"Czarna Lista", The Black List, jest corocznym sondażem przeprowadzanym wśród menadżerów najważniejszych wytwórni filmowych w Hollywood, którzy wybierają swoje ulubione, a jeszcze nie zrealizowane scenariusze. Wcześniej znalazły się na niej takie filmy jak Django Unchained,Juno, Social Network czy Jak zostać królem. Można się, oczywiście, zastanawiać, czy filmy te powstały dlatego, że znalazły się na "Czarnej Liście" czy też trafiły na nią właśnie dlatego, że przymierzano się do ich realizacji. Grunt w tym, że jeśli coś się na niej znajduje, to ma spore szanse na realizację i - w dalszej perspektywie - na sukces. Na tegorocznej Black List nie ma wielu filmów okołopolitycznych, ale te, które są, wyglądają bardzo obiecująco.
Pierwszy - roboczo nazwany Rodham - opowiada o młodej prawniczce pracującej przy impeachmencie Nixona, która musi wybrać między obiecującą karierą w Waszyngtonie, a swoim chłopakiem, przymierzającym się do kariery politycznej w swoim rodzinnym Arkansas. Bohaterowie nazywają się - oczywiście - Hillary i Bill.
Byle nie zrobić z tego ckliwego romansidła,ale opowieść o młodej prawniczce na rozstajach życia, zmuszonej do podejmowania dramatycznych decyzji?Czy nie byłoby świetnie zobaczyć jak Hillary podporządkowała swoje życie karierze męża? W roli tytułowej widziałbym Lenę Dunham. Jeśli ktoś uważa, że to idiotyczny pomysł, niech spojrzy na zdjęcia młodej Hillary-hipsterki.
Drugi - film o senatorze Josephie McCarthym. Chciałoby się powiedzieć "nareszcie!", bo z wyjatkiem Good Night, and Good Luck Clooneya, od dawna nie mieliśmy niczego na temat postaci, która zdominowała lata 50. w Stanach. Życie McCarthy'ego to idealny scenariusz na film: cyniczna polityczna gra na antykomunistycznych nastrojach, a zarazem narastająca paranoja; burzliwe relacje z prezydentem Eisenhowerem; spektakularna kariera i równie spektakularny upadek. Mój typ: Kevin Spacey.
W czasie debaty Mitt Romney został spytany o to, co zamierza zrobić, żeby kobiety zarabiały wreszcie tyle samo, co mężczyźni. Romney zboczył trochę z niewygodnego dla siebie tematu i zapewnił, że kiedy został gubernatorem Massachusetts, chciał, żeby w jego gabinecie znalazły się też kobiety. Niestety, sposób w jaki to zrobił, nie mógł być gorszy - wyszło protekcjonalnie i głupio:
"Spytałem moich ludzi: Jak to możliwe, że o te stanowiska ubiegają się tylko mężczyźni? Na co oni odparli: Cóż, to są ludzie, którzy mają kwalifikacje. A ja powiedziałem: Ojej, czy nie możemy znaleźć jakichś kobiet, które też mają kwalifikacje? I tak postanowiliśmy poszukać kobiet, które miałyby wystarczające doświadczenie, żeby zasiąść w moim gabinecie. Poszliśmy do różnych organizacji kobiecych i spytaliśmy: Czy nie moglibyście nam pomóc znaleźć kogoś, a oni przynieśli nam skoroszyty pełne kobiet".
I właśnie te skoroszyty - binders full of women- stały się hitem internetu, i to jeszcze zanim skończyła się wczorajsza debata.
Żeby było zabawniej - to wcale nie Romney poprosił o te "skoroszyty". Massachusetts Women Political Caucus, gromadzący kobiety z obu partii, jeszcze przed wyborami gubernatorskimi w 2002 roku, z własnej inicjatywy przygotował listę potencjalnych kandydatek na różne wysokie rangą stanowiska. Kiedy wygrał Romney - pokonując kandydatkę Demokratów, Shannon O'Brien - po prostu otrzymał tę listę.
