Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Watergate. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Watergate. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

"Wyślij oszczerczym liberałom wiadomość - Marco Rubio nie tylko cię inspiruje, ale też nawadnia".

Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że nic mnie już w amerykańskiej polityce nie zdziwi, okazuje się jak bardzo się myliłem.

Marco Rubio przed kamerami wypada może tak sobie, za to ma w sztabie ludzi, którzy są w stanie przekuć wpadkę w sukces. Albo przynajmniej na niej zarobić. Mowa oczywiście o odpowiedzi senatora   na orędzie prezydenta, kiedy przerwał przemówienie po to, by napić się wody, nie odrywając wzroku od kamery. Zaiste, wyglądało bardzo niezręcznie, ale media zrobiły z tego od razu aferę godną "Watergate", a taki z pozoru drobiazg może zaszkodzić komuś marzącemu o prezydenturze w 2016 roku. 

Otóż wspierający Rubio Reclaim America PAC (nazwa źle się trochę kojarzy, ale mniejsza o to). Na stronie Reclaim America można złożyć darowiznę na ich rzecz (czyli na rzecz senatora), a w zamian - jeśli wpłaci się więcej niż 25 dolarów - otrzymać butelkę wody z limitowanej edycji. "Wyślij oszczerczym liberałom wiadomość - Marco Rubio nie tylko cię inspiruje, ale też nawadnia".

Jak podaje Buzzfeed - zagranie to przyniosło PACowi już ponad 100 tysięcy dolarów. Szacun za autoironię i umiejętność damage control. Choć nie za talent oratorski, rzecz jasna.

środa, 13 lutego 2013

State of the Media

Wczorajsze orędzie Obamy do narodu pokazało nowego prezydenta - polityka, który nie tylko ma jakieś poglądy, ale też jest gotów walczyć o ich realizację, nawet z Kongresem; prezydenta który przynajmniej ma wolę przełamania inercji, bezwładu, gnuśności, będącą od jakiegoś czasu dominującą cechą amerykańskiej polityki; wreszcie prezydenta, który po 30 latach ostatecznie zerwał (przynajmniej w sferze deklaracji) z Reaganowskim "government is not the solution to our problem, government is the problem" - "państwo nie jest rozwiązaniem problemu - państwo jest problemem". Choćby tylko z tego powodu było to orędzie wyjątkowe i zasługujące na wyjątkową uwagę, bez względu na to, czy ktoś się z Obamą zgadza czy też nie.


Tymczasem, co zobaczyliśmy? Amerykańskie media były całkowicie pochłonięte trwającym w tym samym czasie pościgiem za zabójcą policjantów z Kalifornii - wydarzeniem może i ciekawym, ale przecież wcale nie wyjątkowym, ot, czymś w rodzaju prawdziwszego niż zazwyczaj reality show. Większość stacji relacjonowała pościg do momentu w którym Obama wszedł do sali posiedzeń Izby Reprezentantów. Część telewizji - głównie lokalnych, kalifornijskich - w ogóle zignorowała orędzie, podobnie jak niektórzy z obecnych na sali posiedzeń, którzy jednym uchem słuchali prezydenta, śledząc na smartfonach  sprzeczne doniesienia na temat pościgu.

Po skończonym przemówieniu media wróciły do omawiania obławy, zamiast zająć się analizowaniem przemówienia prezydenta. Nie znaczy to, że temat orędzia został zignorowany. Gazety czy poważne portale w rodzaju Politico zajęły się omawianiem wystąpienia Obamy oraz republikańskiej odpowiedzi, wygłoszonej przez wschodzącą gwiazdę GOP, senatora Marco Rubio z Florydy. Co jednak przyciągnęło największą uwagę w internecie? Nowa "Watergate", tzn. niezręczny sposób w jaki Rubio przerwał swoje wystąpienie, żeby napić się wody (marki Poland Springs, nawiasem mówiąc). 

