środa, 3 kwietnia 2013

"Sheeeeeee-it!"

Bardzo lubię te sytuacje, kiedy polityka w kulturze popularnej trafnie coś przepowie, oswoi ludzi z czymś, co do tej pory było jedynie czystą fikcją. Jak choćby wtedy, kiedy w West Wing prezydentem zostawał znany, ale charyzmatyczny przedstawiciel mniejszości, latynoski kongresmen Matt Santos, a rok później w prawdziwych wyborach prezydenckich zwyciężył czarnoskóry senator Barack Obama. Zdarza się jednak tak, że - trawestując Marksa - kultura popularna powtarza się w realnym życiu jako farsa. Pisałem ostatnio o prezydenckich planach Santoruma i Gingricha jako niezamierzonej parodii komedii My Fellow Americans. Tym razem Nowy Jork dostarczył nieśmiesznej wariacji na temat seriali The Wire i Boss, z miejscową wersją  znanego dobrze widzom The Wire skorumpowanego senatora Claya "Sheeeeee-it" Davisa w roli głównej.


We wtorek FBI aresztowało stanowego senatora Malcolma Smitha, Demokratę, który próbował kupić sobie republikańską (sic!) nominację w tegorocznych wyborach burmistrza Nowego Jorku. Wedle starego prawa, żeby wystartować w prawyborach GOP (do której Smith nie należy), potrzebował głosów Republikanów w trzech z pięciu dzielnic Nowego Jorku - miał to załatwić inny aresztowany, republikański radny, Daniel Halloran, w zamian za stanowisko wiceburmistrza (albo wiceszefa policji) w przyszłej administracji Smitha. Póki co, wszystko brzmi jeszcze dość sensownie, ale jeśli zagłębić się w szczegóły, cała intryga budzi raczej uśmiech politowania. 

pan Smith jedzie do aresztu

Szanse Smitha na wygraną w wyborach były (a teraz są już na pewno) bliskie zera - bez względu na to w barwach jakiej partii by startował. W prawyborach Demokratów w ogóle nie zamierzał uczestniczyć, wiedząc doskonale, że wygra je najprawdopodobniej Christine Quinn, przewodnicząca rady miasta. W prawyborach republikańskich miałby może jakieś szanse, ale  i tak marne, w porównaniu z dwoma innymi, znacznie bogatszymi od niego kandydatami. Wreszcie, gdyby nawet zdobył ostatecznie republikańską nominację - nie miałby żadnych szans w ostatecznej konfrontacji z Quinn, która od pewnego już czasu wygraną ma praktycznie w kieszeni. 

Republikanie są w Nowym Jorku (mieście) prawie na wymarciu. Halloran, mózg całej operacji, jest zaledwie jednym z czterech (na 51 ogółem) republikańskich rajców miasta. Owszem, obecny burmistrz, Michael Bloomberg, wygrał trzy wybory oficjalnie jako kandydat Republikanów, ale tylko dlatego, że nominację GOP było dużo łatwiej zdobyć niż Partii Demokratycznej - wystarczyły odpowiednio wysokie datki na rzecz organizacji partyjnej, której bliżej do naszego rodzimego Stronnictwa Demokratycznego, niż do partii z prawdziwego znaczenia. Sam Bloomberg zawsze był, zresztą, politykiem centrowym czyli na warunki dzisiejszej, ogólnokrajowej GOP jest totalitarnym komunistą - zwolennikiem ograniczania dostępu do broni palnej, zmniejszania nierówności społecznych etc. 

Nie żeby Halloran był typowym Republikaninem - zamiast, jak większość jego kolegów z partii grzecznie uczęszczać do takiego czy innego chrześcijańskiego kościoła, Halloran jest oficjalnym wyznawcą Odyna, Thora i innych dawnych nordyckich bogów. Udawanie Lokiego - trickstera, który wszystkich potrafi wykiwać - wyszło mu jednak tak sobie.

radny Halloran (na klęczkach, w niebieskiej pelerynce)

Ciekawe jest to w jaki sposób spiskowcy traktowali popkulturę jako źródło (nie)stosownych wzorców. Nie żeby było to coś nowego - doskonale wiadomo, na przykład, że Ojciec chrzestny sprawił, że amerykańska mafia przejęła niektóre z opisanych przez Mario Puzo zwyczajów, żeby być "autentyczniejszą", niektórzy bossowie zaczęli naśladować sposób mówienia Marlona Brando etc. 