H. L. Mencken, jeden z najlepszych amerykańskich satyryków XX wieku, łojący po równo Republikanów, Demokratów i cały system polityczny Stanów Zjednoczonych, tak pisał w 1924 roku:
Pod pewnymi względami konwencja wyborcza przypomina publiczną egzekucję. Jest wulgarna, jest paskudna, jest głupia. Jest nużaca, uderza zarówno w ośrodek wyższych czynności mózgowych, jak i w gluteus maximus(czyli "w tyłek", przyp. P.T.), a jednak jest w jakiś sposób urocza".
Pisał to w czasach, kiedy konwencje partyjne miały jeszcze realne znaczenie, to właśnie w ich trakcie wybierano kandydata danej partii na urząd prezydenta. To prawda, że odbywało się to nierzadko w brzydki sposób, metodą zakulisowych transakcji, często po żmudnych, wielodniowych głosowaniach(szczególnie skłonni byli do tego Demokraci) ale przynajmniej wynik konwencji nie był oczywisty.
Dziś nazwisko kandydata - zwycięzcy partyjnych prawyborów - znane jest już zazwyczaj parę miesięcy wcześniej. Ostatnie konwencje, co do których wyników były jakiekolwiek wątpliwości, miały miejsce w latach 1976 (u Republikanów, kiedy Ronald Reagan spróbował odebrać nominację urzędującemu prezydentowi Fordowi) i 1980 (gdy Ted Kennedy próbował tego samego z Carterem). Kiedyś w trakcie konwencji ogłaszano przynajmniej nazwisko kandydata na wiceprezydenta, ale od lat 80. również odbywa się to wcześniej.
Konwencje są teraz wyłącznie spektaklem, wydarzeniem polityczno-rozrywkowym, które jest niestety boleśnie przewidywalne (gratki takie, jak wystąpienie Clinta Eastwooda, nie zdarzają się często). Wiadomo, że wystąpi cała plejada mówców, mająca pokazać wewnętrzną różnorodność partii (zadanie znacznie trudniejsze dla GOP). Wiadomo, że wystąpi "kluczowy mówca", który nakreśli osnowę kampanii wyborczej i program partii. Wiadomo, że będą przemawiać żony kandydatów, mające ich rzekomo "uczłowieczać". Wreszcie, wiadomo, że na końcu wystąpi sam kandydat, przyjmie nominację, wygłosi przemówienie, zabrzmi muzyka i wszyscy rozjadą się do domów bardzo z siebie zadowoleni.
Pierwsze na myśl przychodzi skojarzenie z potlaczem - indiańskim rytuałem trwonienia przez gospodarza dóbr, żeby zachować swój prestiż. Republikanie i Demokraci co cztery lata wyrzucają miliony dolarów w błoto tylko po to, by pokazać, że mogą sobie na to pozwolić.
Uwaga jaką media poświęcają konwencjom (w sumie około 15 tysięcy [sic!] dziennikarzy na każdej z nich) jest zupełnie niewspółmierna do ich rzeczywistego znaczenia, ale znakomicie pokazuje wzajemną, perwersyjną zależność polityki i przemysłu informacyjno-rozrywkowego. Żywot CNN, MSNBC czy Fox News zależy m.in. od właśnie takich wydarzeń jak konwencje partyjne. Dziennikarze analizują każdą kolejną, choćby najbardziej banalną mowę i rozpływają się nad przemówieniami Ann Romney i Michelle Obamy, które niewiele różniły się od wystąpień innych żon kandydatów w ostatnich dekadach ("mój mąż jest fantastycznym człowiekiem i będzie/jest świetnym prezydentem"). Szczyty absurdu osiąga CNN, gdzie Wolf Blitzer każdą kolejną mowę określa mianem "historycznej", "wielkiej" albo przynajmniej "solidnej", a jakiś inny facet podłącza grupce widzów kabelki i mierzy ich reakcje na kolejne przemówienia. W tym roku przynajmniej odbyło się bez hologramów.
