Obama powiedział to, czego wszyscy się od niego spodziewali. Zwolennicy od dawna czekali, aż wprost poprze małzeństwa par homoseksualnych, do czego wzywali go już wielokrotnie. Z kolei przeciwnicy czekali tylko, aż spełnią się ich najgorsze przypuszczenia, to znaczy, że Obama pokaże swoją prawdziwą twarz radykalnego lewaka i niszczyciela tradycyjnych wartości. Stało się i wszyscy powinni być zadowoleni. Lewica, bo po raz pierwszy w historii urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych opowiedział się za pełnym równouprawnieniem homoseksualistów - nawet jeśli ma to na razie głównie znaczenie symboliczne. Prawica, bo będzie miała dodatkowy argument w nadchodzących wyborach, łatwiej będzie wzbudzać "Baracknophobię" wśród części obywateli.
W nadchodzących wyborach oba obozy polityczne okopują się na swoich pozycjach: lewica idzie w lewo, prawica w prawo. Trudno jednoznacznie stwierdzić czy to dobrze, czy to źle. Dobrze, bo poglądy polityczne znowu stają się wyraziste, ludzie na nowo widzą, że dokonywanie wyborów politycznych ma znaczenie. Źle, bo wyrazistość poglądów łatwo przeradza się w radykalizm, rośnie i tak już wysoka polaryzacja społeczna, polityka staje się nie konkurencją, a wojną.
Jakby nie było, dokonała się kolosalna zmiana w porównaniu z antyideologicznymi latami 90., których ukoronowaniem była kampania wyborcza roku 2000, kiedy dość zgodnie (i - jak widać dziś z perspektywy czasu - całkowicie fałszywie) uważano, że obaj kandydaci właściwie niczym się od siebie nie różnią. Dziś, w roku 2012, różnice widać gołym okiem i nikt przy zdrowych zmysłach nie może stwierdzić, że to kto wygra nie ma żadnego znaczenia, choć - tak naprawdę - na miejscu Romneya powinien stać Santorum, który zdaje się być znacznie bardziej reprezentatywnym przedstawicielem dzisiejszej GOP.
Widać też ofiary - umiarkowanych polityków z dawnych lat, jak najnowszy poszkodowany: republikański senator od 36 lat, Dick Lugar, którego za skłonność do dogadywania się z Demokratami właśnie pokonał w prawyborach kandydat Tea Party. Choć to Republikanie skłonniejsi są do "wycinania" ze swoich szeregów centrystów (o czym pisałem jakiś czas temu), to u Demokratów dzieje się to również - choć na mniejszą skalę i znacznie mniej spektakularnie.
Przed wyborami Obama również postawił na ideologiczną wyrazistość - stąd, na przykład, Zasada Buffetta i zwrócenie uwagi na problem nierówności. Otwarte wsparcie małżeństw osób tej samej płci jest częścią tej strategii, dlatego też Obama zrobił to wcale nie dlatego, że kilka dni wcześniej zrobił to wiceprezydent Biden i prezydent Obama został niejako wywołany do odpowiedzi. To najwyżej przyśpieszyło wypowiedź prezydenta o kilka tygodni, ale prędzej czy później padła by ona w trakcie kampanii tak czy siak.
Jeśli coś rzeczywiście zaważyło na powiedzeniu tego właśnie teraz, to być może sprawa młodzieńczego incydentu Mitta Romneya, o której napisał "Washington Post". Nastoletni Mitt, uczęszczając - jak przystało na syna gubernatora - do prywatnej i ekskluzywnej szkoły, był prowodyrem ataku na młodszego kolegę, geja, który wyróżniał się utlenionymi włosami i sporą grzywką. Mitt stwierdził, że "to jest złe i tak być nie może", po czym razem z kolegami obezwładnił chłopaka i uciął mu grzywkę nożyczkami. Romney twierdził najpierw, że niczego takiego nie pamięta, a w końcu zdobył się na ogólne stwierdzenie, że jest mu przykro, jeśli jego "żarty" kogoś uraziły.