Oto, na przykład, dowiadujemy się, że kilka ze spotkań odbyło się w restauracji Sparks Steak House, gdzie w 1985 roku został zamordowany Paul Castellano, szef największej z nowojorskich  rodzin mafijnych, Gambino. Serwują tam, co prawda, jedne z najlepszych steków w Nowym Jorku, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że chodziło raczej o aurę miejsca, a nie o same steki. Wszystko to bowiem wygląda jak nieudolna próba naśladowania filmowej rzeczywistości, włącznie z wygłaszanymi przez Hallorana tandentnymi tekstami w rodzaju: "Polityka to tylko pieniądze, które oliwią tryby" etc.  Pieniądze, które - dodajmy - zgodnie z wszelkimi kliszami - przekazywano sobie w szarych, nieoznakowanych kopertach.

Kiepska reżyseria, kiepski scenariusz, kiepscy aktorzy. Lepiej przypomnieć sobie trzeci i czwarty sezon The Wire.

sobota, 23 marca 2013

Wybierzmy sobie elektorat


Kiedy twoja partia zaczyna tracić głosy i przegrywać kolejne wybory, kiedy rozziew między elektoratem, a programem twojej partii zaczyna się robić coraz większy, możesz próbować zmienić partię, zmodyfikować swój program, otworzyć ją na elektorat z którym dotychczas było ci nie po drodze. To właśnie próbuje zrobić część Republikanów, na przykład przygotowując projekt ustawy emigracyjnej. Ale można też obrazić się na rzeczywistość i spróbować zmienić sobie elektorat - co robią Republikanie w kilku kluczowych stanach przy pomocy "gerrymanderingu", jednego z najstarszych antydemokratycznych narzędzi politycznych w historii amerykańskiej demokracji.

Manipulowanie granicami okręgów wyborczych, jest praktyka starą jak Stany Zjednoczone. 26 marca minie równo dwieście jeden lat od kiedy "Boston Gazette" opublikowało satyryczny rysunek przedstawiający "Gerry-mander", pokręcony niczym salamandra okręg wyborczy stworzony na potrzeby własnej partii przez gubernatora Massachussetts, Elbridge'a Gerry'ego (późniejszego wiceprezydenta). Gerry + salamander = gerrymander. 

oryginalny "Gerry-mander", 1812 rok

Packing polega na zgromadzeniu w jednym okręgu mozliwie jak najliczniejszych wyborców przeciwnika, żeby osłabić ich wpływy w pozostałych okręgach, cracking wręcz przeciwnie - na podzieleniu ich między tak wiele okręgów, by nie byli w stanie zwyciężyć w żadnym. Do tego dochodzi (zwłaszcza w przypadku Demokratów) dzielenie "łakomych kąsków" elektoratu między kilku kandydatów z tej samej partii. Efekty bywają przedziwne:

4. okręg Illinois, "nauszniki", obejmuje najbardziej latynoskie części Chicago (północna portorykańska, połuidniowa meksykańska). Mniejsza o to, że znajdują się na dwóch różnych końcach miasta i łączy je tylko kawałek autostrady - dzięki temu chicagowscy Latynosi mają tylko jednego kongresmena.



3. okręg z Maryland, obejmujący część Baltimore (hello, The Wire), przypominający "plamę krwi na miejscu zbrodni" albo "pterodaktyla z przetrąconym skrzydłem". Zupełnie zbędne dzieło Demokratów, którzy i tak mają ogromną przewagę w Maryland. 


Gerrymandering stosowały z powodzeniem obie partie, jak widać, ale trzeba przyznać, że Republikanie robią to wyjątkowo bezczelnie - i wyjątkowo skutecznie. 

Oto Republican State Leadership Committee, RLSC, organizacja zajmująca się promowaniem republikańskich kandydatów, opublikowała raport na temat postępów projektu o wiele mówiącej nazwie Redmap. Plan zakładał najpierw zdobycie większości w legislaturach stanowych (które ustalają kształt okręgów wyborczych), przed odbywającym się co dekadę spisem ludności (stanowiącego podstawę dla redistricting), a następnie nakreślenie takiej mapy wyborczej, która promowałaby Republikanów. Poszło znakomicie - choć w listopadowych wyborach na Republikanów zagłosowało w sumie o 1,3 miliona MNIEJ wyborców niż na Demokratów, zdobyli o 33 miejsca w Izbie Reprezentantów WIĘCEJ. 

