Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2012

Skrajna prawica odkrywa sztukę performance'u

Styl paranoiczny w amerykańskiej polityce, o którym pisał Richard Hofstadter w latach 60., ma się wciąż znakomicie. Dziś największym z prawicowych oszołomów jest Glenn Beck, który z wariactwem w oczach rozrysowuje na tablicach swoje teorie spiskowe w których wszystko łączy sie ze wszystkim, a także wzywa do gromadzenia broni i obrony przed komunistyczną dyktaturą Husseina Obamy, która chce zamykać "prawdziwych Amerykanów" w obozach FEMA. 


Glenn Beck broni też prawdziwych Amerykanów przed zgniłymi, lewicowymi elitami, propagującymi "obrazoburczą sztukę". Ostatnio poszło - co nie jest zaskakujące - o Obamę, a konkretniej o obraz Michaela d'Antuono pod tytułem Truth, pokazujący prezydenta w pozie ukrzyżowania, z koroną cierniową na głowie. Choć teoretycznie może to być kpina z retoryki mesjanistycznej, która towarzyszyła pierwszemu wyborowi Obamy, chodzi raczej o to, że Obama jest krzyżowany przez prawicę niczym Jezus. Estetycznie obraz jest bardzo  średni, przypominający - paradoksalnie - malowidła Jona McNaughtona o których pisałem w maju.


Trzeba przyznać, że Beck walczy z "obrazoburczą sztuką" metodą znacznie kreatywniejszą niż poseł Tomczak z rzeźbą papieża autorstwa Maurizio Cattelana. Zamiast niszczyć, zajął się tworzeniem. Oto przygotował własne dzieło sztuki - w dużym słoiku pełnym (jak twierdził) własnego moczu umieścił plastikową figurkę Baracka Obamy. Dzieło zatytułował "Obama in Pee Pee", "Obama w siuśkach", po czym wystawił je na Ebayu.


Chodziło - jak twierdził - o przetestowanie hipokryzji lewicy, która powołuje się na Pierwszą Poprawkę do Konstytucji, gwarantującej wolność wypowiedzi. Jeśli lewica ma prawo do obrażania symboli religijnych tworząc "pseudosztukę", na przykład porównując Obamę do Jezusa - a jego zdaniem niestety ma - to on ma prawo tworzyć sztukę obrazoburczą dla lewicy. Beck oczywiście nawiązywał do znanej pracy Andresa Serrano Piss Christ, przedstawiającej zdjęcie krucyfiksu zanurzonego w zbiorniku z moczem. Atakowany przez Republikanów w latach 90., bronił go, m.in., "New York Times", powołując się właśnie na swobodę wypowiedzi artystycznej.

Prowokacja Becka nie wyszła i to z kilku powodów. Choć Ebay usunął aukcję za złamanie regulaminu (na portalu nie wolno sprzedawać moczu i "innych wydzielin"), wbrew oczekiwaniom Becka "lewicowe elity" nie wybuchły świętym oburzeniem, na co tak liczył. Jego pracę uznano po prostu za infantylną i wtórną. Lewicy daleko do reakcji choćby Ligi Katolickiej, która oburza się pracami Serrano i Antuono, domagając się przeprosin od twórców i chcąc cenzurować ich wystawianie. 

Największy cios zadał sobie jednak sam Beck, kiedy wyjawił, że w słoiku było zwykłe piwo. Wyszło na to, że nie ma dość odwagi, żeby naprawdę wywołać skandal.

Paradoksalnie, jeśli Glenn Beck stworzył prawdziwe dzieło sztuki, to był nim długi wstęp do zanurzania Obamy - kpiarski wykład na temat pojęcia tabu i nagości w sztuce, w którym Beck udawał historyka sztuki, francuskiego malarza, a także cenzurował Rubensa. Był to naprawdę znakomity performance na temat stanu psychiki amerykańskiej skrajnej prawicy.

sobota, 25 sierpnia 2012

Czy amerykańskim kongresmenom wolno pływać nago w Jeziorze Genezaret?