Choć w kwestii praw gejów Romney nie jest Santorumem (który zupełnie jak niektórzy nasi politycy, stawia na równi homoseksualizm z pedofilią i zoofilią), to jednak kontrast między nim a Obamą i tak jest w tej kwestii ogromny. Kiedyś, jeszcze jako "umiarkowany Republikanin", popierał, na przykład, adopcję dzieci przez pary homoseksualne - dziś, wspiera konstytucyjny zakaz małżeństw jednopłciowych. Jego problem (jeden z wielu) polega na tym, że w tej kwestii znajdują się w mniejszości - małżeństwa osób tej samej płci wspiera ponad 50 procent Amerykanów, a wśród młodszych obywateli poparcie jest jeszcze większe. A to między innymi ich głos będzie w listopadzie decydujący.
Nieoceniony Rick Santorum zawiesił ubieganie się o nominację Republikanów. Z tej okazji pozwalam sobie przypomnieć antyromneyowy klip wyborczy nakręcony przez JEGO sztab. Wciąż jest dla mnie niepojęte jak - zważywszy na "Santorum Google problem" coś takiego mogło zostać nakręcone (i zatwierdzone!) przez ludzi mających dbać o jego wizerunek. Większość zapewne już to widziała, ale pożegnajmy go tak, jak na to zasługuje, "with a splash"!
PS: Na szczęście ciągle jeszcze mamy Newta Gingricha!
Kilka razy
wspomniałem już o tym, że umiarkowani Republikanie zaczynają być
ginącym gatunkiem, ale tempo
w jakim się to dzieje, zaskakuje chyba wszystkich, którzy jeszcze
jakiś czas temu czytali wszędzie jak to Obama i Demokraci są
skazani na katastrofalną klęskę w tegorocznych wyborach.
Tymczasem
tu i ówdzie widać było pewne znaki. Schemat jest podobny. W
republikańskich prawyborach, w konserwatywnych stanach, przeciwko
umiarkowanemu, walczącemu o reelekcję incumbent staje
bardziej „konserwatywny” kandydat „z ludu”, atakujący go z
prawej strony za nawet najmniejsze odstępstwo od „konserwatywnej”
doktryny. Ponieważ Demokrata zazwyczaj się w tych stanach nie
liczy, walka o zwycięstwo odbywa się, de facto, w czasie prawyborów
– kto je wygra, ma 99,9% na wygraną w listopadzie.
Zaczęło
się już w 2010 r. i to obiecująco. W Utah Tea Party wykopała w
prawyborach urzędującego senatora-weterana, Boba Bennetta (trzy
kadencje w Senacie), zamieniając go na innego, wspieranego m.in.
przez Ricka Santoruma, kandydata, który wygrał w cuglach – jak to
zwykle Republikanin w Utah.
W innych
stanach nie poszło jednak aż tak dobrze. Na Alasce, senator Lisa
Murkowski (nie, nie będę pisał o jej polskich korzeniach), o włos
przegrała w prawyborach z niejakim Joe Millerem, wspieranym przez Sarę Palin. Choć w grę wchodziły tu również osobiste animozje
między paniami, przede wszystkim Miller był kandydatem Tea
Party – poparła go np. także Michelle Bachmann. Mimo to,
tradycyjnie konserwatywna przecież – ale umiarkowanie – Alaska
wybrała Murkowski, dopisując jej nazwisko (a także rozmaite jego
wersje) do listy.
W Delaware
porażka była jeszcze bardziej spektakularna. O zwolnione przez
wiceprezydenta Joe Bidena miejsce miał odbyć się pojedynek między
obiema partiami – wyrównany, choć ze wskazaniem na GOP.
Tymczasem, prowadzący w sondażach były republikański gubernator
został pokonany przez Christine O'Donnell, „byłą czarownicę”,
która doznała religijnego nawrócenia i walczy z masturbacją. W
listopadowych wyborach z kretesem przegrała z bezbarwnym Demokratą.
Wielu
komentatorom zdawało się, że te porażki przypieczętowały los
republikańskich radykałów, którzy mogą zaszkodzić
centroprawicowym kandydatom, ale sami nie są w stanie (zazwyczaj)
wygrać. Tymczasem w 2012 roku Mitt Romney musi użerać się z
Rickiem Santorumem, który sam nie tylko nie zdobędzie nominacji,
ale też gdyby ją jakimś cudem zdobył (a w cuda wierzy), to
przegrałby z Obamą sromotnie.
