Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elektorzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elektorzy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 listopada 2012

Niebieskie-czerwone-niebieskie-czerwone-bęc

Choć niedawno psioczyłem na system elektorski, nie mogę jednak zaprzeczyć, że ma on jedną, kolosalną zaletę: czyni przewidywania wyborcze znacznie, ale to znacznie ciekawszymi. Obstawianie procentowego wyniku nie jest nawet w połowie tak zajmujące, jak obstawianie poszczególnych stanów, zaznaczanie ich na niebiesko albo czerwono niczym w jakiejś loterii. Można to zrobić własnoręcznie na stronach PoliticoCNN i wielu innych.

Panuje dość powszechne przekonanie (poparte sondażami, dodajmy), że Obama wygra dzisiejsze wybory. Oczywiście, wszyscy możemy się bardzo zdziwić, jeśli dojdzie do ponownego liczenia głosów na Florydzie albo w Ohio, ale bawiąc się podstawową wersję gry w niebieskie-czerwone, przewidywałbym następujący wynik głosów elektorskich: 294 do 244 dla Obamy, o tak:


Oczywiście wszystko to przy zwycięstwie Obamy także w głosowaniu powszechnym.  Przemawia do mnie argument, że - paradoksalnie - w dłuższej perspektywie najlepiej byłoby, gdyby w głosowaniu powszechnym nieznacznie wygrał Romney, ale następnie przegrał w kolegium elektorskim - szansa na to jest jednak niewielka (prędzej zdarzyć się to może Obamie). Gdyby w przeciągu zaledwie 12 lat taka sama sytuacja przytrafiła się obu partiom, znacznie zwiększyłoby to szansę na przeprowadzenie niezbędnych zmian w konstytucji i zlikwidowanie systemu elektorskiego. Stracilibyśmy, co prawda, nasze zabawy z kolorowaniem stanów, ale w ogólnym  rozrachunku tak byłoby chyba lepiej.

Tyle o wyborach prezydenckich. Co jednak z pozostałymi wyborami, które odbywają się równolegle? Ciekawią mnie następujące rzeczy:

1.
Czy Demokratom uda się dokonać niemożliwego i utrzymać większość w Senacie?
Jeszcze niedawno wydawało się to właściwie nie do pomyślenia, ale w prawyborach GOP zwyciężyło wielu kandydatów Tea Party, wyeliminowawszy resztki bardziej umiarkowanych republikanów. Jeszcze dalszy przechył na prawo (objawiający się np. chęcią republikańskich kandydatów do rozprawiania na temat gwałtów) sprawił, że szanse GOP na zdobycie większości w Senacie wydają się marne. Obstawiam wynik: 50 do 49 dla Demokratów, plus 1 senator niezależny, sympatyzujący z Demokratami. 

2. 
Jak poradzą sobie kandydaci Tea Party?
Mam nadzieję, że źle. Nie tylko dlatego, że ich poglądy wydają mi się straszne, a ich potencjalna realizacja szkodliwa. Przede wszystkim dlatego, że tylko wielka porażka jest w stanie wstrząsnąć Partią Republikańską i zawrócić ją z prawej ściany z powrotem w stronę centrum, co byłoby dobre nie tylko dla niej samej, ale i dla amerykańskiej polityki samej w sobie. Mimo to, wszystko wskazuje na to, że Republikanie utrzymają większość w Izbie Reprezentantów, choć chyba stracą kilka miejsc. Czy Michele Bachmann, królowa Tea Party, przegra z mało znanym Demokratą? Pewnie nie, ale przynajmniej naje się strachu, bo w sondażach jej zwycięstwo nie jest wcale takie pewne. Obstawiam: 238 do 197 dla Republikanów.

3.
W ilu kolejnych stanach zostaną zalegalizowane małżeństwa homoseksualne?
Referenda w tej sprawie odbędą się m.in. w Maine, Maryland i Waszyngtonie. Sondaże wskazują na to, że najprawdopodobniej zwyciężą zwolennicy takiego rozwiązania. Na dokładkę, jeśli Demokratom się powiedzie w Wisconsin, jest szansa na to, że w Senacie zasiądzie pierwsza w historii jawna lesbijka.