Konwencje mają, tak naprawdę, jeden wymierny cel. Są okazją do zaprezentowania się dla obiecujących i ambitnych polityków obu partii. To właśnie świetne przemówienie na konwencji w 2004 roku Baracka Obamy, podówczas zaledwie kandydata na senatora, rozpoczęło jego błyskawiczną karierę. W tym roku tak Republikanie, jak i Demokraci wspominali od czasu do czasu o kandydatach swoich partii (Demokraci trochę częściej Obamę, niż Republikanie Romneya), ale zazwyczaj - niczym dżentelmeni ze skeczu Monty Pythona - licytowali się, kto miał za młodu gorzej i biedniej, a także opowiadali o swoich osiągnięciach, przygotowując się na rok 2016.
Choć w Tampie Republikanie musieli oficjalnie deklarować wiarę w to, że za cztery lata prezydent Romney będzie ubiegał się o reelekcję - przemówienia Chrisa Christiego, Marco Rubio, Scotta Walkera czy nawet Paula Ryana były lepsze od mowy Romneya i - co ważniejsze - znacznie bardziej ekscytowały delegatów.
W Charlotte nie brakowało kandydatów do nominacji Demokratów w 2016 roku, choć faworytką jest wciąż Hillary, która sama pewnie nie wie czy będzie startować ponownie. Byli ci, o których mówi się od dawna: gubernator Maryland Martin O'Malley (alias Tommy Carcetti) i senator z Wirginii Mark Warner, jak i newcomers, jak Julian Castro (kolejny, po Rubio, "latynoski Obama"), burmistrz San Antonio w Teksasie czy Cory Booker, burmistrz Newark w New Jersey.
Innymi słowy, konwencje nie są niczym więcej, jak tylko showing off & jerking off równocześnie: pokazywaniem się, puszeniem się kandydatów, przyszłych kandydatów, sponsorów etc., a także wzajemną masturbacją emocjonalną członków partii, pławieniem się we własnej spaniałości i słuszności, zakończoną - symbolicznie - wypuszczeniem w powietrze tysięcy balonów w kolorach narodowych. Wszystko to, w rozsądnych ilościach jest w porządku, ale co za dużo, to niezdrowo. Ponieważ zaś liczba widzów konwencji konsekwentnie spada, wydaje się, że amerykańscy widzowie zdają się - na szczęście - myśleć tak samo.
Zwyczaje umierają jednak bardzo powoli i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miano nam (i sobie) oszczędzić kolejnych potlaczy.
PS: Czwartkowe wystąpienia na konwencji Demokratów jeszcze przed nami, ale nie wydaje się, żeby Scarlett Johansson i Natalie Portman powiedziały coś szczególnie ciekawego. Joe Biden może niczego nie chlapnie, a przemówienie Obamy będzie pewnie dobre, choć może nie aż tak ekscytujące jak mowa Billa Clintona. Aha, co ciekawe, po wystąpieniu prezydenta podobno mają nie wypuszczać balonów.
Od lat wszyscy wiedzą, że Joe Bidenowi zdarza się powiedzieć coś nie na miejscu, bez zachowania politycznej poprawności, a czasami po prostu od rzeczy. W sytuacji w której polityka - szczególnie amerykańska - jest jednak tak silnie zrytualizowana, Biden wnosi pewną autentyczność i szczerość.
Kiedy parę dni temu powiedział do grupy wyborców (w dużej mierze czarnych), że pod rządami Romneya "Wall Street zakuje Was z powrotem w kajdany" Republikanie rozpętali histerię. Komentarz wiceprezydenta odnosił się do słów Paula Ryana o konieczności "zrzucenia kajdanów krępujących gospodarkę", ale można go uznać za niestosowny, zwłaszcza zważywszy na kontekst. Okazuje się jednak, że Joe Biden nie tyle ma za długi język, ile jest prawdziwym rasistą. Cóż, trzeba przyznać, że to odważny zarzut ze strony partii, która ma w Kongresie jednegoczarnoskórego przedstawiciela, a i to tylko dopiero od zeszłego roku.