To jednak
nie ma znaczenia. Atakowany z prawej, Romney broni się z prawej, raz
po raz zaprzeczając wszystkiemu temu, co czyniło go
atrakcyjnym kandydatem dla centrowych, tzw. niezależnych wyborców.
W ostatnim, „Mad Menowym” numerze „Newsweeka” polecam
interesujący artykuł Davida Fruma „George and Mitt Romney & the Death of Moderate GOP”). Autor (Republikanin) porównuje kampanie wyborcze Mitta Romneya i
jego ojca, George'a. Pokazuje, jak w 1968 roku Romney-ojciec
sprzeciwiał się partyjnym radykałom, a 44 lata później jego syn
próbuje się im przypodobać.
"W
1966 roku George Romney próbował ich pokonać. W 2012 roku Mitt
Romney chce do nich przystać.W 1966 roku zdawało się, że
umiarkowani będą rządzić GOP już zawsze, a George Romney był
ich wielką nadzieją. W 2012 roku umiarkowani są na wymarciu, a
Mitt Romney poświęca większość czasu na dystansowanie się od
tego wszystkiego co zdziałał, a co może go z nimi łączyć".
Nie
są to, co warto w tym miejscu podkreślić, ci sami radykałowie.
Senator Barry Goldwater, „Mr. Conservative” który zdobył
nominację GOP w 1964 roku i przegrał z Johnsonem największą –
22% - ilością głosów w historii, z czasem znalazł się na jej
liberalnym skrzydle – nie ruszając się zbytnio z zajmowanych
pozycji, jeśli nie licząc jego poparcia dla służby
homoseksualistów w armii.
Przesunięcie
się Republikanów na prawo jest tak kolosalne (nie mówię tu już o
ostatnich czterdziestu latach, ale ostatnich czterech), że dla
republikańskich wyborców przewiną staje się jakakolwiek
współpraca z Demokratami w ogóle, a z prezydentem Obamą w
szczególności.
Oto Dick
Lugar, najstarszy wiekiem i stażem Republikanin w senacie (od 1977
roku), specjalista od spraw zagranicznych, wymieniany jako kandydat
na sekretarza stanu, musi tłumaczyć się swoim wyborcom z
popełnienia tak z ich punktu widzenia czynów, jak głosowanie za
zatwierdzeniem obu nominatek Obamy do Sądu Najwyższego czy dobre
kontakty z prezydentem, z którym współpracował w senackiej
komisji spraw zagranicznych. Wyniki sondażowe nie są zaskakujące –
kandydat GOP/Tea Party, remisuje w sondażach z kandydatem
Demokratów, którzy sześć lat temu nawet nie wystawili
nikogo przeciwko Lugarowi – taką cieszył się popularnością w
swoim stanie.
W
konserwatywnym Kansas („What's the matter with Kansas?”) w
prawyborach do stanowej legislatury republikanie radykalni walczą z
republikanami umiarkowanymi, którzy mają czelność blokować
niektóre pomysły ultrakonserwatywnego gubernatora Sama Brownbacka,
np. całkowitą likwidację dotacji na kulturę.
Nic
dziwnego, że Olympia Snowe, najstarsza wiekiem i stażem
Republikanka w senacie, wielokrotnie uznawana za najlepszą senator w
izbie, ogłosiła ostatnio, że odchodzi z polityki:
„Frustrujące
jest to, że w naszych kampaniach wyborczych i instytucjach
politycznych dominująca stała się atmosfera polaryzacji i
podejście „albo będzie po mojemu, albo nie będzie wcale”.
Najlepiej
podsumował to sam Obama, mówiąc, że gdyby dziś Ronald Reagan
ubiegał się dziś o nominację Republikanów, „nie wyszedłby
zwycięsko z prawyborów”. I nie jest to wcale dla niego powód do
radości. Politykę w Stanach uprawia się na szczeblu federalnym w
centrum – jeśli wygra wybory w listopadzie (a wydaje się to coraz
pewniejsze), może się okazać, że współpraca z Kongresem
może być jeszcze trudniejsza niż dotychczas. Radykałowie nie
wygrają, ale przeszkadzać mogą – jak Santorum.