RSLC chwali się, na przykład, wynikiem w Michigan: "Wybory 2012 roku były wielkim sukcesem Demokratów (...), wyborcy wybrali demokratycznego senatora wielkością ponad 20% głosów, a Obama wygrał o prawie 10%, ale (...) do Kongresu wybrano 9 Republikanów i 5 Demokratów". Zaiste, niezły wynik, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że na GOP zagłosowało o 5% mniej wyborców.

W Ohio wynik był bardzo podobny - pięcioprocentowa przewaga Republikanów - ale przełożenie na miejsca w Kongresie już zupełnie inne - 12 miejsc dla GOP, 4 dla Demokratów. Cytując RSLC: "I to mimo, że wyborcy oddali na republikańskich kandydatów zaledwie 52% głosów". Nie da się ukryć, jest się czym chwalić. W Pensylwanii jest jeszcze lepiej - nieco więcej głosów zdobyli Demokraci, co nie przeszkodziło Republikanom zdobyć aż 13 z 18 miejsc w Kongresie.



Wszyscy pieją z zachwytu nad jednomandatowymi okręgami wyborczymi, które rzekomo są bardziej demokratyczne - tymczasem dziś technologia pomaga w opracowywaniu fantazyjnych okręgów, wyznaczanych na podstawie danych demograficznych. Gerrymandering owszem, zapewnia stabilność okręgu, ale zarazem zmniejsza konkurencję ze strony drugiej partii i sprawia, że prawdziwa walka o miejsce rozgrywa się w prawyborach - z demokracją nie ma to jednak wiele wspólnego.

Uświadamia to sobie coraz więcej Amerykanów - wciąż pozostających w mniejszości, ale rosnących w siłę. Rozwiązanie spróbowała znaleźć Kalifornia, która w 2008 roku ustanowiła niezależną komisję mającą wyznaczyć na nowo granice okręgów po spisie ludności z 2010 roku. Trafiło do niej pięcioro Demokratów, pięcioro Republikanów i czwórka niezależnych. Efekt? Analizy wskazują, że Kalifornia ma dziś jedne z najbardziej "konkurencyjnych" okręgów wyborczych w całym kraju, a bycie kongresmenem nie jest już pracą na całe życie.

PS: Wiem, że o gerrymanderingu napisał dziś w Wyborczej Wojciech Orliński, ale nie wyrzucę do kosza tekstu, który od dawna był gotowy i czekał na publikację przy okazji rocznicy. 

piątek, 22 marca 2013

Santorum-Gingrich 2012! (albo odwrotnie)

W komedii Obywatele prezydenci (My Fellow Americans) John Lemmon i James Garner grają dwóch byłych prezydentów z opozycyjnych partii - Republikanina Kramera i Demokratę Douglasa. Są zajadłymi przeciwnikami politycznymi, serdecznie się nieznoszą, występowali przeciwko sobie w przeszłości, ale wspólne traumatyczne przejścia w połączeniu z niechęcią wobec innych polityków sprawiają, że Douglas i Kramer postanawiają wystartować razem w wyborach. Nie mogą tylko dojść do porozumienia w kwestii tego, który z nich zostanie kandydatem na prezydenta, a który na wice. Dziś dowiedzieliśmy się, że niemal równo rok temu political fiction, (dostosowane do panujących realiów, rzecz jasna) prawie stało się ciałem. Dość upiornym ciałem, dodajmy.


Okazuje się, że w czasie ubiegłorocznych republikańskich prawyborów, Rick Santorum i Newt Gingrich, prawie zgodzili się na wspólne wystartowanie we właściwych, listopadowych, wyborach, pod wspólnym, konserwatywnym "Unity Ticket". Obaj kandydaci nie znosili się serdecznie i atakowali się bez pardonu: Gingrich zarzucał Santorumowi, że służy wielkim korporacjom; Santorum Gingrichowi, że zmienia poglądy (i żony) jak rękawiczki. 