Wielkim zaskoczeniem okazało się również to, że Republikanów żywotnie interesuje dobro prezydenta Obamy i skuteczność jego kampanii wyborczej. Senator John McCain stwierdził, że "byłoby mądrze"zastąpić Bidena kimś innym, Sarah Palin zasugerowała Hillary Clinton (sic), a prawicowe blogi rozpisały się o tym, jak bardzo Biden nie nadaje się na stanowisko wiceprezydenta. No cóż, kolejny poważny zarzut ze strony partii, która wybierała na to stanowisko takie tuzy intelektu, jak Spiro Agnew, Dan Quayle czy rzeczona Sarah Palin.
Teoretycznie byłoby to możliwe, choć ostatni przypadek wymiany wiceprezydenta miał miejsce w 1944 roku i zrobił to Franklin D. Roosevelt, (zastępując nieco zbyt liberalnego Henry'ego Wallace'a Harrym Trumanem), ubiegający się wówczas o czwartą kadencję i mogący sobie na taki ruch pozwolić. Obama nie jest jednak w tak komfortowej sytuacji, a na trzy tygodnie przed konwencją partyjną wyglądałoby to na ruch desperata - zupełnie niezrozumiały w sytuacji, w której konsekwentnie prowadzi w sondażach.
Tak czy inaczej, w internecie radośnie wrócono do ubiegłorocznych spekulacji na temat ewentualnej zamiany stanowisk między Bidenem i Hillary. Rzecznik pani sekretarz stanu, zmęczony nieustannym zaprzeczaniem jakoby jego szefowa spotkała się w sprawie wiceprezydentury z doradczynią Obamy, Valerie Jarrett, wystosował takie oto oświadczenie:
To nie miało miejsca.
Nie jadły lunchu.
Nie jadły żadnego innego posiłku.
Nie spotkały się w tym miesiącu.
Nie spotkały się w poprzednim miesiącu.
Nie spotkały się w 2012 roku.
Nie spotkały się w latach 2011, 2010 i 2009
To się nie dzieje.
Aha, jest jeszcze jeden BARDZO dobry powód dla którego za trzy tygodnie w Charlotte Biden zostanie nominowany ponownie - zbyt dużo wyprodukowano już chorągiewek, czapeczek, t-shirtów, kubków, przypinek, ubranek dla psów, futerałów na iPhone'y oraz setek innych rzeczy z napisem OBAMA-BIDEN, do kupowania których codziennie zachęca mnie mailem sztab Obamy.
Kiedy
prezydentura jej męża – niewiernego w małżeństwie, ale
popularnego wśród wyborców – dobiega końca, była pierwsza dama
postanawia sama rozpocząć karierę w polityce. Startuje w wyborach
na poziomie stanowym i odnosi sukces, a po kilku latach postanawia
sama ubiegać się o prezydenturę. Choć zwycięstwo w prawyborach
początkowo wydaje się mieć zapewnione, zostaje pokonana przez
młodszego, uwielbianego przez media kandydata, który wygrywa
wybory, a pokonanej rywalce proponuje stanowisko sekretarza stanu.