4.
Czy w którymś stanie zostanie zalegalizowana marihuana?
Głosowanie nad legalizacją trawki odbędzie się w trzech stanach (Kolorado, Oregon i Waszyngton) i szansa na to, że propozycja ta wszędzie polegnie, jest raczej niewielka. Szykuje się poważny problem, gdyż - jak pisałem wcześniej - oficjalne stanowisko władz federalnych w kwestii marihuany jest zdecydowanie negatywne.

Na koniec wreszcie zupełny drobiazg, ale - wbrew pozorom - nie całkiem bez znaczenia:
5. 
Czy Colleen Lachowicz zostanie wybrana do senatu stanowego Maine?
Demokratka Colleen Lachowicz, o której pisałem wcześniej, została zaatakowana przez Republikanów za to, że grywa w World of Warcraft jako niebezpieczna ogrzycą. Trzymam za nią kciuki, choćby po to, żeby w przyszłości nie czepiano się takich rzeczy.

Tyle zgadywanek. Wszystkiego dowiemy się już jutro! Albo - co jest, niestety, bardzo prawdopodobne - wcale nie.

piątek, 2 listopada 2012

Absurdy kolegium elektorskiego

Parę lat temu, wydobyty z zapomnienia Kevin Costner zagrał w filmie Swing Vote (Najważniejszy głos). Historia jest prosta - w wyniku błędu maszyny, los czterech głosów elektorskich Nowego Meksyku spoczywa w ręku "zwykłego człowieka", prostaczka-o-złotym-sercu. Zanim ponownie odda swój głos - od którego zależy wynik całych wyborów prezydenckich - o jego poparcie osobiście zabiegają obaj kandydaci, Kelsey Grammer i Dennis Hopper (sic)Film kończy się w najlepszym (najgorszym?) amerykańskim stylu: Costner udaje się do budki wyborczej. Nie dowiadujemy się na kogo głosuje, ale już samo to, że oddaje swój głos, ma być dla nas - widzów - koronnym dowodem na to, że Ameryka jest najwspanialszą demokracją na świecie. 



Absurd sytuacji w której w kraju liczącym ponad 300 milionów mieszkańców o wyniku wyborów może zdecydować jeden człowiek, jakoś twórcom filmu umyka. Umyka też, niestety, większości polityków, którzy z uporem godnym lepszej sprawy, obstają przy istniejącym systemie, który - owszem, miał może sens dwieście lat temu, kiedy nie pozwalał dużym stanom zdominować małych - ale dziś prowadzi wyłącznie do absurdalnych sytuacji.

1.
W co najmniej 40 stanach wynik wyborów jest już dawno doskonale znany. Jeśli jesteś Republikaninem z "niebieskiego" stanu albo Demokratą z "czerwonego", twój głos nie ma najmniejszego znaczenia. Czasem trudno pojąć po co w ogóle Demokraci w Teksasie albo Republikanie w Kalifornii fatygują się do urn wyborczych i oddają te swoje 35-45 procent głosów. Zresztą, nawet kalifornijscy Demokraci czy teksańscy Republikanie nie mieli by pewnie nic przeciwko temu, żeby ich głosów nie brano za coś oczywistego i raz na cztery lata chcieliby choć zobaczyć swojego kandydata - nie tylko wtedy, kiedy przyjeżdża po pieniądze na prowadzenie kampanii gdzie indziej.


2.
Kampania wyborcza toczy się bowiem tylko w siedmiu czy ośmiu stanach o których słyszymy do znudzenia: Floryda, Kolorado, Wirginia, Iowa, Nowy Meksyk, Nevada, może jeszcze Karolina Północna, no i - oczywiście - Ohio. To tam ściska się dzieci, zmywa naczynia, i obiecuje gruszki na wierzbie.


3.
Jakby tego było mało, ostatecznie i tak liczy się głos zaledwie znikomego ułamka ogółu wyborców. I nie jest to żadna figura retoryczna. Wyborcy wyżej wymienionych stanów, tzw. swing states, od dłuższego czasu też są podzieleni prawie po równo, 48% jest za Obamą, 48% za Romneyem. Liczy się głos jakichś 4% tzw. "niezdecydowanych", którzy po roku kampanii wciąż nie widzą różnicy między oboma kandydatami. 4% zarejestrowanych wyborców w wymienionych stanach (około 65% z ok. 61 milionów), to jakieś 1,5 miliona ludzi, czyli 0,5% całej ludności kraju. I to własnie oni zdecydują o wyniku wyborów - po tym, jak obaj kandydaci wydadzą na nich łacznie jakieś 2 miliardy dolarów.

