bezsensowne tradycje. W Wielkiej Brytanii mamy urząd królewskiego bailiffa Chiltern Hundreds*, w Stanach Zjednoczonych coroczne ułaskawianie indyka i - właśnie - oficjalne wybieranie prezydenta.

Odbyło się ono w następujący sposób:

1. Po głosowaniu w listopadzie, gubernator każdego stanu musiał przygotować Certificates of Ascertainment, certyfikaty stwierdzenia, potwierdzające wybór elektorów. Dwa egzemplarze z każdego stanu trafiły do Archiwów Narodowych, reszta czekała na spotkanie elektorów. Wszystkie niejasności w tej kwestii musiały być wyjaśnione najpóźniej na sześć dni przed zebraniem.

Certyfikaty z 2008 roku, z Alaski (strona ostatnia, z podpisem gubernator Sary Palin) i  Kalifornii (strona 1) 

2.  W pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia, rzeczeni elektorzy zebrali się w swoich stanach - kolegium elektorskie de facto nie istnieje, bo nigdy nie obraduje razem. Głosy oddawali osobno na prezydenta, osobno na wiceprezydenta (dziękujemy ci, 12. poprawko do konstytucji, inaczej wiceprezydentem byłby Mitt Romney). 

Wyniki zapisuje się na certfikatach głosowania (Certificates of Vote), zawierających  wszystkich ludzi, którzy otrzymali jakikolwiek głos - czyli, w teorii, także głosy tzw. "niewiernych elektorów", głosujących inaczej niż ich stan. Np. w 2004 roku jeden z elektorów pomyłkowo zagłosował na Johna Edwardsa na prezydenta (a nie wiceprezydenta). Od tamtej pory zmieniono prawo, wprowadzając głosowanie jawne i możliwość unieważnienia "niewiernego głosu".

Certyfikat z Minnesoty, z 2004 roku

Powstaje sześć certyfikatów głosowania: jeden trafia do wiceprezydenta; dwa trafiają do Archiwów Narodowych; dwa do sekretarza danego stanu (którego główną funkcją jest zazwyczaj właśnie nadzorowanie wyborów), a jeden - jako zapasowy - do sędziego właściwego stanowi sądu okręgowego. 

Certyfikaty wysłane do Waszyngtonu trafiają do dwóch mahoniowych skrzynek, rozdysponowane alfabetycznie - w jednej są od Alabamy do Missouri, w drugiej od Montany do Wyoming - z czego wynika, że pierwsza skrzyneczka jest cenniejsza votewise.

Congressional pages (paziowie? gońcy?) niosą skrzyneczki.

3. Na połączonej sesji Kongresu, której przewodniczyli wiceprezydent Biden i spiker Boehner, dwóch senatorów i dwoje reprezentantów (z obu partii) na zmianę ogłaszało wyniki głosowania z kolejnych stanów. 

Teoretycznie powinno się to odbyć 6 stycznia, czyli dziś, ale ponieważ mamy niedzielę, Kongres wyjątkowo pozwolił podliczyć głosy w piątek. 

Sesja nie cieszyła się zainteresowaniem - była na niej Nancy Pelosi, Boehner wyglądał na zbolałego, a Paul Ryan nie przyszedł. Więcej ludzi było na widowni, niż na sali obrad. Wszystko trwało zaledwie pół godziny. Całość (dla BARDZO zainteresowanych) tutaj.


4.  Obama zostanie oficjalnie zaprzysiężony na drugą kadencję 20 stycznia, w niedzielę za dwa tygodnie.


* Królewski zarządca i bailiff Chiltern Hundreds (Crown Steward and Bailifff of the three Chiltern Hundreds of Stoke, Desborough and Burnham) oraz Królewski zarządca i bailiff Northstead są starodawnymi urzędami nadawanym osobie, która chce zrezygnować z Izby Gmin. Ponieważ oficjalnie nie można "zrezygnować", poseł musi zwrócić się do Kanclerza Skarbu z prośbą o mianowanie go bailiffem tego i owego, gdyż objęcie urzędu płatnego z "królewskiej szkatuły" (1 funt rocznie) nie pozwala na zajmowanie stanowiska posła. Na koniec akcent polski: obecnym bailiffem Chiltern Hundreds jest Dennis MacShane, urodzony jako Dennis Matyjaszek.

wtorek, 18 grudnia 2012

Małe wielkie zmiany w amerykańskim Senacie.

Republikanie będą mieli pierwszego czarnego senatora od 1979 roku, a Południe wyśle do senatu czarnoskórego mężczyznę po raz pierwszy od czasów tzw. Rekonstrukcji, czyli sklejania Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej. Gubernator Karoliny Południowej, Nikki Haley, nie mianowała ani Stephena Colberta (och!), ani Jenny Sanford, ale kongresmena Tima Scotta

Tim Scott

Partia Republikańska robi co może, żeby pokazać swoją różnorodność, otwarcie na mniejszości, które masowo odrzuciły kandydata partii w wyborach prezydenckich. Wybór Scotta jest, oczywiście, istotny. Jedyny urzędujący czarny senator (sic!) będzie Republikaninem, a nie Demokratą. Niestety, kiedy Scott przeniesie się z południowego skrzydła Kapitolu do północnego, Republikanie stracą swojego jedynego czarnego członka Izby Reprezentantów, co najdobitniej pokaże jak krótka jest w tej kwestii ich ławka. Dla porównania: Demokraci będą mieli około czterdzieściorga. 

Prawdziwym testem dla GOP będą specjalne wybory de senatu za dwa lata, kiedy Scott z pewnością będzie ubiegał się o nominację swojej partii, a potem o wsparcie wyborców Karoliny Południowej. Mimo wszystko jednak, decyzja pani gubernator jest bardzo istotna z jeszcze innego, symbolicznego powodu. Scott zasiądzie w senacie dokładnie 10 lat po tym, jak odszedł z niego inny przedstawiciel Karoliny Południowej - Strom Thurmond, który dożył setki, z czego połowę życia jako senator. Thurmond, najpierw Demokrata, potem Republikanin, znany był ze swojego wsparcia dla segregacji rasowej, i niechęci do czarnych (która nie przeszkodziła mu spłodzić dziecka swojej czarnej służącej). Żeby było zabawniej, w republikańskich prawyborach do Izby Reprezentantów dwa lata temu, Scott pokonał syna Thurmonda, Paula. Może to i przypadek, ale trzeba przyznać, że symbolicznie składa się to bardzo ładnie i pokazuje, że jakaś zmiana jednak w Partii Republikańskiej zaszła.

Strom Thurmond

PS: Tego samego dnia zmarł Daniel Inouye, blisko dziewięćdziesięcioletni senator z Hawajów (pierwszy raz wybrany jeszcze za kadencji Kennedy'ego) i przewodniczący pro tempore wyższej izby Kongresu, czyli trzecia osoba w kolejce do prezydenckiego fotela. Jego miejsce zajął Pat Leahy z Vermont, o którym wspominałem w recenzji Dark Knight Rises - wielki fan Batmana, który w obu filmach Nolana wystąpił w epizodach. Fajny taki marszałek senatu, nie ma co.

Pat Leahy i Joker