Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kampania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kampania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 listopada 2012

Idź głosuj, gówniarzu!

Czas na ostatnie klipy wyborcze tej kampanii. Sztab Obamy wypuścił filmik w którym Will Ferrell, znany komik (choćby z Saturday Night Live), zachęca młodych ludzi do głosowania.

Nie da się ukryć, że jest to bardzo zabawne, ale mam mieszane uczucia - czy naprawdę jedyną metodą, jaką można przekonać młodych do głosowania musi być robienie sobie sobie jaj? Co nie zmienia faktu, że sowa jest naprawdę śmieszna.

niedziela, 21 października 2012

Podkuchenny Ryan

Doskonale wiadomo, że amerykańska kampania wyborcza rządzi się własnymi prawami. Jedną z rzeczy, którą robią kandydaci na wyborczym szlaku jest odwiedzanie instytucji - edukacyjnych, dobroczynnych, gastronomicznych, rozmaitych. Należy przy tym wykazać się jakąś aktywnością: a to coś przeczytać dzieciom, zjeść hamburgera, zapytać pacjentów jak się mają, a farmera jak mu się w tym roku udały zbiory kalarepy, w sumie nic wielkiego. 

W czasie takich gospodarskich wizyt nietrudno o gafy. Można - jak prezydent George Bush senior w 1992 roku - dziwować się w supermarkecie nad czytnikiem kodów kreskowych, które były w użyciu już od ponad dekady. Można, jak Dan Quayle, nieszczęsny zastępcą Busha, poprawiać dzieci w szkole, upierając się, że "potato" prawidłowo pisze się: "potatoe"

Jakiś czas temu Paul Ryan także wziął udział w takim "spontanicznym" wydarzeniu. Odwiedził mianowicie jadłodajnię dla ubogich Stowarzyszenia Świętego Wincentego a Paulo, zupełnie przypadkiem znajdującą się w kluczowym stanie Ohio. W prasie pojawiły się zdjęcia Ryana i pani Ryanowej w twarzowych fartuszkach, myjących naczynia. Rzecznik kandydata na wiceprezydenta powiedział, że wizyta Ryana w jadłodajni służyła "podkreśleniu znaczenia dobroczynności i wolontariatu dla społeczeństwa obywatelskiego". 



Jak jednak doniósł "Washington Post", ekipa Ryana wpadła z nienacka do jadłodajni, grubo po tym, jak skończono rozdawać jedzenie, posprzątano i umyto kuchnię. Państwo Ryan i trójka zakasali jednak rękawy, przywdziali fartuszki i zabrali się za "mycie" kilku czystych sprzętów kuchennychDali sobie, oczywiście, zrobić zdjęcia i po kwadransie już byli w drodze na lotnisko. A wszystko to nawet bez uprzedniego spytania o zgodę kierownictwa jadłodajni. 


Oczywiście, wszyscy wiedzą, że każda taka "spontaniczna" wizyta jest ustawiona, że chodzi o okazję do zrobienia paru zdjęć i pokazanie się tu czy tam. Nikt nie miałby do Ryana pretensji, gdyby swoją ustawioną wizytę potraktował zgodnie z zasadami tej zabawy - jak polityczny teatr w którym kandydat udaje, że z przyjemnością odwiedza daną instytucję, a wyborcy udają, że mu wierzą. 

Prawdziwy problem polega na tym, że Ryan próbował bezczelnie oszukać odbiorców, przekonując ich, że robi coś, czego w rzeczywistości wcale nie robił. Należy się tylko cieszyć, że robił to tak nieudolnie - jest szansa na to, że następnym razem jakiś polityki zastanowi się dwa razy zanim wparuje gdzieś bez pytania, żeby zrobić sobie kampanijne zdjęcie.

sobota, 21 kwietnia 2012

"Jesteśmy bardzo zawiedzeni utratą brody"

Oto na stronie magazynu Slate pojawiła się urocza kolekcja zdjęć przedstawiających tegorocznych kandydatów z zarostem na twarzy - i to zarostem nie byle jakim, bo pożyczonym od poprzednich mieszkańców Białego Domu.



Dziś broda nie kojarzy się dobrze. W sieci krążą liczne fotomontaże przedstawiające Baracka HUSSEINA Obamę w turbanie i z długą, czarną brodą, przywodzące na myśl Osamę bin Ladena i innych arabskich terrorystów: broda = antyamerykanizm.



Niestety, jak na złość amerykańskiej skrajnej prawicy, kilka lat temu Obama przyznał się, że nie może zapuścić zarostu z prawdziwego zdarzenia - w najlepszym razie wychodzą mu bokobrody.