Dyktatura "oglądalności", zajmowanie się atrakcyjnymi głupotami, a nie wymagającymi więcej od widza sprawami istotnymi; skupienie na detalach, a nie na treści; robienie z igły widły; kolejny przypadek żenującej praktyki dodawania "gate" do każdej, najdurniejszej "aferki". State of the Media, jaki wyłania się z podejścia mediów do wczorajszego State of the Union, jest bardzo zasmucający.

środa, 23 stycznia 2013

Beyoncegate

Oto mamy pierwszy "skandal" drugiej kadencji Obamy. Zgodnie z najgorszą amerykańską tradycją dodawania końcówki "-gate" do każdej, choćby najbardziej błahej sprawy, do "Troopergate", "Monicagate" i "Nipplegate" doszła dziś "Beyoncegate". Dziś wyszło bowiem na jaw, że Beyonce zaśpiewała wczoraj hymn z playbacku, nagranego kilka dni wcześniej.

Bidenowi się podobało...

Mnie tam się niespecjalnie podobało (jeśli już musze słuchać hymnów, to wolę inne wersje), ale nie da się ukryć, że głos Beyonce ma. Wczoraj i dziś jej występ dość powszechnie chwalono (i to czasem w wielkich słowach), toteż sprawa jest zaiste trochę niezręczna. Owszem, nagrywanie występów przed ceremonią zaprzysiężenia jest powszechną praktyką, ale na wypadek gdyby coś się stało albo było wyjątkowo zimno - jak cztery lata temu, kiedy z playbacku zagrał nawet wiolonczelista, Yo-Yo Ma.

Tym razem jednak nie było aż tak lodowato i nie bardzo wiadomo dlaczego Beyonce zdecydowała się na playback i to jeszcze z tym całym wyjmowaniem słuchawki z ucha, która i tak nie była jej potrzebna, machaniem rękoma etc. Przejdzie do historii prezydenckich trivia jako pierwsza artystka, która zaśpiewała hymn na inauguracji z playbacku. Zwłaszcza, że nijt nie wątpli w to, że byłaby w stanie zaśpiewać go na żywo równie dobrze. Jako sie rzekło - głupio, ale tylko trochę. 

...ale sędzia Scalia jakby coś podejrzewał.

Na amerykańską prawicę zawsze jednak można liczyć. Przeciwnicy Obamy dostali do ręki kijek, którym mogą (i pewnie będą) smagać prezydenta. Drudge Report wrzucił to na samą górę strony; Breitbart nazwał Beyonce (albo Obamę): First Faker (Pierwszy/a Oszust/ka); Fox News zrobiło z tego news dnia pod wymownym tytułem O Say Can't She Sing?. Skwapliwie przypomniało, że niejaki Beau Davidson, który śpiewał hymn w trasie z Romneyem zawsze robił to na żywo" i "tylko raz w swojej karierze zaśpiewał z playbacku, a to dlatego, że miał zapalenie oskrzeli". 

Zachowują się tak, jak gdyby Obama osobiście włączył w poniedziałek Beyonce taśmę z nagranym hymnem. W końcu Nixon miał swoje taśmy, więc dlaczego Obama nie ma mieć własnej afery z taśmami? Nieszczęsne robienie "-gate" z każdej głupoty jest, oczywiście, w dużej części winą goniących w piętkę mediów. Inicjatorem tej praktyki był - o czym mało kto pamięta - były współpracownik Nixona, William Safire, który robił to właśnie po to, żeby przez strywializowanie Watergate zmiejszyć winę swojego szefa. I trzeba powiedzieć, że jeśli słuchanie kogoś, kto śpiewa z playbacku można na poważnie porównać  z  notorycznym łamaniem konstytucji, to - jak widać - Safire'owi wyszło zupełnie niezgorzej. 

W całej tej sytuacji zabawne jest to, że jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, to playback Beyonce nie powinien dziwić. Wczorajsza inauguracja sama była bowiem tylko spektaklem zorganizowanym dla publiczności, "dramatycznym odtworzeniem" zaprzysiężenia, które miało miejsce w niedzielę, 20 stycznia. Aktorska interpretacja w wykonaniu Beyonce była zatem jak najbardziej na miejscu. 