Przyzwyczajania
się do Romneya ciąg dalszy – po Jebie Bushu poparł go też
oficjalnie Tata Bush, który cieszy się szacunkiem jako elder
(czy raczej the
eldest) statesman.
Z kolei milczenie George W. wydaje się z jego strony gestem
kurtuazyjnym, gdyż otwarte opowiedzenie się za Romneyem mogłoby mu
raczej zaszkodzić, niż pomóc.
Szczególnie
ważne jest jednak wsparcie jego kandydatury przez pewnego
senatora-nowicjusza z Florydy, Marco Rubio.
Romney
ma 65 lat – Rubio 40. Romney jest z północy – Rubio z południa.
Romney jest patrycjuszem, synem gubernatora i kandydata do
republikańskiej nominacji pół wieku temu – Rubio Latynosem,
synem imigrantów z Kuby (co prawda uciekających nie przed komunistą
Castro, ale przed pupilkiem Stanów, Batistą, ale mniejsza o to).
Romney mormonem – Rubio katolikiem i (sic) baptystą. W
konserwatyzm Romneya wielu Republikanów powątpiewa – Rubio jest
nazywany „książątkiem” Tea Party i do senatu dostał się
pokonując w republikańskich prawyborach byłego gubernatora, który
nie tylko fizycznie przypominał Romneya. Nic zatem dziwnego, że w
wyobraźni wielu Republikanów (choćby Jeba Busha) uzupełnialiby
się wręcz idealnie z punktu widzenia ekonomii wyborczej, tworząc
dreamticket, który
mógłby zagrozić Obamie.
Z
jednej strony wybór swojego przyszłego wiceprezydenta jest
pierwszym „prezydencką” decyzją kandydata - wybiera się osobę,
która może w każdej chwili sama może zasiąść w Białym Domu,
więc należy kierować się jej kompetencjami. Z drugiej, wybór
wiceprezydenckiego kandydata jest posunięciem kampanijnym,
uzupełnianiem luk ideologicznych i geograficznych, tzw. balancing
the ticket. Ma odwrócić uwagę
od słabych punktów starszego partnera oraz pozyskać ten elektorat,
który do tej pory był sceptyczny.
Tyle
teoria, której czasem przeczy praktyka. Drużyna Bill Clinton-Al
Gore okazała się bardzo skuteczna, choć obaj byli w podobnym wieku
i pochodzili z Południa. Z kolei genialny w teorii pomysł, by
starszemu, doświadczonemu, umiarkowanemu (wówczas) McCainowi
przydać gorliwą konserwatystkę-outsiderkę, Sarę Palin, odbił
się nieprzyjemną czkawką (więcej o tym w mojej recenzji „Game Change”).
Podobieństw
Rubio do Palin jest niemało – młodzi, religijni, żarliwi
konserwatyści, którym politycznie bliżej do Santoruma, niż
Romneya, do tego niezbyt doświadczeni – ale wydają się być w
dużej mierze pozorne. Owszem, Rubio zasiada w senacie dopiero od
roku (tyle ile Palin była gubernatorem), ale wcześniej przez 9 lat
był członkiem stanowej legislatury, z czego dwa lata jej
przewodniczącym. Ma tytuł doktora prawa, a nie licencjat z
dziennikarstwa. Może opowiadać swoją wzruszającą historię imigranckiego dziecka, które ciężką pracą etc. etc., czego tak lubią słuchać Amerykanie. Bliżej mu do Obamy, niż do Palin,
ale w obecnym klimacie nienawiści do prezydenta, ludzie Rubio wolą
unikać takich skojarzeń, które mogą bardziej zaszkodzić niż
pomóc.
Poza
tym, last but not least,
Palin „wnosiła” w wianie Alaskę, której 3 głosy elektorskie i
tak zawsze zdobywa GOP – Rubio daje sporą szansę na Florydę, od
której znowu może zależeć wynik całych wyborów.
