Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarah Palin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarah Palin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2013

Konferencja dobrego samopoczucia

W Maryland trwa właśnie CPAC, Conservative Political Action Conference, doroczne zebranie konserwatystów, czyli de facto Republikanów i ich sympatyków. Ci jednak, którzy po wynikach ubiegłorocznych wyborów liczyli na zwrot, otwarcie na grupy z którymi dotychczas było GOP nie po drodze, a przynajmniej jakąś autorefleksję Republikanów, mogą się czuć rozczarowani. 



Chris Christie, republikański gubernator New Jersey, który nie tylko odnosi sukcesy w demokratycznym stanie, nie został nawet zaproszony. Powód? Dogaduje się jakoś z administracją Obamy, zamiast negować wszystko jak leci, ośmielił się też skrytykować liderów swojej partii w Kongresie. Nic to, że jak na razie we wszystkich sondażach, to właśnie Christie jest faworytem do republikańskiej nominacji w wyborach A.D. 2016. 

Rob Portman, senator z Ohio i niedoszły kandydat na wiceprezydenta u boku Romneya, cenuiony ekspert od spraw budżetowych, też nie dostał zaproszenia. Powód? Poparł ostatnio małżeństwa gejowskie - podobnie jak inni niezaproszeni, a ważni Republikanie: były gubernator Utah, Jon Huntsman, czy była szefowa Hewlett-Packarda, Meg Whitman, która ubiegała się o fotel gubernatora Kalifornii. GOProud, organizacja gejów-republikanów, też nie dostała prawa wstępu na teren konferencji. Nic to, że małzeństwa homoseksualne popiera około 65% młodych Amerykanów.


Zamiast tego, słuchacze mogli wysłuchać Wayne'a LaPierre'a, balansującego na granicy szaleństwa szefa NRA, który wściekał się na rządowe propozycje jakichkolwiek obostrzeń w dostępie do broni - popierane, a jakże, przez większość Amerykanów. Ann Coulter, komentatorka, która miałkość argumentów przykrywa zjadliwymi, a czasami chamskimi komentarzami, wściekała się na plany reformy imigracyjnej (zainicjowanej przez Republikanów, dodajmy), gdyż jeśli do niej dojdzie, "całe Stany zaczną przypominać Kalifornię i Republikanie nigdy nie wygrają już żadnych wyborów".  

Mistrzyni ciętej riposty, Sarah Palin, rzucała złośliwościami pod adresem prezydenta i burmistrza Nowego Jorku, a także przestrzegała przed jakimikolwiek odstępstwami od konserwatywnej ortodoksji. W końcu oświadczyła, że nie ma czegoś takiego, jak "sprawy kobiet" czy "sprawy mniejszości", bo "wszyscy jesteśmy Amerykanami". Jej przemówienie wywoływało wybuchy entuzjazmu, co i raz to przerywane brawami. Ci, którzy jak Jeb Bush, mówili o konieczności zmian, otrzymywali jedynie grzecznościowe oklaski. 

Czy kogoś jeszcze dziwi to, że ci sami Amerykanie o których mówiła Palin coraz mniej chętnie głosują na Partię Republikańską? Może dzieje się tak właśnie dlatego, że GOP woli udawać sama przed sobą, że problemy tych czy innych mniejszości albo nie są istotne, albo w ogóle nie istnieją? Na jakiś czas taka strategia wystarczy - przynajmniej nie będzie psuła dobrego samopoczucia - ale za jakiś czas, nawet bez reformy imigracyjnej, spełni się koszmar Ann Coulter. A wtedy Republikanom (jeśli w ogóle jeszcze jacyś się ostaną) nie będzie już tak wesoło. 

niedziela, 6 stycznia 2013

Mahoniowe skrzyneczki

Bez większego echa przeszła wiadomość, że w ubiegły piątek Barack Obama został ponownie wybrany prezydentem (surprise! surprise!). Była to, oczywiście, czysta formalność, ale stare demokracje lubimy m.in. właśnie za takie pozornie bezsensowne tradycje. W Wielkiej Brytanii mamy urząd królewskiego bailiffa Chiltern Hundreds*, w Stanach Zjednoczonych coroczne ułaskawianie indyka i - właśnie - oficjalne wybieranie prezydenta.

Odbyło się ono w następujący sposób:

1. Po głosowaniu w listopadzie, gubernator każdego stanu musiał przygotować Certificates of Ascertainment, certyfikaty stwierdzenia, potwierdzające wybór elektorów. Dwa egzemplarze z każdego stanu trafiły do Archiwów Narodowych, reszta czekała na spotkanie elektorów. Wszystkie niejasności w tej kwestii musiały być wyjaśnione najpóźniej na sześć dni przed zebraniem.

Certyfikaty z 2008 roku, z Alaski (strona ostatnia, z podpisem gubernator Sary Palin) i  Kalifornii (strona 1) 

2.  W pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia, rzeczeni elektorzy zebrali się w swoich stanach - kolegium elektorskie de facto nie istnieje, bo nigdy nie obraduje razem. Głosy oddawali osobno na prezydenta, osobno na wiceprezydenta (dziękujemy ci, 12. poprawko do konstytucji, inaczej wiceprezydentem byłby Mitt Romney). 

Wyniki zapisuje się na certfikatach głosowania (Certificates of Vote), zawierających  wszystkich ludzi, którzy otrzymali jakikolwiek głos - czyli, w teorii, także głosy tzw. "niewiernych elektorów", głosujących inaczej niż ich stan. Np. w 2004 roku jeden z elektorów pomyłkowo zagłosował na Johna Edwardsa na prezydenta (a nie wiceprezydenta). Od tamtej pory zmieniono prawo, wprowadzając głosowanie jawne i możliwość unieważnienia "niewiernego głosu".

Certyfikat z Minnesoty, z 2004 roku

Powstaje sześć certyfikatów głosowania: jeden trafia do wiceprezydenta; dwa trafiają do Archiwów Narodowych; dwa do sekretarza danego stanu (którego główną funkcją jest zazwyczaj właśnie nadzorowanie wyborów), a jeden - jako zapasowy - do sędziego właściwego stanowi sądu okręgowego. 

Certyfikaty wysłane do Waszyngtonu trafiają do dwóch mahoniowych skrzynek, rozdysponowane alfabetycznie - w jednej są od Alabamy do Missouri, w drugiej od Montany do Wyoming - z czego wynika, że pierwsza skrzyneczka jest cenniejsza votewise.

Congressional pages (paziowie? gońcy?) niosą skrzyneczki.

3. Na połączonej sesji Kongresu, której przewodniczyli wiceprezydent Biden i spiker Boehner, dwóch senatorów i dwoje reprezentantów (z obu partii) na zmianę ogłaszało wyniki głosowania z kolejnych stanów. 

Teoretycznie powinno się to odbyć 6 stycznia, czyli dziś, ale ponieważ mamy niedzielę, Kongres wyjątkowo pozwolił podliczyć głosy w piątek. 

Sesja nie cieszyła się zainteresowaniem - była na niej Nancy Pelosi, Boehner wyglądał na zbolałego, a Paul Ryan nie przyszedł. Więcej ludzi było na widowni, niż na sali obrad. Wszystko trwało zaledwie pół godziny. Całość (dla BARDZO zainteresowanych) tutaj.


4.  Obama zostanie oficjalnie zaprzysiężony na drugą kadencję 20 stycznia, w niedzielę za dwa tygodnie.


* Królewski zarządca i bailiff Chiltern Hundreds (Crown Steward and Bailifff of the three Chiltern Hundreds of Stoke, Desborough and Burnham) oraz Królewski zarządca i bailiff Northstead są starodawnymi urzędami nadawanym osobie, która chce zrezygnować z Izby Gmin. Ponieważ oficjalnie nie można "zrezygnować", poseł musi zwrócić się do Kanclerza Skarbu z prośbą o mianowanie go bailiffem tego i owego, gdyż objęcie urzędu płatnego z "królewskiej szkatuły" (1 funt rocznie) nie pozwala na zajmowanie stanowiska posła. Na koniec akcent polski: obecnym bailiffem Chiltern Hundreds jest Dennis MacShane, urodzony jako Dennis Matyjaszek.

sobota, 18 sierpnia 2012

Hillary i Joe: zamiana miejsc, która nie nastąpi

Od lat wszyscy wiedzą, że Joe Bidenowi zdarza się powiedzieć coś nie na miejscu, bez zachowania politycznej poprawności, a czasami po prostu od rzeczy. W sytuacji w której polityka - szczególnie amerykańska - jest jednak tak silnie zrytualizowana, Biden wnosi pewną autentyczność i szczerość.

Kiedy parę dni temu powiedział do grupy wyborców (w dużej mierze czarnych), że pod rządami Romneya "Wall Street zakuje Was z powrotem w kajdany" Republikanie rozpętali histerię. Komentarz wiceprezydenta odnosił się do słów Paula Ryana o konieczności "zrzucenia kajdanów krępujących gospodarkę", ale można go uznać za niestosowny, zwłaszcza zważywszy na kontekst. Okazuje się jednak, że Joe Biden nie tyle ma za długi język, ile jest prawdziwym rasistą. Cóż, trzeba przyznać, że to odważny zarzut ze strony partii, która ma w Kongresie jednego czarnoskórego przedstawiciela, a i to tylko dopiero od zeszłego roku. 

Wielkim zaskoczeniem okazało się również to, że Republikanów żywotnie interesuje dobro prezydenta Obamy i skuteczność jego kampanii wyborczej. Senator John McCain stwierdził, że "byłoby mądrze" zastąpić Bidena kimś innym, Sarah Palin zasugerowała Hillary Clinton (sic), a prawicowe blogi rozpisały się o tym, jak bardzo Biden nie nadaje się na stanowisko wiceprezydenta. No cóż, kolejny poważny zarzut ze strony partii, która wybierała na to stanowisko takie tuzy intelektu, jak Spiro Agnew, Dan Quayle czy rzeczona Sarah Palin.