Co nie zmienia faktu, że Beyonce zasługuje na prztyczek w nos, który wymierzy jej Aretha Franklin. Bez playbacku i w najwspanialszym kapeluszu jaki widziały prezydenckie inauguracje.


poniedziałek, 18 czerwca 2012

O Watergate ciąg dalszy

Afera Watergate silnie zapisała się w amerykańskiej pamięci i na trwałe weszła do kultury popularnej - począwszy od Wszystkich ludzi prezydenta Alana Pakuli, z 1976 roku, gdzie Dustin Hoffman (jako Carl Bernstein) i Robert Redford (jako Bob Woodward) za radą "Głębokiego Gardła" mieli "podążać za pieniędzmi" - co w filmie brzmiało nieźle, ale było całkowicie wymyślone przez scenarzystów. 


Nie znaczy to jednak, że wszyscy Amerykanie interpretują Watergate w ten sam sposób. Z konieczności upraszczając, można powiedzieć, że istnieją cztery (a upraszczając jeszcze bardziej  - dwa) sposoby postrzegania Watergate:
  1. Pogląd skrajnej prawicy- Watergate było "pierwszym puczem medialnym w historii", histerią rozpętaną przez prasę żeby zniszczyć nielubianego prezydenta. Nixon został kozłem ofiarnym "liberałów", gdyż to (z)robił nie było - ich zdaniem - gorsze od tego, co robili inni prezydenci, szczególnie Kennedy i Johnson. Nikogo nie powinno zaskoczyć, że z taką perspektywą zgadzał się sam Richard Nixon.
  2. Pogląd umiarkowanej prawicy - "system zadziałał". Nixon stanowił zagrożenie dla demokracji, ale mechanizmy konstytucyjne zapobiegły katastrofie i sytuacja została naprawiona. 
  3. Pogląd umiarkowanej lewicy - "system prawie nie zadziałał". Jak wyżej, z tą różnicą, że "afera Watergate" wyszła na jaw jedynie dzięki przypadkowi, szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Tym razem się udało, ale czy uda się następnym razem?
  4. Wreszcie, skrajna lewica, której najbliżej jest w interpretacji do skrajnej prawicy, zgadzająca się z tym, że Nixon był "kozłem ofiarnym". Został rzucony przez media na pożarcie, żeby sprawić wrażenie, że  jego podsłuchy i tuszowanie tych  nielegalnych działań są "aferą" - tymczasem prawdziwą "aferą" jest cały amerykański ustrój. O tym właśnie mówił Noam Chomsky, kiedy stwierdził, że Watergate "to jak ujawnić, że dyrektor Murder Inc. oszukiwał na podatkach".
Amerykanom, w przeważającej większości uważającym swój ustrój za idealny (mimo wielu przykładów, które nakazywałyby podawać taką tezę w wątpliwość), najbardziej pasuje wizja środka: system zadziałał (o włos albo nie - bez znaczenia), czarna owca została usunięta, a harmonia przywrócona. 


W amerykańskiej pamięci - i kulturze masowej - opowieść o Watergate jest zatem opowieścią o zbrodni ukaranej, zwycięstwie "prostego człowieka" nad skorumpowaną władzą - tak  ukazują Watergate Wszyscy ludzie prezydenta, gdzie demokrację ratują de facto skromni dziennikarze. O tym, że takie historie Amerykanie lubią najbardziej, nikogo chyba nie trzeba przekonywać. O tym, że bardzo rzadko są one prawdziwe - również. Sami Woodward i Bernstein wielokrotnie mówili, że pogląd jakoby "to my sami, własnoręcznie obaliliśmy Richarda Nixona jest absurdalny".