Nie da się ukryć, że prezydent z bokobrodami to byłoby naprawdę coś - świat nie widział czegoś takiego od czasu Chestera AlanaArthura. Ostatnim prezydentem-wąsaczem był William H. Taft (noszący też wątpliwy zaszczyt bycia najgrubszym człowiekiem w Białym Domu), a ostatnim prawdziwym brodaczem, Benjamin Harrison, o którym nie pamiętają już nawet najstarsi Indianie. 

Choć zarost jest ostatnio znowu modny i zapuszczenie bród przez Obamę i Romneya z pewnością ożywiłoby kampanię i zwiększyło zainteresowanie hipsterów polityką, historia uczy, że w wyborach prezydenckich zarost nie służy. W tym roku mija właśnie sto lat od kiedy gładko ogolony Woodrow Wilson pokonał dwóch wąsaczy - Tafta i Teddy'ego Roosevelta (startującego jako kandydat progresistów). Od tamtej pory Republikanie wystawiali jeszcze zarośniętych kandydatów w latach 1912, 1944 i 1948, ale za każdym razem przegrywali. 

Jeśli kogoś nie przekonały obserwacje historyczne - także badania socjologiczne pokazują że zarost wpływa negatywnie na wizerunek kandydata. Five o'clock shadow Nixona prześladował go całe życie i był powodem licznych karykatur. Popularna klechda głosi, że to właśnie niedogolenie Nixona w debacie z Kennedym kosztowało go prezydenturę w 1960 roku – tyleż interesujące, co nieprawdziwe, skoro później dwa razy wygrał wybory i to w iście spektakularnym stylu. Nie wydaje się też, żeby to akurat wąsik pogrzebał prezydenckie szanse pastora Jessego Jacksona w roku 1984, ale w 2008 roku gubernator Bill Richardson wolał nie ryzykować. Tuż przed kampanią zgolił zarost, co Barack Obama, podówczas jego kontrkandydat do nominacji Demokratów, skomentował:


"Jesteśmy bardzo zawiedzeni utratą brody".

Jak my wszyscy. Trzeba przyznać, że obu kandydatom bardzo dobrze z bródką Abrahama Lincolna, ale Romneyowi szczególnie służy imponująca broda Rutherforda B. Hayesa (tak, proszę państwa, był i taki prezydent) – nareszcie wydaje się być kimś interesującym. Ale cóż – to tylko doczepiana broda.


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Don Draper: Tricky Dick

Chris Matthews, kontrowersyjny dziennikarz liberalnej telewizji MSNBC, zestawił Baracka Obamę z Donem Draperem. Skojarzenie, jak rozumiem, ma być takie: Obama, jak Draper, jest jednostką nieprzeciętną, ale popełniającą błędy i nie potrafiącą odnaleźć się w pogarszającej się sytuacji. Choć wizualnie jest to zestawienie atrakcyjne, to jednak zważywszy na wyniszczającą wojnę domową w szeregach GOP wydaje się jednak być diagnozą nieco zbyt pesymistyczną. Poza tym Drapera i Obamę nie łączy zbyt wiele – ot, w 2009 r. znaleźli się na liście najbardziej wpływowych mężczyzn świata (Obama na trzecim, Draper na pierwszym), no i obu porównywano do Kennedy'ego tak często, że stało się to wręcz nudne.


Kilka la temu Gary R. Edgerton w ciekawym tekście „JFK, Don Draper, and the New Sentimentality”, zwrócił uwagę na liczne podobieństwa między Kennedym a Draperem – przystojni (na miarę ówczesnych standardów), męscy, zawsze nienagannie ubrani ludzie sukcesu, u boku mają piękne i eleganckie żony, a inne kobiety same wchodzą im do łóżka. Obaj symbolizowali „nowy sentymentalizm”, styl który zdominował lata 60. Kennedy go stworzył i spopularyzował – Draper jest jego najlepszym ambasadorem w XXI wieku.

Jeśli chodzi o Obamę, to z Kennedym łączy go mniej styl (choć nie bez znaczenia były też oczywiście młodość oraz „wizualna atrakcyjność” jego i małżonki), a bardziej oczekiwania z jakimi obejmował prezydenturę. JFK kojarzy się Amerykanom jak najlepiej, w sondażach regularnie uważany jest za jednego z najlepszych prezydentów, a USA za jego rządów wciąż jawi się jako mityczna kraina powszechnej szczęśliwości (na ogół wbrew faktom – co, właśnie w dużej mierze demaskują „Mad Meni”). Stąd stała nadzieja Amerykanów na powrót „złotego wieku” i nieustanny konkurs na „nowego Kennedy'ego”, w którym od czasu do czasu próbują startować amerykańscy politycy – w tym Obama, któremu w 2008 roku udało się przekonać większość Amerykanów, że tak jak Kennedy (bardzie ten wyobrażony. niż realny) będzie politykiem zmiany, nowego początku etc.

Logicznym wnioskiem byłoby zatem zestawienie Obamy, „współczesnego JFK”, z Kennedy'emu podobnym (Amerykanie mają na to dobre określenie kennedyesque) Draperem. Sęk w tym, że sam Draper na zewnątrz może i przypomina JFK, ale tak naprawdę jest kimś innym – Dickiem Whitmanem, któremu znacznie bliżej do Richarda Nixona. I sam to nawet mówi (patrz klip poniżej).

Urodzeni na wsi, od dzieciństwa harujący na farmie, pokornie znoszący nędzę, upokorzenia, bicie przez pijanego ojca i oziębłość matki, Richard „Dick” Nixon oraz Richard „Dick” Whitman wszystko co mieli osiągnęli z jednej strony ciężką, katorżniczą pracą, z drugiej zaś nieczystymi zagraniami, a niekiedy nawet oszustwem.

Nie mieli możliwości studiowania na Harvardzie czy Yale (Nixon dostał tam nawet stypendium, ale musiał zrezygnować z powodów finansowych) i w obu wykształciła się niechęć do uprzywilejowanych klas wyższych wschodniego wybrzeża, ich elitarności, klasowych i rasowych uprzedzeń. Widać to zarówno w zetknięciu Drapera/Whitmana z bitnikami z Greenwich Village, jak i ze zblazowanymi Kalifornijczykami – nie wspominając już o coraz mniej, z serii na serię, skrywanej niechęci do Rogera Sterlinga.

Dla obu służba w wojsku okazała się przełomem – dla Nixona stała się przepustką do kariery w Kongresie, dla Whitmana okazją do zerwania z poprzednim życiem, odrodzenia się jako Draper – pierwszy produkt tego wybitnego copywritera. Niepewny siebie tchórz przeobraża się w idealnego mężczyznę na nowe, nadchodzące czasy, którego za kilka lat będzie uosabiał JFK. Przemiana jest jednak długotrwała i nigdy nie stanie się kompletna. W Draperze istnieją zarówno Nixon, jak i Kennedy; zarówno „stare”, jak i „nowe”; zakompleksiony nie znoszący elit parweniusz, jak i członek tychże elit, książę Manhattanu.


Nic zatem dziwnego, że Draper nie przepada za Kennedym (w wyborach 1960 roku wszyscy w Sterling Cooper wspierają Nixona – z wyjątkiem Pete'a Campbella, antypatycznego nowojorskiego arystokraty) – przypomina mu niewygodną prawdę o sobie samym. Ponieważ jednak jego praca polega tworzeniu produktów, które spotkają się z zainteresowaniem, widzi, że przyszłość należy do Kennedych, a nie Nixonów – dobrze wypadających przed kamerą produktów piaru. Jak w 1 serii mówi Campbell: „Prezydent jest produktem, nie zapominaj o tym”. Nawiasem mówiąc, zrozumie to również sam Nixon, który wygra wybory prezydenckie w 1968 roku, dokonując najbardziej spektakularnego wyboru w historii amerykańskiej polityki.

A co z Obamą? No cóż, urodził się w 1961 roku, czyli z grubsza w tym samym momencie w którym synek Peggy Olson. Na razie z matką i ojczymem szykuje się do przeprowadzki do Indonezji. Kiedy w 1971 roku wróci do Stanów prezydentem będzie Nixon i będzie to już bardzo inna Ameryka, przeorana przez wojnę w Wietnamie, konflikty rasowe, emancypację kobiet i czarnych etc., czyli wszystko to, z czym – sądząc ze świetnego pierwszego odcinka 5 serii – będą musieli stanć twarzą w twarz nasi ulubieni seksiści i rasiści ze Sterling Cooper Draper Pryce.

piątek, 30 marca 2012

Mike Morris jedzie do internetów

Mój tekst "Mike Morris jedzie do Waszyngtonu" pojawił się na stronach "Polityki". Został, niestety, opatrzony przez redakcję nieco mylącą notą, że jest to "kolejny demaskatorski film o amerykańskiej polityce", choć piszę w nim właśnie o zupełnie innym rodzaju demaskatorstwa. .Jeśli ktoś nie czytał w wersji papierowej, a chciałby, to proszę, o: TUTAJ.

środa, 14 marca 2012

"Mike Morris jedzie do Waszyngtonu" czyli polecam dzisiejszą "Politykę"

Miła niespodzianka - dzisiejsza "Polityka" (11/2850) wydrukowała mój tekst o amerykańskim kinie okołopolitycznym, szczególnie filmów dotyczących kampanii wyborczych. Tekst powstał zanim obejrzałem "Game Change", o którym pisałem wcześniej, przy okazji "Idów marcowych" George'a Clooneya. Gdyby zatem wpadł Państwu w ręce najnowszy numer tygodnika, zachęcam do zajrzenia na stronę 102.