Teoretycznie byłoby to możliwe, choć ostatni przypadek wymiany wiceprezydenta miał miejsce w 1944 roku i zrobił to Franklin D. Roosevelt, (zastępując nieco zbyt liberalnego Henry'ego Wallace'a Harrym Trumanem), ubiegający się wówczas o czwartą kadencję i mogący sobie na taki ruch pozwolić. Obama nie jest jednak w tak komfortowej sytuacji, a na trzy tygodnie przed konwencją partyjną wyglądałoby to na ruch desperata - zupełnie niezrozumiały w sytuacji, w której konsekwentnie prowadzi w sondażach.

Tak czy inaczej, w internecie radośnie wrócono do ubiegłorocznych spekulacji na temat ewentualnej zamiany stanowisk między Bidenem i Hillary. Rzecznik pani sekretarz stanu, zmęczony nieustannym zaprzeczaniem jakoby jego szefowa spotkała się w sprawie wiceprezydentury z doradczynią Obamy, Valerie Jarrett, wystosował takie oto oświadczenie:

To nie miało miejsca.
Nie jadły lunchu.
Nie jadły żadnego innego posiłku.
Nie spotkały się w tym miesiącu.
Nie spotkały się w poprzednim miesiącu.
Nie spotkały się w 2012 roku.
Nie spotkały się w latach 2011, 2010 i 2009
To się nie dzieje.


Aha, jest jeszcze jeden BARDZO dobry powód dla którego za trzy tygodnie w Charlotte Biden zostanie nominowany ponownie - zbyt dużo wyprodukowano już chorągiewek, czapeczek, t-shirtów, kubków, przypinek, ubranek dla psów, futerałów na iPhone'y oraz setek innych rzeczy z napisem OBAMA-BIDEN, do kupowania których  codziennie zachęca mnie mailem sztab Obamy.

sobota, 11 sierpnia 2012

"Intelektualny przywódca partii" numerem 2

Na pokładzie pancernika "Wisconsin" w Norfolk, w Wirginii, przy dźwiękach czegoś, co brzmiało jak muzyka Hansa Zimmera, Mitt Romney ogłosił swój wybór kandydata na wiceprezydenta - Paula Ryanakongresmena z Wisconsin. I nagle stał się cud: wszyscy są zadowoleni.


Zadowoleni są Republikanie. Fox News ogłasza, że to "odważny ruch", że Ryan jest nie tylko młody, charyzmatyczny (o wiele bardziej od Romneya, nawiasem mówiąc) i lubiany przez Tea Party, ale też niebywale inteligentny. Porównują go do Kennedy'ego i - oczywiście - Reagana.

Zadowoleni są Demokraci. Intelektualne przywództwo Ryana polega nie tylko na tym, że lubi (a przynajmniej lubił) Ayn Rand, ale przede wszystkim na tym, że jest autorem budżetowego planu GOP, nazwanego górnolotnie Path to Prosperity, który opiera się na obniżkach podatków dla najbogatszych i cięciach w wydatkach budżetowych, w tym znacznej modyfikacji Medicare. To w odpowiedzi na niego jakiś czas temu Demokraci stworzyli bardzo nieelegancki klip w którym ktoś bardzo podobny do Ryana spycha starszą panią z urwiska.


Dla sztabu Obamy wybór Ryana jest świetną wiadomością, gdyż doskonale wpisuje się w przyjętą przez Demokratów narrację: Romney jest kandydatem starych, zawodnych metod, które nie mogą naprawić sytuacji gospodarczej, gdyż to właśnie one są odpowiedzialne za kryzys. Ryan sprawia, że w kampanii pojawia się kolejny temat niezbyt wygodny dla Republikanów - zakusy GOP na Medicare, popularną także wśród republikańskich wyborców. Jako żywo, zdobycie głosów starszych ludzi (pozdrowienia z Florydy) będzie teraz naprawdę niełatwym zadaniem dla sztabu Romneya.

Wybór Ryana jest - także  z tego powodu - dość zaskakujący. Od dawna wszyscy powtarzali do znudzenia (i ja także), że wiceprezydenckim kandydatem będzie zapewne senator Portman albo gubernator Pawlenty - stało się to jednak wiedzą tak powszechną, że - jak widać z perspektywy - po prostu nie mogło nastąpić, gdyż zostałoby przyjęte najwyżej ze wzruszeniem ramion.

Przegrywający w sondażach kandydat Republikanów potrzebował kogoś zaskakującego, nowego, młodszego, bardziej konserwatywnego i popularniejszego wśród partyjnej bazy. Wszyscy pamiętamy jak skończyło się to cztery lata temu, mimo początkowego entuzjazmu na prawicy - włącznie z namaszczaniem na "nowego Reagana".

O ile jednak świeżo upieczona gubernator Alaski była nikim, zasiadający w Kongresie od wielu lat Ryan rzeczywiście jest - jak określił go sam Romney - "intelektualnym przywódcą partii". Należałoby jednak zadać pytanie - dlaczego rzekomy "intelektualny lider partii", który narzuca linię programową całej partii startuje tylko na wiceprezydenta? Nic dziwnego, że przedstawiając go, Romney pomylił się i nazwał "następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych". 

Być może za cztery lata (jeśli Romney przegra), albo za osiem (jeśli wygra), Ryan stanie się rzeczywistym liderem partii - tak, jak w ostatnich latach to poglądy Sary Palin, a nie McCaina stały się obowiązującymi poglądami Partii Republikańskiej. Na razie jednak, Amerykanie wybierają między Obamą a Romneyem. I tyle. Paul Ryan - jak żaden wiceprezydencki kandydat - nie będzie miał żadnego znaczenia dla ostatecznego wyniku wyborów.

czwartek, 19 lipca 2012

Batman vs. Bane (Capital)

Amerykański odpowiednik ojca Rydzyka - radiowy ultrakonserwatysta, który bez przeszkód biadoli nad tym, jak to straszliwie prześladowana jest prawica i w niewybrednych słowach atakuje wszystkich, których nie lubi - niezawodny Rush Limbaugh, odkrył spisek wymierzony w Mitta Romneya (za którym zresztą sam jeszcze niedawno nie przepadał).

Do kin właśnie wchodzi nowy film Christophera Nolana o Batmanie, Dark Knight Rises, gdzie przeciwnikiem Zamaskowanego Krzyżowca będzie Bane. I to właśnie jest, zdaniem Limbaugha, spisek.
Wiecie jak się nazywa przeciwnik Batmana w tym filmie? Bane, B-a-n-e. A jak nazywa się firma inwestycyjna, którą kierował Romney i wokół której wymyśla się teraz tę całą aferę? Bain. Film powstawał już od dawna. Od dawna znana była też data premiery, lato 2012 roku. Czy uważacie, że to przypadek?
Co za pytanie, oczywiście, że nie wierzę. Ponieważ jednak DC Comics wymyśliło postać Bane'a prawie dwadzieścia lat temu, w 1993 roku (kiedy firma Romneya miało dopiero 9 lat), trzeba przyznać, że spiskowcy są niezwykle przebiegli. W dodatku, kiedy kilka lat temu wybierali przeciwnika Batmana do trzeciego filmu Nolana, musieli też przewidzieć, że walkę o republikańską nominację wygra właśnie Romney, a nie na przykład Rick Santorum czy Sarah Palin.


Tymczasem, jak podkreśla Limbaugh - "Bane jest terrorystą, który chce zniszczyć Gotham, Nowy Jork (...) brzmi jak koleś z Occupy Wall Street. (...)". Jeśli zaś przez chwilę zastanowimy się dlaczego Romney wydaje tyle pieniędzy na przebudowę swoich domów (jaskinie muszą kosztować!), możemy dojść - jak Limbaugh - tylko do jednego wniosku:
Romney jest dobrym, bogatym gościem, (...) Romney jest Batmanem.
Zważywszy na to, że Obama jest Jokerem (jak pamiętamy z plakatów sprzed kilku lat), rozumowanie Limbaugha jest całkowicie logiczne. Czekamy zatem z niecierpliwością na wybór Robina.

niedziela, 20 maja 2012

"Election should feel good!"

Popkultura i polityka zazębiają się czasem przedziwny sposób. 

To, że przemysł erotyczny błyskawicznie reaguje na wydarzenia ze świata popkultury wiadomo nie od dziś. Pornograficzne wersje "Harry'ego Pottera", "Piratów z Karaibów" czy choćby - jak ostatnio - "The Avengers", pojawiają się tuż po premierze oryginału. 

Od pewnego czasu pojawiają się też filmy dla dorosłych odnoszące się do bierzących wydarzeń politycznych. Choć pornoparodie nieco chętniej biorą za cel konserwatywnych (i sprzeciwiających się pornografii w ogóle) polityków republikańskich, to jednak pornografia zasadniczo nie dyskryminuje - mamy zatem filmy o Hillary Clinton (Hillary for President) i o Baracku Obamie (Barack's Presidential Briefs), choć z pewnością najlepiej znane jest Who's Nailin' Paylin, wyprodukowany przez Larry'ego Flynta film o seksualnych przygodach niejakiej Serry Paylin, która w odpowiednich momentach krzyczy "You betcha!" albo "Drill, baby, drill!".



Rzecz jasna, z nielicznymi wyjątkami politycy (płci obojga) nie są na tyle atrakcyjni, żeby to właśnie ich "obecność" na ekranie wywoływała u widzów podniecenie, zasadniczo związane z takimi produkcjami. Doskonale wiadomo, że chodzi przede wszystkim o parodię, o wyśmianie/upokorzenie nielubianych postaci. Choć zwykło się przy tym uważać, że pornoparodia  z definicji musi być czymś prymitywnym, humor w takich filmach jest czasem chyba lepszy od tego, który znamy z polskiej "satyry politycznej".



Słynnym pierwowzorem pornoparodii był może nie pornograficzny, ale z pewnością nieobyczajny film z 1971 roku pt. Tricia's Wedding, opowiadający o weselu córki Richarda Nixona w czasie którego LSD w ponczu doprowadza do rozluźnienia obyczajów zaproszonych gości: m.in. królowej Elżbiety, Goldy Meir, Micka Jaggera, Jackie Kennedy oraz samego prezydenta. Jeśli dodać, że w rolach głównych wystąpiła słynna grupa drag queens z San Francisco, The Cockettes, nic dziwnego, że szef sztabu Nixona, Haldeman, zorganizował nawet potajemny pokaz w Białym Domu, żeby zdecydować czy podejmować jakieś działania przeciwko twórcom.




roku 2008 roku pewna firma z seksualnymi akcesorami stworzyła linię zabawek dla dorosłych odnoszących się do ówczesnej kampanii wyborczej. Można było zatem wybierać między dmuchaną lalą Sary Palin, dildem w kształcie Obamy (o nazwie "Head of State") czy - niekoniecznie (na szczęście!) - sekszabawką, dziadkiem do orzechów w kształcie Hillary.



Teraz, przy okazji dogorywających republikańskich prawyborów, artysta Matthew Epler, nie kryjący swoich prodemokratycznych sympatii, stworzył "Grand Old Party" - linię dildo w kształcie chronologicznych notowań poszczególnych kandydatów wśród zarejestrowanych  Republikanów. Cały pomysł, w najeżony aluzjami sposób, objaśnia tutaj




Pomysł może nieco (Pardon my French) "z dupy", ale cóż, nadeszło nieuniknione - filmy pornograficzne o politykach okazały się być niewystarczającym political statement.

środa, 11 kwietnia 2012

LOL Hillz!



Oto zdjęcie z października zeszłego roku. Hillary Clinton, lecąc do Libii, w ciemnych okularach czyta coś (pisze?) na swoim blackberry.

Kiedy się pojawiło, Reuters pisał, że może zaszkodzić Clinton, która wygląda na nim niekorzystnie, jak "zmęczona i przepracowana kobieta". Nie bardzo wiem, dlaczego dowód na to, że ktoś ciężko pracuje miałby działać na jego niekorzyść - i rzeczywiście.

Tymczasem dziś mija tydzień od pojawienia się bloga "Texts From Hillary", który przebojem zdobył internet, w ciągu 24h mając jakieś milion pincet wejść. Koncepcja jest - jak to zwykle bywa w takich wypadkach - bardzo prosta. Hillary wysyła zasadnicze i złośliwe wiadomości do Marka Zuckerberga, Sary Palin, Ryana Goslinga etc.



9 kwietnia, (po 5 dniach) twórcy bloga, Stacy Lamb i Adam Smith zostali zaproszeni do Departamentu Stanu i następnego dnia spotkali się z Hillary, która sama opublikowała na ich blogu jednego mema. Sama powiedziała, że najbardziej lubi ten z Goslingiem.

Co się stało? Może nie wszyscy pamiętają, więc przypomnę. W 2008 roku, choć w prawyborach zdobyła odrobinę więcej głosów niż Obama, przegrała z nim walkę o nominację Demokratów, a także walkę o miłość mediów i internetu. W kontraście z Barackiem "Change" Obamą przedstawiano ją jako symbol zgniłych kompromisów i starego establishmentu, którego pycha została ukarana. Naśmiewano się z jej wyglądu i cech charakteru (genialna Amy Poehler w "Saturday Night Live").

Tymczasem dziś, Hillary nigdy jeszcze nie cieszyła się taką popularnością. Jej pracę jako sekretarza doceniają prawie wszyscy - pozytywną opinię ma o 66% Amerykanów, w tym 40% Republikanów (sic!). Okazało się, że te same cechy za które ją krytykowano, w sytuacjach kryzysowych postrzegane są jako atut - ok, może nie jest najpiękniejsza i najmilsza (choć - jak właśnie widać - pozory mylą), ale jest twarda, zdecydowana, kompetentna i pracowita. A ostatecznie to chyba (niespodzianka!) jest jednak ważniejsze na jej stanowisku. Jak najlepiej ujął to sam Lambe:
“Ludzie próbowali zrobić z niej sukę, podczas gdy ona jest po prostu najważniejszą suką-przywódcą (the head bitch in charge)" .

Rzecz jasna, podsyciło to krążące od pewnego czasu spekulacje na temat ewentualnego startu Hillary w wyborach 2016 roku. Podawany czasem argument o zbyt zaawansowanym wieku można włożyć między bajki. Będzie miała 69 lat - tyle samo, co Reagan, kiedy zostawał prezydentem trzydzieści lat temu. Kluczowym pytaniem jest oczywiście to, czy ona sama będzie chciała startować ponownie. W odpowiedzi na sugestie części mediów, że mogłaby zamienić się miejscami z Joe Bidenem i zostać wiceprezydentką, wyraźnie odpowiadała, że nie jest tym zainteresowana. Wprost mówi też, że nie będzie sekretarzem stanu w ewentualnej drugiej administracji Obamy, a także wielokrotnie sugerowała, że przymierza się do wycofania z polityki w ogóle.

Ale cztery lata to bardzo dużo czasu, a sama Hillary najlepiej wie, że w polityce nie ma nic pewnego.

czwartek, 29 marca 2012

Wiceprezydenckie przymiarki


Przyzwyczajania się do Romneya ciąg dalszy – po Jebie Bushu poparł go też oficjalnie Tata Bush, który cieszy się szacunkiem jako elder (czy raczej the eldest) statesman. Z kolei milczenie George W. wydaje się z jego strony gestem kurtuazyjnym, gdyż otwarte opowiedzenie się za Romneyem mogłoby mu raczej zaszkodzić, niż pomóc.

Szczególnie ważne jest jednak wsparcie jego kandydatury przez pewnego senatora-nowicjusza z Florydy, Marco Rubio.



Romney ma 65 lat – Rubio 40. Romney jest z północy – Rubio z południa. Romney jest patrycjuszem, synem gubernatora i kandydata do republikańskiej nominacji pół wieku temu – Rubio Latynosem, synem imigrantów z Kuby (co prawda uciekających nie przed komunistą Castro, ale przed pupilkiem Stanów, Batistą, ale mniejsza o to). Romney mormonem – Rubio katolikiem i (sic) baptystą. W konserwatyzm Romneya wielu Republikanów powątpiewa – Rubio jest nazywany „książątkiem” Tea Party i do senatu dostał się pokonując w republikańskich prawyborach byłego gubernatora, który nie tylko fizycznie przypominał Romneya. Nic zatem dziwnego, że w wyobraźni wielu Republikanów (choćby Jeba Busha) uzupełnialiby się wręcz idealnie z punktu widzenia ekonomii wyborczej, tworząc dreamticket, który mógłby zagrozić Obamie.

Z jednej strony wybór swojego przyszłego wiceprezydenta jest pierwszym „prezydencką” decyzją kandydata - wybiera się osobę, która może w każdej chwili sama może zasiąść w Białym Domu, więc należy kierować się jej kompetencjami. Z drugiej, wybór wiceprezydenckiego kandydata jest posunięciem kampanijnym, uzupełnianiem luk ideologicznych i geograficznych, tzw. balancing the ticket. Ma odwrócić uwagę od słabych punktów starszego partnera oraz pozyskać ten elektorat, który do tej pory był sceptyczny.

Tyle teoria, której czasem przeczy praktyka. Drużyna Bill Clinton-Al Gore okazała się bardzo skuteczna, choć obaj byli w podobnym wieku i pochodzili z Południa. Z kolei genialny w teorii pomysł, by starszemu, doświadczonemu, umiarkowanemu (wówczas) McCainowi przydać gorliwą konserwatystkę-outsiderkę, Sarę Palin, odbił się nieprzyjemną czkawką (więcej o tym w mojej recenzji „Game Change”).

Podobieństw Rubio do Palin jest niemało – młodzi, religijni, żarliwi konserwatyści, którym politycznie bliżej do Santoruma, niż Romneya, do tego niezbyt doświadczeni – ale wydają się być w dużej mierze pozorne. Owszem, Rubio zasiada w senacie dopiero od roku (tyle ile Palin była gubernatorem), ale wcześniej przez 9 lat był członkiem stanowej legislatury, z czego dwa lata jej przewodniczącym. Ma tytuł doktora prawa, a nie licencjat z dziennikarstwa. Może opowiadać swoją wzruszającą historię imigranckiego dziecka, które ciężką pracą etc. etc., czego tak lubią słuchać Amerykanie. Bliżej mu do Obamy, niż do Palin, ale w obecnym klimacie nienawiści do prezydenta, ludzie Rubio wolą unikać takich skojarzeń, które mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Poza tym, last but not least, Palin „wnosiła” w wianie Alaskę, której 3 głosy elektorskie i tak zawsze zdobywa GOP – Rubio daje sporą szansę na Florydę, od której znowu może zależeć wynik całych wyborów.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rubio konsekwentnie powtarza, że nie jest zainteresowany byciem wiceprezydentem. Co prawda równie konsekwentnie robi wszystko, żeby podtrzymywać zainteresowanie własną osobą (a to przyśpieszy wydanie autobiografii, a to w odpowiednim momencie poprze kandydata, do któremu jest ideologicznie najdalej, ale który wygrywa), więc chyba należy traktować to jako obowiązkową dramaturgię kampanii à la Juliusz Cezar: należy długo wyrażać swoje désintéressement, żeby nie wyjść na żądnego władzy, po czym niechętnie ulec „namowom obywateli” i zgodzić się „dla dobra kraju”.

Pytanie tylko czy kiedy Romney zdobędzie nominację (a na 99% tak będzie), zdecyduje się na „idealnego” (zbyt idealnego?) Rubio? To, że wyborcy by go pokochali, jest pewne, ale to niesie ze sobą oczywiste zagrożenie, że kandydat rezerwowy przyćmi kandydata głównego. Jeśli tak zdarzyło się cztery lata temu z wyrazistym McCainem, to w przypadku Romneya jest tym bardziej prawdopodobne. A Romney może być nudny, ale głupi nie jest. Nie po to od pięciu lat wydaje fortunę, żeby utorować drogę do nominacji w 2016 roku dla jakiegoś chłystka. Obstawiałbym zatem, że wybierze kogoś innego, choć, oczywiście, wszystko może się jeszcze zdarzyć - nawet i to, że tym kimś będzie Santorum.


wtorek, 13 marca 2012

"Game Change" czyli "Nie chcę już wracać na Alaskę"



8 marca w amerykańskim HBO miała miejsce premiera „Game Change” (po polsku powinno by chyba nosić tytuł „Punkt zwrotny”), oczekiwanego od dawna filmu o amerykańskiej kampanii prezydenckiej w 2008 roku, na podstawie bestsellerowej – ale przede wszystkim opartej na bardzo dokładnym researchu – książce Johna Heilemanna i Marka Halperina.

Jay Roach nie jest może wielkim reżyserem (Austiny Powersy i „Poznaj moich rodziców”), ale w 2008 roku wykonał bardzo dobrą robotę przy „Recount” (po polsku „Decydujący głos”), opowiadającym o kontrowersyjnym przeliczaniu głosów na Florydzie przy okazji wyborów prezydenckich z roku 2000 i widać, że dobrze czuje się w filmach opowiadających o procesie politycznym jako żywiole. Unika przy tym parodii, w którą łatwo było popaść, kręcąc film o Sarze Palin, „Hockey Mom”, „Mamie Grizzly”, która widzi Rosję z okna swojego domu.

Film od samego początku wzbudzał kontrowersje, ale tak już jest z każdym obrazem okołopolitycznym, dotyczącym prawdziwych postaci (przypominam co się działo przy okazji „The Reagans” w 2003 roku oraz miniserialu „The Kennedys” z 2011). Wszyscy mają coś za złe, dysponują własną, „prawdziwszą” wersją wydarzeń, nikomu nie podoba się to w jaki sposób został przedstawiony etc. Taki Newt Gingrich uważa, na przykład, że jeśli miałby powstać film o jego karierze (a byłby to zaiste film na miarę szekspirowskiej tragedii), to mógłby go zagrać Brad Pitt (sic). Nic zatem dziwnego, że Sarah Palin i John McCain już na wstępie zadeklarowali, że filmu nie mają zamiaru oglądać, gdyż jest pełen uprzedzeń, przeinaczeń i pomówień. No cóż, własną wersję tego, jak wyglądała tamta kampania wyborcza Palin zawarła w książce „Going Rogue” (po polsku coś w rodzaju „Zrywając się z łańcucha” – kolejny przykład tego, że amerykański język polityki trzeba po polsku często oddawać opisowo) i zasadniczo różni się ona od tej, którą zaprezentowali Heilemann i Halperin, ale kiedy Sarah zobaczy „Game Change” (a jestem tego pewien), może się bardzo zdziwić.

W przypadku polityków doskonale znanych ze zdjęć, cała sztuka polega mniej przede wszystkim na wiarygodnym oddaniu „ducha” postaci – jak zrobili to, na przykład, Frank Langella i Anthony Hopkins z Richardem Nixonem. Choć nie byli do niego podobni fizycznie, wiarygodnie oddali nie tylko jego manieryzmy, ale przede wszystkim jego brak pewności siebie i narastającą paranoję. Do dziś myślałem, że nikt nie jest w stanie zagrać Palin lepiej od Tiny Fey z „Saturday Night Live”, ale Julianne Moore jest niesamowita – tak jak w przypadku Fey, w grę wchodzi także podobieństwo fizyczne, ale miny, akcent, sposób mówienia sprawiają, że Moore nie tylko wygląda, ale też brzmi jak najprawdziwsza Sarah Palin. W kilku scenach, w której tylko słyszymy ją w słuchawce telefonu, staje się to wręcz niesamowite, uncanny. Granica między fikcją (czytaj: tym, czego nie widzieliśmy wcześniej na własne oczy), a prawdą (tym co widzieliśmy w telewizji cztery lata temu) zaciera się, zresztą, w „Game Change” wielokrotnie. Kilka razy widzimy i słuchamy Baracka Obamy, Sarah Palin (Julianne Moore) debatuje z Joe Bidenem (Joe Biden), na ekranie ciągle pojawiają się czołowi amerykańscy dziennikarze telewizyjni, a sam film spina klamra – wywiad, który Anderson Cooper przeprowadza ze Stevem Schmidtem (Woody Harrelson), menadżerem kampanii Johna McCaina (Ed Harris).

Także duża część dialogów nie jest fikcją, choć, jak zawsze, kontekst zmienia bardzo wiele. Proponuję Państwu obejrzeć sobie trzy wersje słynnego już wywiadu przeprowadzonego z Palin przez Katie Couric, tego w którym tłumaczyła w jaki sposób geograficzna bliskość Alaski i Rosji przekłada się na jej doświadczenie w polityce zagranicznej: oryginalny; z Tiną Fey i z Julianne Moore. Słowa są te same, ale widzimy trzy różne postaci, odpowiednio: niedoświadczoną, plączącą się w odpowiedziach polityk; słodką idiotkę; kobietę niemal na skraju załamania nerwowego.