I
wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rubio konsekwentnie
powtarza, że nie jest zainteresowany byciem wiceprezydentem. Co
prawda równie konsekwentnie robi wszystko, żeby podtrzymywać
zainteresowanie własną osobą (a to przyśpieszy wydanie
autobiografii, a to w odpowiednim momencie poprze kandydata, do któremu jest ideologicznie najdalej, ale który wygrywa), więc
chyba należy traktować to jako obowiązkową dramaturgię kampanii
à
la
Juliusz Cezar: należy długo wyrażać swoje désintéressement,
żeby
nie wyjść na żądnego władzy, po czym niechętnie ulec „namowom
obywateli” i zgodzić się „dla dobra kraju”.
Pytanie
tylko czy kiedy Romney zdobędzie nominację (a na 99% tak będzie),
zdecyduje się na „idealnego” (zbyt idealnego?) Rubio? To, że
wyborcy by go pokochali, jest pewne, ale to niesie ze sobą oczywiste
zagrożenie, że kandydat rezerwowy przyćmi kandydata głównego.
Jeśli tak zdarzyło się cztery lata temu z wyrazistym McCainem, to
w przypadku Romneya jest tym bardziej prawdopodobne. A Romney może
być nudny, ale głupi nie jest. Nie po to od pięciu lat wydaje
fortunę, żeby utorować drogę do nominacji w 2016 roku dla
jakiegoś chłystka. Obstawiałbym zatem, że wybierze kogoś innego, choć, oczywiście, wszystko może się jeszcze zdarzyć - nawet i to, że tym kimś będzie Santorum.
Wygrana Santoruma w Alabamie i Mississippi (na Gingricha spuśćmy łaskawie zasłonę milczenia) nie zaskakuje, skoro nawet ludzie ze sztabu Romneya otwarcie przyznają, że "chyba nikt nie spodziewał się, że Romney tam zwycięży".
Tymczasem prawda jest taka, że bez względu na to, kto zostanie w tym roku kandydatem GOP, zwycieży w przeważającej większości stanów Południa.Od czasów "Południowej Strategii" Nixona w 1968 roku, kandydaci Republikanów zawsze zdobywali głosy elektorskie tamtejszych stanów - chyba, że kandydat Demokratów sam był południowcem, jak Carter czy Clinton. Obama zmienił to tylko trochę, wygrywając w Północnej Karolinie, Wirginii i o włos przegrywając w Missouri, ale jest raczej mało prawdodopobne, że uda mu się to i w tym roku.
Dobre wyniki Santoruma na konserwatywnym Południu są raczej dowodem na słabość jego kandydatury, a nie jej siłę. W prawyborach trzeba zdobyć zaufanie partyjnej bazy, którą od dawna zdominowali radykałowie - z kolei w wyborach prezydenckich, które polegają na wygrywaniu kluczowych "swing states", kandydaci muszą przekonać do siebie wyborców "niezależnych", a zatem z definicji umiarkowanych.
Reasumując: im lepsze wyniki Santoruma na Południu, tym mniejsze jego szanse na pokonanie Obamy. GOP coraz bardziej się radykalizuje ihermetyzuje, "umiarkowany Republikanin" staje się powoli skazanym na wymarcie gatunkiem. Smutnym tego dowodem jest John McCain - niegdysiejszy "Maverick", który potrafił przeciwstawić się konserwatywnym radykałom, ale żeby utrzymać miejsce w Senacie musiał przystać do obozu, którym kiedyś pogardzał. Dziś to samo musi robić Romney, który - jak się wydaje - ostatecznie zdobędzie ("wyszarpie" byłoby chyba lepszym określeniem) nominację.
Ale jeśli czegoś uczą nas kampanie prezydenckie, to tego, że niczego nie można być pewnym. W końcu, któż by podejrzewał, że jeszcze parę miesięcy temu były senator z pewnym wstydliwym problemem, który w dodatku przegrał wybory we własnym stanie, stanie się jednym z najpoważniejszych kandydatów do nominacji Partii Republikańskiej?
Tak czy inaczej, z okazji wygranej senatora - wesoła piosnka z Oklahomy: