Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Trek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Trek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 marca 2013

It's a trap!

Stało się. Budżetowa gilotyna, dotychczas odkładana i odkładana, spadła ostatecznie w nocy z 28 lutego na 1 marca. Przy okazji sekwestracji Barack Obama popełnił poważny błąd, którego  - mimo PR-owego wysiłku jego sztabu - tak łatwo mu się nie wybaczy.

Nie chodzi wcale o to, że jego doradca rzekomo groził dziennikarskiej gwieździe, Bobowi Woodwardowi, który w końcu ma już na koncie obalenie jednego prezydenta. Okazało się bowiem, że "groźby" Białego Domu były niezwykle uprzejme, a reakcja Woodwarda nieco przesadzona.

Błąd polega na tym, że Barack Obama, pierwszy w Białym Domu fan popkultury z prawdziwego zdarzenia, pomylił Gwiezdne Wojny ze Star Trekiem. W czasie konferencji prasowej powiedział, że nie może zmusić Republikanów do zawarcia porozumienia za pomocą "Jedi mind-meld", myląc sztuczki Jedi z telepatycznymi umiejętnościami Wulkanów. 

Sprawa pozornie drobna, ale nie dla nerdów. W internecie zawrzało - fani zaczęli się oburzać, domagać sprostowania, co bardziej porywczy nawet żądać impeachmentu. Biały Dom zareagował natychmiast, umieszczając link do strony wh.go/jedimindmeld, na której znalazł się prezydencki plan uniknięcia sekwestracji - dowcipnie i celnie (tym razem) nawiązując do Gwiezdnych Wojen i Star Treka. Nie wszystkich fanów to usatysfakcjonowało, ale z pewnością przydało kolejnych punktów Obamie w toczącej się wojnie o przychylność amerykańskiej opinii publicznej.


Sekwestracja pomyślana była jako straszak wobec Kongresu, mający zmusić Demokratów i Republikanów (głównie tych drugich) do kompromisu w sprawie wydatków państwowych. Był to pomysł mniej więcej tak samo głupi, jak plan Federacji Handlowej, żeby za pomocą tajnej blokady Naboo zmusić galaktyczny senat do zmiany podatków. 

Straszak stał się jednak rzeczywistością, gdyż obie strony uznały, że będą w stanie wykorzystać kryzys na swoją korzyść. Republikanie chcieliby zaprezentować się w charakterze niestrudzonych bojowników o mniejszy budżet i niskie podatki, dzielnych rebeliantów walczących z opresyjnym, totalitarnym imperium. 

Sęk w tym, że opinia publiczna odbiera GOP raczej tak, jak chciałby tego Biały Dom - jako ideologicznie zaślepionych sojuszników wielkiego biznesu. Przypominają nie tyle Sojusz  Rebeliantów, ile separatystów z Konfederacji Niezależnych Systemów pod wodzą hrabiego Dooku - walczących rzekomo o niezależność od opresyjnej władzy, ale tak naprawdę służących potężnym galaktycznym korporacjom oraz znacznie mroczniejszym siłom.

Póki co, wydaje się, że zgadzając się na sekwestrację, Republikanie wpadli w PR-ową pułapkę zastawioną przez Obamę. It was a trap! Choć, jak doskonale wiadomo, nie z takich zasadzek wychodzono cało.


środa, 30 maja 2012

Gul Dukat vs. Dr. Spock 2012

W przerwach między dość brutalnymi atakami na siebie (i tak dość łagodnymi w porównaniu z tym, co będzie się działo w ostatnich miesiącach kampanii), kandydaci udzielają wywiadów w których próbują wypaść lekko i przyjemnie, by zaskarbić sobie sympatię widzów. Szczególnie ważne jest to dla Mitta Romneya, który we wszystkich sondażach na temat "likeability" ("lubialności") wypada o niebo gorzej od urzędującego prezydenta: 31% do 60%.

Że Obama jest geekiem wiadomo nie od dziś. Lubi komiksy, szczególnie Spider-Mana  - wystąpił nawet w jednym z nich (Spidey Meets the President!), nie wspominając już o tym, że miał swoją (krótkotrwałą co prawda) własną serię komiksową, Barack the Barbarian. W dzieciństwie był fanem Star Trek i podkochiwał się w porucznik Uhurze, z którą ostatnio wymienił wulkańskie pozdrowienie - mało zaskakujące, zważywszy na to ile razy porównywano go do doktora Spocka: pozbawionego emocji naukowca o mieszanym rasowo pochodzeniu.