Byli jednak zgodni w dwóch kwestiach: po pierwsze, że Obama jest socjalistą, który planuje zniszczyć Amerykę; po drugie, że (względnie) centroprawicowy Mitt Romney byłby (jak ujął to Santorum) "najgorszym Republikaninem jakiego można wystawić przeciwko Obamie". Postanowili zatem stworzyć konserwatywną alternatywę, stanowiącą odpowiedź na głośno artykułowane wśród republikańskich wyborców hasło: Anybody But Romney - "Każdy, byle nie Romney".


Negocjacje między oboma sztabami zaczęły się w lutym, po tym jak Gingrich i Santorum wygrali kilka prawyborów, głównie na Południu, ale ostatecznie zaczęło zanosić się na wygraną Romneya.  Konserwatyści uznali, że tylko łącząc siły zdołają zablokować nominację Romneya. Dlaczego ostatecznie nie wyszło? Odpowiedź jest chyba oczywista - nie mogli się porozumieć w kwestii tego, czy będzie to kampania Santoruma i Gingricha, czy Gingricha i Santoruma. Każdy uważał, że to ON powinien być kandydatem na prezydenta - żaden nie chciał ustapić i zgodzić się na bycie wiceprezydentem, czyli de facto kwiatkiem do kożucha. Santorum argumentował, że to on zwyciężył dotyczczas w większej ilości stanów - Gingrich, że jest starszy od Santoruma, więc młodszy powinien ustąpić. Ostatecznie, to właśnie on zawiesił rozmowy i postanowił dalej próbować samemu - jak się wszystko skończyło, doskonale wiemy. 

wtorek, 19 marca 2013

Straszliwa prawda na temat Gwiazdy Śmierci...

Wczoraj pokazywałem wytwór prawicowej paranoi, który wyglądał jak parodia. Dziś prawdziwa, znakomita parodia paranoicznych teorii dotyczących zamachów z 11 września, szczególnie Loose Changejednego z najważniejszych (i najdurniejszych) filmów tego nurtu. W Loose Change dowiadujemy się, że wieże WTC zostały wysadzone, w Pentagon trafiła rakieta, a wszystko to zorganizowała tyrańska administracja Busha. Luke's Change pokazuje nam straszliwą PRAWDĘ na temat eksplozji Gwiazdy Śmierci... 

poniedziałek, 18 marca 2013

"Podnieśmy w górę pochodnię wolności!"

Pisałem wczoraj o konferencji CPAC na której Republikanie radośonie utwierdzali się w przekonaniu, że z nimi wszystko jest w jak najlepszym porządku, tylko większość Amerykanów się myli. Nie brakuje dowodów na to, że Republikanie wolą funkcjonować w świecie własnych wyobrażeń, zamiast podjąć próbę konfrontacji z nieprzyjemną dla siebie rzeczywistością  - oto kolejny - A Movement on Fire,  dwuminutowy filmik, wyświetlony na CPAC przez organizację Tea Party Patriots, zajmującą się - jak twierdzi - propagowaniem "fiskalnej odpowiedzialności", "konstytucyjnie ograniczonego państwa" i "wolnego rynku". Wspaniale dystopijna i uroczo nieudolnie zrealizowana wizja przyszłości Ameryki w której jak na dłoni widać wszystkie lęki paranoicznej, amerykańskiej prawicy. I nie, to nie jest parodia.


niedziela, 17 marca 2013

Konferencja dobrego samopoczucia

W Maryland trwa właśnie CPAC, Conservative Political Action Conference, doroczne zebranie konserwatystów, czyli de facto Republikanów i ich sympatyków. Ci jednak, którzy po wynikach ubiegłorocznych wyborów liczyli na zwrot, otwarcie na grupy z którymi dotychczas było GOP nie po drodze, a przynajmniej jakąś autorefleksję Republikanów, mogą się czuć rozczarowani. 



Chris Christie, republikański gubernator New Jersey, który nie tylko odnosi sukcesy w demokratycznym stanie, nie został nawet zaproszony. Powód? Dogaduje się jakoś z administracją Obamy, zamiast negować wszystko jak leci, ośmielił się też skrytykować liderów swojej partii w Kongresie. Nic to, że jak na razie we wszystkich sondażach, to właśnie Christie jest faworytem do republikańskiej nominacji w wyborach A.D. 2016. 