4.
Co się jednak stanie jeśli wyborcy jednego z TYCH stanów nie są w stanie się zdecydować? Szansa, że decyzja spadnie na barki Kevina Costnera jest właściwie żadna. Wtedy zaczyna się  ponowne liczenie głosów i całe to szaleństwo, które pamiętamy z 2000 roku, kiedy przez niedokładnie przedziurkowane karty do głosowania na Florydzie o wyborze George'a W. Busha de facto zadecydował Sąd Najwyższy, mimo iż w powszechnym głosowaniu wygrał Al Gore. "New York Times" szansę na ponowne liczenie głosów w tegorocznych wyborach w którymś z kluczowych stanów - np. Ohio - szacuje na jakieś 10%.


5.
To nie wszystko. Jak co cztery lata, na dwa tygodnie przed wyborami amerykańskie portale internetowe zajmujące się polityką przejęły się nagle groźbą remisu w kolegium elektorskim: po 269 głosów dla każdego z kandydatów. Teoretycznie szansa na taki wynik jest niewielka - "New York Times" oszacował ją na 1% - ale nie niemożliwa. Kombinacji dających taki wynik jest sporo, w większości zupełnie nierealnych, ale już całkiem prawdopodobny scenariusz wygląda tak:


Co wtedy? Ojcowie założyciele, w swej nieskończonej mądrości, wzięli pod uwagę sytuację w której żaden z kandydatów nie ma przewagi w kolegium. Prezydenta wybiera wówczas Izba Reprezentatów (ale też stanami), a wiceprezydenta senatorowie (indywidualnie): wynik głosowania powszechnego też nie ma żadnego znaczenia. Gdyby zatem doszło do remisu w tym roku, w styczniu 2013 roku mielibyśmy najprawdopodobniej prezydenta Romneya i wiceprezydenta Bidena. Zaiste, najdoskonalsza demokracja na ziemi w działaniu.

Jakby to ujął Joe Biden:


Jest jednak nadzieja. Choć Kongres nie kwapi się do działania, stany - w których interesie rzekomo jest utrzymywanie kolegium elektorskiego - zaczęły działać na własną rękę. Na razie przede wszystkim te, które mają dość bycia kompletnie ignorowanymi.

W ostatnich latach Illinois, Kalifornia, Hawaje, New Jersey, Vermont, Maine Waszyngton i Maryland podpisały National Popular Vote Interstate Compact, NPVIC, porozumienie w ramach którego zdecydowały, że oddadzą swoje głosy elektorskie zwycięzcy głosowania powszechnego - bez względu na wynik w ich stanie. W ten sposób uda się obejść konstytucję, nie łamiąc jej. Rzecz jasna, następnym krokiem byłoby wówczas przegłosowanie stosownej poprawki. 

Porozumienie wejdzie jednak w życie dopiero wtedy, kiedy przystąpią do niego stany mające w sumie 270 głosów elektorskich. Na razie mają prawie połowę - 132 głosy. Kilka dużych stanów zabierze stanowisko jeszcze w tym roku, w wielu innych porozumienie zostało przyjęte przez jedną z izb stanowych legislatury, ale upadło wyżej - zazwyczaj zawetowane przez republikańskich gubernatorów. Komitet Krajowy Partii Republikańskiej wyraźnie wypowiedział się przeciwko jakimkolwiek zmianom istniejącego systemu, odwołując się - a jakże - do woli Ojców Założycieli.

Politykom GOP warto przypomnieć, że od 1787 roku zmieniono sposób wyboru wiceprezydenta (12. poprawka) i senatorów (17. poprawka), przyznano prawo głosu czarnym (15. poprawka), kobietom (19. poprawka) i osiemnastolatkom (26. poprawka), zrezygnowano z cenzusu (lata 20. XIX wieku). Nie bardzo wiadomo zatem dlaczego nie można by podziękować czcigodnym elektorom. Zwłaszcza, że w badaniach opinii publicznej popiera to około 70% wyborców. Nie bardzo wierzę w to, że za cztery lata będzie już po systemie elektorskim, ale może chociaż w czasie kampanii wyborczej 2020 roku mieszkańcy Wyoming, Marylandu i Utah zobaczą wreszcie kandydatów na własne oczy.