Nic zatem dziwnego, że Romney wszelkimi środkami próbuje przekonać wyborców, że nie jest sztywniakiem, ale sympatycznym gościem, który - jak Obama - jest na bieżąco z tym co się dzieje w popkulturze.


W wywiadzie dla Wolfa Blitzera, w CNN, Romney pochwalił się, że nie tylko poszedł z wnukami na "The Hunger Games", ale też czytał książki Suzanne Collins. Z kolei rok temu wyznał, że jest fanem "Zmierzchu", który podebrał wnuczce. Natychmiast jednak zastrzegł:
 "Osobiście nie lubię wampirów. Nie znam żadnych".
Co dziś może budzić uśmieszki na twarzach tych, którzy oskarżają go o bycie krwiożerczym wampirem z Wall Street.

Im dalej w przeszłość, tym dziwniej. Dziś mało kto o tym pamięta, ale w czasie kampanii 2008 roku Romney, poproszony o podanie swoich ulubionych książek, (nawiasem mówiąc, jakoś sobie nie przypominam, żeby kandydatów w Polsce - na cokolwiek,  a już na prezydenta czy premiera szczególnie - pytano o to co czytają), nie wymienił wcale "Zabić drozda", "Hucka Fina" czy czegoś równie oczywistego, co przyszły prezydent "powinien" uwielbiać (a co wymienił Obama), ale - o zgrozo! - "Battlefield Earth" L. Rona Hubbarda, założyciela scjentologii.

Romney od razu zastrzegł, że w żaden sposób nie podziela religijnych przekonań Hubbarda, choć kiedy się im bliżej przyjrzeć, okazuje się, że scjentologia i mormonizm mają kilka wspólnych cech, m.in. aspekt science-fiction: u scjentologów występuje kosmiczny despota Xenu - u mormonów planeta Kolob, mająca być siedzibą boga (dla fanów Battlestar Galactica - podobieństwo do Kobol całkowicie nieprzypadkowe).

Mniejsza już nawet o scjentologię. Sęk w tym, że w roli fana fantastyki (ba, żeby tylko w tej roli) Romney nie wypada zbyt przekonująco, wybierając powieść, która nawet przez miłośników gatunku uważana jest za dość kretyńską, a jej wierną ekranizację powszechnie określa się mianem jednego z najdurniejszych i najgorszych filmów science-fiction wszechczasów (siedem całkowicie zasłużonych Złotych Malin) - co, oczywiście, oznacza, że jeśli ktoś go nie widział, to koniecznie powinien.




Chcąc zyskać na popularności robi to w sposób podwójnie nieudolny - nie tylko kompromituje się przed grupą, którą próbuje do siebie przekonać (trochę jak ktoś, chcąc przypodobać się melomanom, powiedziałby, że bardzo lubi utwory Rubika), ale przy okazji też psuje sobie opinię wśród reszty wyborców. Oto Romney zaczytuje się w powieściach dla nastolatków, podczas gdy Obama na wakacje zabiera kilka książek o historii i współczesnych problemach świata. I nie chodzi wcale o to, czy Romney powiedział prawdę (nie sądzę) i czy Obama przeczyta to wszystko (też nie sądzę), ale o przekaz: Romney czyta "Zmierzch", a Obama "Post-American World" Fareeda Zakarii. A teraz proszę sobie wybrać kandydata.

Na polu science fiction Romney przegrywa z Obamą także z innego powodu. Oto fani Star Treka zauważyli, że Mitt Romney fizycznie bardzo przypomina Gul Dukata, ze startrekowego "Deep Space Nine". Porównanie niezbyt korzystne, zważywszy nie tylko na jaszczurczą aparycję, ale też niechlubną biografię Kardasjanina, który może i nie doprowadzał do bankructwa podupadających firm, ale za to był dowódcą brutalnych sił okupacyjnych agresywnej, ksenofobicznej cywilizacji, odpowiedzialnym za śmierć milionów istot.

Można zatem założyć, że w wyborach na prezydenta Gwiezdnej Federacji Gul Dukat miałby raczej niewielkie szanse z doktorem Spockiem, ale - oczywiście - wszystko jest możliwe.