Dzisiejsi amerykańscy kalwini w prawie niczym nie przypominają dawnych purytanów i są bodaj najbardziej postępowym kościołem chrześcijańskim na świecie, ale stan moralnego oburzenia w jaki dość regularnie wpadają Amerykanie (np. afera z biustem Janet Jackson,  tzw. wardrobe malfunction) przypomina nam o tym, że purytański duch w narodzie amerykańskim wciąż trzyma się mocno.

Latem zeszłego roku grupka świeżo upieczonych republikańskich kongresmenów, razem z rodzinami i asystentami udała się w podróż do Izraela. Po całym dniu spotkań, czterdziestosoobowa grupa zjadła kolację w restauracji położonej w Tyberiadzie, nad brzegiem jeziora Genezaret (Galilejskim, Tyberiadzkim, jak zwał, tak zwał). Późno w nocy, po kilku godzinach drinków, około połowa biesiadników wskoczyła do wody. Większość pływała "częściowo rozebrana", niektórzy "w pełni ubrani", a  jeden kongresmen (o zgrozo!) nago. Następnego dnia, zostali upomnieni przez najważniejszego rangą kongresmena, Erica Cantora. Wydawało się, że jest po sprawie.


Nagle okazuje się, że sprawą interesuje się FBI, zaciekawione czy w czasie wycieczki doszło do "niestosownych zachowań". Jeśli pływanie nago w jeziorze Genezaret  jest nielegalne, to chyba powinna się tym zajmować izraelska policja wodna, a nie amerykańskie Federalne Biuro Śledcze, ale mniejsza o to.

"Afera" jest śmieszna, ale jeszcze lepsze są "tłumaczenia" kongresmenów. Okazuje się mianowicie, że wskoczyli do jeziora tylko dlatego, że 
"chcieli znaleźć się w miejscu, w którym Jezus chodził po wodzie".
Wszystkich bije na głowę Ben Quayle z Arizony. Jeśli jego nazwisko z czymś się państwu kojarzy, to zupełnie zrozumiałe - Ben jest synem Dana, Sary Palin swoich czasów, nieszczęsnego wiceprezydenta, który plótł od rzeczy gorzej od Joe Bidena. Kongresmen Quayle (rocznik 1976) jest zaprawdę synem swojego ojca. Cytuję dosłownie:
(...) udało mi się wejść do jeziora stosownie odzianym i (...) bardzo krótko popływać w Jeziorze Galilejskim. Zdołałem także wziąć do domu małą fiolkę wody z tego jeziora i ochrzcić moją córeczkę wodą z tego jeziora.
Nie ma co, zuch chłopak z tego Quayle'a, nawet po paru godzinach popijawy myśli o tym, żeby nabrać świętej wody do fiolki, którą ma zawsze przy sobie. No, ale tytuł "najbardziej konserwatywnego kongresmena" tego roku zobowiązuje.

Religijne tłumaczenia uczestników zajścia są groteskowe, choć - żeby nie było wątpliwości - uważam, że w gruncie rzeczy nic się nie stało (w końcu nie zniszczyli przy okazji żadnych meleksów, ani nic takiego) i cała afera jest typową dla dzisiejszych amerykańskich mediów histerią.

Trudno mi jednak współczuć republikańskim kongresmenom - kto mieczem wojuje etc. Partia, która oskarża Baracka Obamę o to, że "hańbi Amerykę" kłaniając się na powitanie cesarzowi Japonii albo wręczając nieodpowiednie prezenty brytyjskiej królowej, nie powinna się dziwić, że pływanie nago i pod wpływem alkoholu w czasie zagranicznej delegacji spotyka się z moralnym oburzeniem - nawet jeśli jest to tylko moralne oburzenie mediów. Poza tym, Republikanie doskonale wiedzą, że gdyby to goli Demokraci wskakiwali po pijanemu do rzeki Jordan, Morza Martwego czy choćby basenu w jerozolimskim hotelu, pierwsi opowiadaliby o tym, jak bardzo są wstrząśnięci.