Czy jednak wszystko zostało naprawione? Czy udało się zapobiec kolejnym "Watergate", a jeśli nie, to czy przynajmniej zdołano pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy złamali prawo? Jeśli spojrzeć na historię Stanów Zjednoczonych ostatnich czterdziestu lat, należałoby - niechętnie, ale jednak - choć po części przyznać rację radykałom z obu stron sceny politycznej. 
  • Administracja Reagana - za cichym przyzwoleniem prezydenta - sprzedawała broń wrogowi, Iranowi, a nielegalnie zdobyte pieniądze przekazywała nikaraguańskim contras. Sprawa zakończyła się dymisją sekretarza obrony i kilku innych niższych rangą ludzi. Zostali oskarżeni, ale ułaskawił ich następca Reagana i jego wiceprezydent, George H. W. Bush.
  • Administracja Busha syna ujawniła tożsamość agentki CIA, Valerie Plame, chcąc się zemścić na jej mężu, ambasadorze. Skończyło się na skazaniu szefa sztabu wiceprezydenta Dicka Cheneya, Scootera Libby'ego, którego prezydent wprawdzie nie ułaskawił, ale zamienił mu wyrok na wyrok z zawieszeniu. Biały Dom Busha ma równiez na koncie usuwanie z urzędu niewygodnych funkcjonariuszy publicznych, zakładanie podsłuchów o wątpliwej legalności oraz nadużycia w kwestii prowadzenia wojny. Sprawy porównywalne z tym, co robił Nixon, a jednak nigdy nie było realnych widoków na próbę impeachmentu Busha.
  • Dziś głośno jest o tym, że administracja Obamy dokonywała "kontrolowanych przecieków" do "New York Timesa" na temat "wojny z terrorem" i cyberataków na Iran, co miałoby pozytywnie wpłynąć na wizerunek prezydenta przed wyborami. Republikanie, od czterdziestu lat próbujący znaleźć sprawę, która stałaby się "demokratycznym Watergate" już porównują Obamę do Nixona - mniej więcej tak samo, jak robili wcześniej z Billem Clintonem, a nawet poczciwym Jimmym Carterem. Co więcej, przedstawiciele obu partii w Senacie zgodnie twierdzą, że sprawa przecieków na temat prowadzonej przez Obamę "wojny z terrorem" jest skandalem, ale administracja nie zgadza się na powołanie specjalnego prokuratora.
Rzadko się pamięta, żę afera Watergate - w szerszym sensie - zaczęła się od przecieków z Departamentu Obrony w 1971 roku, tzw. Pentagon Papers, dotyczących wojny w Wietnamie. Choć nie mówiły one o działaniach administracji Kennedy'ego i Johnsona, to Nixon, pod wpływem nacisków wściekłego Kissingera, polecił zastopować przecieki. W ten oto sposób powstała brygada nielegalnie działających "hydraulików" ("plumbers"), których zatrzymano w kompleksie Watergate w czerwcu 1972 roku.

Jak powiedział rok temu Daniel Ellsberg, człowiek, który ujawnił Pentagon Papers: Wszystkie przestępstwa, jakie wobec mnie popełnił Nixon, są dziś legalneEllsberg, oczywiście, przesadza - włamywanie się do gabinetu czyjegoś lekarza, żeby wydobyć kompromitujące materiały wciąż nie jest w Stanach Zjednoczonych legalne; podobnie jak całkowicie swobodne zakładanie przez służby podsłuchów. Prawdą jest jednak, że po aferze Watergate możliwości, jakimi dysponuje władza w kwestii bezpieczeństwa narodowego (ogólnie rzecz ujmując), nie zmniejszyły się, a zwiększyły. Kontrola ze strony innych gałęzi władzy - sądowniczej i ustawodawczej - także jest wyraźnie słabsza. "Imperialna prezydentura" Nixona trzyma się mocno.

Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że winny jest temu dominujący sposób przedstawiania "afery Watergate", o jakim pisałem wcześniej. Demokratyczne instytucje rzeczywiście ujawniły łamanie prawa na najwyższych szczeblach władzy, ale sposób, w jaki Watergate funkcjonuje w amerykańskim dyskursie, strywializował wydarzenia lat 1972-1974. Prędkość z jaką media próbują dodawać przyrostek -gate" do każdej kolejnej bzdurnej aferki sprawiają, że Amerykanom trudno odróżnić prawdziwe skandale,  poważne nadużycia władzy, od bzdurnych skandalików w rodzaju MonicagateTroopergate czy (o zgrozo) Nipplegate. Daje to Amerykanom złudne poczucie samozadowolenia, że kolejne skandale  władzy zostały ujawnione, a porządek za każdym razem przywrócono etc. 
"Jeśli prezydent coś robi, to znaczy, że nie jest to nielegalne" 
powiedział  w słynnym wywiadzie Richard Nixon. Co by o nim nie mówić, był to naprawdę mądry człowiek.

niedziela, 17 czerwca 2012

40 lat minęło...

...od kiedy 17 czerwca 1972 roku, po północy, Frank Wills, strażnik w hotelowo-biurowym kompleksie Watergate, zauważył na pewnych drzwiach taśmę, sprawiającą, że drzwi się nie zamykały. Usunął taśmę i udał się na dalszy patrol. Kiedy wrócił za godzinę, taśma znowu znajdowała się na drzwiach, więc Wills zadzwonił po policję.


Na szóstym piętrze, w siedzibie głównej Partii Demokratycznej, policja aresztowała pięciu mężczyzn, podkładających podsłuchy telefoniczne. Można powiedzieć, że mieli pecha - nie tylko Wills za pierwszym razem zignorował sprawę, ale też nie było to pierwsze włamanie. Podsłuchy zostały założone dwa tygodnie wcześniej, ale nie działały jak należy, toteż mężczyźni powtórzyli włamanie. 

Biały Dom skomentował incydent jako "podrzędne włamanie" i tak też było to początkowo traktowane, mimo iż na jaw wyszły powiązania włamywaczy z komitetem wyborczym prezydenta Richarda Nixona, który właśnie ubiegał się o reelekcję - Committee for the Re-Election of the President. CRP zwany był przez nieprzychylnych mu ludzi CREEP: "gęsia skórka", "ktoś odrażający" czy - jak się miało okazać, najbardziej a propos - "skradać się".

Opinia publiczna nie zwróciła jednak większej uwagi na sprawę włamania, a jakiekolwiek próby powiązania jej ze sztabem Nixona były odrzucane przez Biały Dom jako "polityczne" i w listopadzie 1972 roku Richard Nixon wygrał w cuglach. Zdobył 60,7%, pokonując senatora George'a McGoverna o ponad 23%, czyli 18 milionów więcej głosów. Do dziś pozostaje to  najlepszym wynikiem w wyborach przeprowadzanych od II wojny światowej.

Prawdziwa afera miała wybuchnąć dopiero na poczatku 1973 roku, kiedy jeden ze skazanych włamywaczy, chcąc obniżyć swój wyrok, zaczął zeznawać i obciążył członków prezydenckiej administracji - m.in. byłego prokuratora generalnego, Johna Mitchella. W maju prezydent mianował specjalnego prokuratora, który rozpoczął śledztwo.

Nie ma tu miejsca, żeby opisywać następne 15 miesięcy sądowych procedur, składania wniosków, odrzucania ich, nowych doniesień na temat nielegalnych działań "ludzi prezydenta", podejmowanych przez Nixona coraz bardziej desperackich prób wywinięcia się, które tylko pogarszały jego sytuację


Finał znają wszyscy: 9 sierpnia 1974 roku, niecałe dwa lata po swoim ogromnym sukcesie wyborczym, w sytuacji w której jego impeachment był niemal pewny, Richard Nixon złożył rezygnację na ręce sekretarza stanu, Henry'ego Kissingera. Nowym Prezydentem został wiceprezydent Gerald Ford, który ogłosił, że "nasz długi narodowy koszmar dobiegł końca". Ale czy rzeczywiście?

(c.d. jutro)