Filmowej Sarze Palin daleko do karykatury, choć oczywiście nie sposób nie uśmiechać się, kiedy Palin/Moore ukazuje nam ogrom swojej niewiedzy na temat świata („John McCain będzie dążył do otwartego dialogu z Królową”) czy kiedy z uporem maniaka nazywa senatora Bidena „O'Bidenem”. Julianne Moore pokazuje ją jednak ze współczuciem i zrozumieniem, jako kochającą matkę i żonę, tęskniącą za rodziną, wtłaczaną przez ludzi ze sztabu McCaina w gorset (dosłownie), którego nie chce nosić. Palin cierpi, gdyż przerasta ją sytuacja w której się znalazła, ale w dużej mierze sama jest sobie winna. Zgadza się kandydować, choć wie, że oczekuje się od niej przede wszystkim odgrywania roli atrakcyjnej „kukiełki”. Kiedy jednak odkrywa, że tłumy ją uwielbiają (i to bardziej niż McCaina), a ona uwielbia ich uwielbienie, zmienia się w rasowego polityka. Gdy szepcze do Schmidta „Musimy to wygrać. Nie chcę już wracać na Alaskę” i puszcza do niego oko, wiemy już, że Mama Grizzly poczuła zew krwi (ego? pieniędzy?) i nie wycofa się do swojej gawry.

Tytułowa „Game Change” odnosi się bowiem nie tylko do dynamiki kampanii, którą pojawienie się Sary Palin zaiste zmieniło, choć nie trwale. John McCain od samego początku miał pod górkę, a jego szanse na wygranie wyborów malały z miesiąca na miesiąc – odchodzący prezydent z jego własnej partii zostawiał kraj z dwiema kiepsko wyglądającymi wojnami i największym kryzysem finansowym od wielu lat. Wybór na wiceprezydencką kandydatkę Sary Palin poprawił jego notowania wśród kobiet i rozgrzał konserwatywną „bazę”, nieufną wobec uchodzącego za centrystę senatora, ale coraz bardziej oczywiste dla wszystkich niedoświadczenie Palin sprawiło, że McCain stracił głos niezależnych, zaniepokojonych tym, że gubernator Alaski znajdzie się „jedno uderzenie serca 72-latka” od prezydentury. Biden może czasem chlapnąć coś równie głupiego (i robi to konsekwentnie od dziesięcioleci), ale nie można zarzucić mu niewiedzy.

Z perspektywy kilku lat widać jednak, że pojawienie się Palin stało się prawdziwym „punktem zwrotnym” dopiero później – ale najszybciej zrozumiała to ona sama. Kiedy kampania 2008 roku dobiegała końca i wygrana Obamy stawała się coraz bardziej oczywista, Palin zaczęła działać na własną rękę. Na gruzach kampanii McCaina zaczęła budować własną pozycję nowej liderki Partii Republikańskiej. „Ona jest najlepszą aktorką amerykańskiej polityki”, mówi o niej Schmidt i sama Sarah zaczyna wierzyć w to, że może zostać „nowym Reaganem” – może nie najbystrzejszym jabłuszkiem w koszyczku, ale kochanym przez Amerykanów (przynajmniej tych „prawdziwych”), mesjaszem GOP. Jak wiemy, Palin rzeczywiście przyczyniła się do transformacji partii, choć nie tak, jak chciałby tego McCain, który po przegranej kampanii przestrzega ją, żeby nie dała się wciągnąć prawicowym ekstremistom: „Jeśli im na to pozwolisz, zniszczą partię”. Z ust człowieka, który w ciągu kilku lat niemal we wszystkim sprzeniewierzył się swoim umiarkowanych przekonań brzmi to, oczywiście, ironicznie, ale proroczo. Sarah Palin stała się liderką radykałów z Tea Party, którzy pomogli GOP wygrać wybory do Kongresu w roku 2010, ale ostatecznie wzięli partię na zakładnika. Centryści albo odeszli (Olympia Snowe), albo przestali nimi być (McCain), partia jest bardziej na prawo niż kiedykolwiek i coraz bardziej przypomina psa goniącego własny ogon – wystarczy przyjrzeć się trwającym właśnie prawyborom. Jedną z osób za to odpowiedzialnych jest właśnie Sarah Palin.

„Idy marcowe” Clooneya nie są złym filmem, ale to „Game Change” jest dla mnie politycznym filmem tego sezonu. Po raz kolejny okazuje się, że najciekawsze scenariusze dla amerykańskiego kina okołopolitycznego pisze samo życie. Naiwne rozczarowanie polityką Ryana Goslinga (ach, ja nieszczęsny, a więc polityka jest brudna! Eheu!) jest niczym w porównaniu z rozczarowaniem starego wyjadacza, Woody'ego Harrelsona, który pojmuje, że stał się doktorem Frankensteinem – stworzył potwora i stracił nad nim wszelką kontrolę. W przeciwieństwie do „Idów marcowych” „Game Change” nie popada w tanią publicystykę i biadolenie nad tym, jak obecny proces polityczny, 24-godzinne media, niszczą politykę i zamieniają w rozrywkę, „zły reality-show”. Tak jak poprzednie polityczno-historyczne filmy HBO – „Path to War” (o wojnie w Wietnamie i prezydencie Johnsonie), wspomniany „Recount” czy „The Special Relationship” (o relacji Tony Blaira z Billem Clintonem), pokazują coś więcej – coś, co z braku lepszego określenia należałoby nazwać „ludzkim wymiarem polityki”.