Każdy
chyba zauważy, że Political Animals
bardzo wyraźnie wzorują się na historii Hillary Clinton. Są
oczywiście drobne różnice: po opuszczeniu Białego Domu Elaine
Barrish była gubernatorem Illinois, a nie senatorem z Nowego Jorku;
jej mąż, Bud Hammond był gubernatorem Karoliny Północnej, a nie
Arkansas; młody polityk, który pokonał Elaine nie jest
czarnoskóry, ale ma włoskie pochodzenie. Cały pomysł na serial
opiera się jednak na tych różnicach, które nie są wyłącznie
kosmetyczne, ale stanowią urzeczywistnienie największych marzeń
zwolenników Hillary – do których należy również twórca
Political Animals, Greg
Berlanti. Po pierwsze, Elaine rozwiodła się z mężem, czyli
zrobiła to, co – zdaniem wielu – dawno już powinna była
zrobić Hillary: uniezależnić się od Billa nie tylko de facto, ale
też de iure. Po drugie, wielu rozczarowanych obecną administracją
wyborców Partii Demokratycznej namawiało Hillary do tego, by
wystąpiła przeciwko Obamie w tegorocznych prawyborach. Ku ich
rozczarowaniu, Hillary Clinton ogłosiła, że wycofuje się z
polityki – w fantazji Berlantiego Elaine planuje rzucić wyzwanie
walczącemu o reelekcję prezydentowi Garcettiemu.
Political
Animals są dość dziwnym
skrzyżowaniem serialu o polityce z operą mydlaną, a może nawet
operą mydlaną z wątkiem politycznym. Oczywiście, samo w sobie nie
jest to niczym złym (soap opery
bywają bardzo atrakcyjną guilty pleasure,
jak Dynastia, Powrót do Edenu
czy, ostatnio, Gossip Girl),
ale Political Animals
nie są zbyt dobre w żadnej z tych kategorii, przynajmniej na razie.
Niby mamy szereg klasycznych telenowelowych problemów: bulimię,
narkotyki, alkohol, próby samobójcze, zdrady i rzucanie wazami z
dynastii Ming, ale cóż z tego, skoro bohaterowie nie są zbyt
ciekawi – i to mimo że uatrakcyjniono „pierwszą rodzinę”,
upodobniając Clintonów/Hammondów do Kennedych. Zamiast niezbyt
wyrazistej córki mamy zatem dwóch synów, zgodnie ze schematem
jednego grzecznego, drugiego mniej, za to – już mniej
schematycznie – jawnego geja. I choć rzeczony TJ (Sebastian Stan)
jest względnie najciekawszą postacią, to jako rodzina Hammondowie
po prostu nie wydają się zbyt ciekawi. Do tego wyraźnie brakuje
jakiegoś czarnego charakteru, który nadawałby dynamikę serialowi
(Alexis, JR Ewing, cioteczka Jilly, ktokolwiek w tym stylu). Jeśli
to mają być „zwierzęta polityczne” to z pewnością nie lwy,
orły, sokoły – raczej leniwce.
Przeszkadza
też obsada. Bardzo lubię Sigourney Weaver, ale wydaje się
odgrywać Elaine Barrish bez większego przekonania. Mimo tego, i tak
przyciąga uwagę – nie tylko widzów, zresztą. Podczas gdy w 2008
roku media bezpardonowo (i seksistowsko) atakowały Hillary z powodu
jej rzekomo nieatrakcyjnego wyglądu, Elaine (mimo niekiedy bardzo
wątpliwych fashion choices)
jest obiektem pożądania kolejnych mężczyzn (rosyjskiego ministra
spraw zagranicznych, tureckiego ambasadora, a także swojego byłego
męża-kobieciarza) – ot, kolejna spełniona fantazja zwolenników
Hillary. Reszta aktorów jest jednak albo zbyt drętwa albo nazbyt
szarżuje, na czele z Ciaranem Hindsem (znanym z roli Cezara w Rzymie
HBO) w roli Buda Hammonda. Nie
wiem co skłoniło producentów do takiego wyboru. Przesadzony akcent
i „gadką” z Południa w wykonaniu Irlandczyka brzmią jak
parodia. Hammond – w serialowej rzeczywistości „najpopularniejszy
Demokrata od czasów Kennedy'ego” (sic!) – jest tak
niewiarygodny, niesympatyczny i obleśny, że z trudem zostałby
wybrany do rady miejskiej, a co dopiero na przywódcę kraju.
Wątek polityczny także rozczarowuje, zwłaszcza jeśli wspomni się
zapowiedzi twórców, (zbyt) ambitnie porównujących Political
Animals do West Wingu.
Intrygi polityczne przypominają kłótnie dzieci w piaskownicy, a
dyplomacja wygląda zgodnie z najgorszą sztampą Hollywood:
negocjacje (zawsze w sprawie uwolnienia amerykańskich obywateli
porwanych przez kogoś złego) polegają na patrzeniu rozmówcy
głęboko w oczy i grożeniu mu straszliwymi konsekwencjami. Przy
okazji dowiadujemy się też takich kretynizmów, jak to, że
prezydentowi Iranu zależy na tym, by na jego pogrzeb przyleciał
prezydent USA (sic). Nie twierdzę, że trzeba od razu zatrudniać
Kissingera jako konsultanta merytorycznego, ale jeśli konsekwentnie
wmawia się Amerykanom takie głupoty, to nic dziwnego, że później
wydaje im się, że polityka zagraniczna polega na strojeniu groźnych
min.
Greg
Berlanti, twórca Political Animals, ma
doświadczenie nie tylko w tworzeniu dość dobrze przyjętych oper
mydlanych (Brothers & Sisters; Dirty Sexy Money),
ale też nieudanych miksów polityczno-obyczajowych (Jack
& Bobby), więc chyba
powinien uczyć się na dawnych błędach. Wydaje mi się, że
znacznie ciekawsze byłoby konsekwentne zrealizowanie soap
opery o Białym Domu, a nie
udawania serialu politycznego – kto wie, być może Political
Animals przejdą ewolucję w tym
kierunku. Mniej głupot o „poślubieniu narodowi”, a więcej
rzucania porcelaną!
PS: Gdyby ktoś był ciekaw - na youtubie do zobaczenia pierwszy odcinek:
PS
dla fanów innych seriali: prezydent nazywa się Garcetti – bardzo
podobnie do Carcettiego, ambitnego radnego miasta Baltimore z The
Wire, który w trakcie serialu
zostaje burmistrzem i marzy o dalszej karierze. Gra go z kolei Adrian
Pasdar, znany z roli senatora-superbohatera w Heroes.
CNN BREAKING NEWS! Anderson Cooper z CNN przyznał, że jest gejem.
No dobra, tak naprawdę, nie jest to, oczywiście, żaden news. Od dawna był powszechnie uważany za geja (syn Glorii Vanderbildt i najlepszy kumpel Kathy Griffin, heloł?) i rokrocznie umieszczany na liście najpotężnieszych gejów i lesbijek w Stanach. Parę lat temu był na pozycji pierwszej, w tym roku dopiero na szóstej, tuż za Rachel Maddow z MSNBC na miejscu piątym. Być może wiąże się to z postępującą zapaścią pobre CNN, ale mniejsza o to.
Coming out Coopera jest o tyle ciekawy, że - jak słusznie zauważył magazyn "Entertaiment Weekly" - o ile jeszcze parę lat celebryci wychodzili z szafy publicznie, w czasopismach i gazetach (czyli z grubsza tak, jak to się robi teraz u nas) i był to wielki news, o tyle dziś robi się to raczej tak, jak burmistrz Berlina, Klaus Wowereit ("Jestem gejem i tak jest dobrze") czy właśnie Anderson Cooper. Jasne, że można się na to zżymać, ale powiedziałbym, że to raczej oznaka postępu. "I tak jest dobrze".
PS: Nieciekawa ciekawostka: na liście pod numerem dziewiątym - Shepard Smith z Fox News (nr 9), który jest konserwatywnym Andersonem Cooperem, tzn. wszyscy wiedzą, ale zainteresowany nic nie mówi. No, ale to może się akurat wiązać z atmosferą w miejscu pracy.
Dwa dni temu, 23 maja, były prezydent Bill Clinton, gościł na charytatywnej imprezie "Nights in Monaco", zorganizowanej w kasynie Monte Carlo przez jego własną fundację oraz Fundację Księcia Alberta II.
Nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że wśród zaproszonych gości znalazły się gwiazdy porno - niejakie Brooklyn Lee (z prawej), Tasha Reign (z lewej) i Jennifer Taule (całkiem z lewej) - które zrobiły sobie z prezydentem zdjęcie i natychmiast wrzuciły na tweetera.
Co ciekawe, gwiazdki porno zostały zaproszone (obok paru postaci z Hollywood), gdyż pani Taule jest obecnie "dyrektorem w firmie zajmującej się testowaniem leków". Ciekawe.
Media natychmiast zaczęły zadawać pytanie: "Co na to Hillary?!" (która w tym czasie cyberrozprawiała się z jemeńskimi terrorystami). Odpowiadam: Hillary na to zapewne nic. Po pierwsze - nie do takich rzeczy się już przyzwyczaiła. Po drugie - zbyt wiele ma na głowie, żeby zajmować się błahostkami.
Popkultura i polityka zazębiają się czasem przedziwny sposób.
To, że przemysł erotyczny błyskawicznie reaguje na wydarzenia ze świata popkultury wiadomo nie od dziś. Pornograficzne wersje "Harry'ego Pottera", "Piratów z Karaibów" czy choćby - jak ostatnio - "The Avengers", pojawiają się tuż po premierze oryginału.
Od pewnego czasu pojawiają się też filmy dla dorosłych odnoszące się do bierzących wydarzeń politycznych. Choć pornoparodie nieco chętniej biorą za cel konserwatywnych (i sprzeciwiających się pornografii w ogóle) polityków republikańskich, to jednak pornografia zasadniczo nie dyskryminuje - mamy zatem filmy o Hillary Clinton (Hillary for President) i o Baracku Obamie (Barack's Presidential Briefs), choć z pewnością najlepiej znane jest Who's Nailin' Paylin, wyprodukowany przez Larry'ego Flynta film o seksualnych przygodach niejakiej Serry Paylin, która w odpowiednich momentach krzyczy "You betcha!" albo "Drill, baby, drill!".
Rzecz jasna, z nielicznymi wyjątkami politycy (płci obojga) nie są na tyle atrakcyjni, żeby to właśnie ich "obecność" na ekranie wywoływała u widzów podniecenie, zasadniczo związane z takimi produkcjami. Doskonale wiadomo, że chodzi przede wszystkim o parodię, o wyśmianie/upokorzenie nielubianych postaci. Choć zwykło się przy tym uważać, że pornoparodia z definicji musi być czymś prymitywnym, humor w takich filmach jest czasem chyba lepszy od tego, który znamy z polskiej "satyry politycznej".
Słynnym pierwowzorem pornoparodii był może nie pornograficzny, ale z pewnością nieobyczajny film z 1971 roku pt. Tricia's Wedding, opowiadający o weselu córki Richarda Nixona w czasie którego LSD w ponczu doprowadza do rozluźnienia obyczajów zaproszonych gości: m.in. królowej Elżbiety, Goldy Meir, Micka Jaggera, Jackie Kennedy oraz samego prezydenta. Jeśli dodać, że w rolach głównych wystąpiła słynna grupa drag queens z San Francisco, The Cockettes, nic dziwnego, że szef sztabu Nixona, Haldeman, zorganizował nawet potajemny pokaz w Białym Domu, żeby zdecydować czy podejmować jakieś działania przeciwko twórcom.
W roku 2008 roku pewna firma z seksualnymi akcesorami stworzyła linię zabawek dla dorosłych odnoszących się do ówczesnej kampanii wyborczej. Można było zatem wybierać między dmuchaną lalą Sary Palin, dildem w kształcie Obamy (o nazwie "Head of State") czy - niekoniecznie (na szczęście!) - sekszabawką, dziadkiem do orzechów w kształcie Hillary.
Teraz, przy okazji dogorywających republikańskich prawyborów, artysta Matthew Epler, nie kryjący swoich prodemokratycznych sympatii, stworzył "Grand Old Party" - linię dildo w kształcie chronologicznych notowań poszczególnych kandydatów wśród zarejestrowanych Republikanów. Cały pomysł, w najeżony aluzjami sposób, objaśnia tutaj.
Pomysł może nieco (Pardon my French) "z dupy", ale cóż, nadeszło nieuniknione - filmy pornograficzne o politykach okazały się być niewystarczającym political statement.
Oto zdjęcie z października zeszłego roku. Hillary Clinton, lecąc do Libii, w ciemnych okularach czyta coś (pisze?) na swoim blackberry.
Kiedy się pojawiło, Reuters pisał, że może zaszkodzić Clinton, która wygląda na nim niekorzystnie, jak "zmęczona i przepracowana kobieta". Nie bardzo wiem, dlaczego dowód na to, że ktoś ciężko pracuje miałby działać na jego niekorzyść - i rzeczywiście.
Tymczasem dziś mija tydzień od pojawienia się bloga"Texts From Hillary", który przebojem zdobył internet, w ciągu 24h mając jakieś milion pincet wejść. Koncepcja jest - jak to zwykle bywa w takich wypadkach - bardzo prosta. Hillary wysyła zasadnicze i złośliwe wiadomości do Marka Zuckerberga, Sary Palin, Ryana Goslinga etc.
9 kwietnia, (po 5 dniach) twórcy bloga,Stacy Lamb i Adam Smith zostali zaproszeni do Departamentu Stanu i następnego dnia spotkali się z Hillary, która sama opublikowała na ich blogu jednego mema. Sama powiedziała, że najbardziej lubi ten z Goslingiem.
Co się stało? Może nie wszyscy pamiętają, więc przypomnę. W 2008 roku, choć w prawyborach zdobyła odrobinę więcej głosów niż Obama, przegrała z nim walkę o nominację Demokratów, a także walkę o miłość mediów i internetu. W kontraście z Barackiem "Change" Obamą przedstawiano ją jako symbol zgniłych kompromisów i starego establishmentu, którego pycha została ukarana. Naśmiewano się z jej wyglądu i cech charakteru (genialna Amy Poehler w "Saturday Night Live").
Tymczasem dziś, Hillary nigdy jeszcze nie cieszyła się taką popularnością. Jej pracę jako sekretarza doceniają prawie wszyscy - pozytywną opinię ma o 66% Amerykanów, w tym 40% Republikanów (sic!). Okazało się, że te same cechy za które ją krytykowano, w sytuacjach kryzysowych postrzegane są jako atut - ok, może nie jest najpiękniejsza i najmilsza (choć - jak właśnie widać - pozory mylą), ale jest twarda, zdecydowana, kompetentna i pracowita. A ostatecznie to chyba (niespodzianka!) jest jednak ważniejsze na jej stanowisku. Jak najlepiej ujął to sam Lambe:
“Ludzie próbowali zrobić z niej sukę, podczas gdy ona jest po prostu najważniejszą suką-przywódcą (the head bitch in charge)" .
Rzecz jasna, podsyciło to krążące od pewnego czasu spekulacje na temat ewentualnego startu Hillary w wyborach 2016 roku. Podawany czasem argument o zbyt zaawansowanym wieku można włożyć między bajki. Będzie miała 69 lat - tyle samo, co Reagan, kiedy zostawał prezydentem trzydzieści lat temu. Kluczowym pytaniem jest oczywiście to, czy ona sama będzie chciała startować ponownie. W odpowiedzi na sugestie części mediów, że mogłaby zamienić się miejscami z Joe Bidenem i zostać wiceprezydentką, wyraźnie odpowiadała, że nie jest tym zainteresowana. Wprost mówi też, że nie będzie sekretarzem stanu w ewentualnej drugiej administracji Obamy, a także wielokrotnie sugerowała, że przymierza się do wycofania z polityki w ogóle.
Ale cztery lata to bardzo dużo czasu, a sama Hillary najlepiej wie, że w polityce nie ma nic pewnego.