Rob Portman, senator z Ohio i niedoszły kandydat na wiceprezydenta u boku Romneya, cenuiony ekspert od spraw budżetowych, też nie dostał zaproszenia. Powód? Poparł ostatnio małżeństwa gejowskie - podobnie jak inni niezaproszeni, a ważni Republikanie: były gubernator Utah, Jon Huntsman, czy była szefowa Hewlett-Packarda, Meg Whitman, która ubiegała się o fotel gubernatora Kalifornii. GOProud, organizacja gejów-republikanów, też nie dostała prawa wstępu na teren konferencji. Nic to, że małzeństwa homoseksualne popiera około 65% młodych Amerykanów.


Zamiast tego, słuchacze mogli wysłuchać Wayne'a LaPierre'a, balansującego na granicy szaleństwa szefa NRA, który wściekał się na rządowe propozycje jakichkolwiek obostrzeń w dostępie do broni - popierane, a jakże, przez większość Amerykanów. Ann Coulter, komentatorka, która miałkość argumentów przykrywa zjadliwymi, a czasami chamskimi komentarzami, wściekała się na plany reformy imigracyjnej (zainicjowanej przez Republikanów, dodajmy), gdyż jeśli do niej dojdzie, "całe Stany zaczną przypominać Kalifornię i Republikanie nigdy nie wygrają już żadnych wyborów".  

Mistrzyni ciętej riposty, Sarah Palin, rzucała złośliwościami pod adresem prezydenta i burmistrza Nowego Jorku, a także przestrzegała przed jakimikolwiek odstępstwami od konserwatywnej ortodoksji. W końcu oświadczyła, że nie ma czegoś takiego, jak "sprawy kobiet" czy "sprawy mniejszości", bo "wszyscy jesteśmy Amerykanami". Jej przemówienie wywoływało wybuchy entuzjazmu, co i raz to przerywane brawami. Ci, którzy jak Jeb Bush, mówili o konieczności zmian, otrzymywali jedynie grzecznościowe oklaski. 

Czy kogoś jeszcze dziwi to, że ci sami Amerykanie o których mówiła Palin coraz mniej chętnie głosują na Partię Republikańską? Może dzieje się tak właśnie dlatego, że GOP woli udawać sama przed sobą, że problemy tych czy innych mniejszości albo nie są istotne, albo w ogóle nie istnieją? Na jakiś czas taka strategia wystarczy - przynajmniej nie będzie psuła dobrego samopoczucia - ale za jakiś czas, nawet bez reformy imigracyjnej, spełni się koszmar Ann Coulter. A wtedy Republikanom (jeśli w ogóle jeszcze jacyś się ostaną) nie będzie już tak wesoło. 

środa, 13 marca 2013

Papieże i prezydenci

Trwa konklawe, czas zatem na papiesko-prezydenckie nieciekawe ciekawostki.  Żaden papież nie pobił, z oczywistych powodów, rekordu Elżbiety II spotkań z amerykańskimi prezydentami (12), ale wynik Jana Pawła II (5) też jest niczego sobie, zwłaszcza zważywszy na to, że historia spotkań papieży i prezydentów nie sięga jeszcze nawet stu lat.

To, że pierwsze spotkanie między urzędującym papieżem, a urzędującym prezydentem miało miejsce dopiero w 1919 roku, a zatem 130 lat od ustanowienia tego drugiego urzędu, nie powinno dziwić. Do lat 60. XX wieku papieże niechętnie opuszczali Watykan, więc o żadnych międzynarodowych podróżach nie było mowy. Nie żeby prezydenci USA byli o wiele lepsi - pierwszym urzędującym prezydentem, który wybrał się w podróż za granicę był dopiero Teddy Roosevelt w 1906 roku, który postanowił zobaczyć na własne oczy Kanał Panamski. Do Europy zawitał jednak jako pierwszy jego następca - Woodrow Wilson - który w styczniu 1919 roku popłynął na Paryską Konferencję Pokojową, negocjować Traktat Wersalski. Zanim dojechał do Paryża, zahaczył o Rzym i tam spotkał się z Benedyktem XV. Zdjęć z tego spotkania brak.

Nie znaczy to, że Wilson był pierwszym prezydentem w ogóle, który spotkał się  z biskupem Rzymu. Byli prezydenci i owszem, podróżowali po świecie (czyli wtedy głównie do Europy) i czasem zaglądali do Rzymu. W 1855 roku Piusa IX odwiedziło aż dwóch eksprezydentów (co prawda osobno), co prawda z tych o których mało kto pamięta: Martin van Buren i Millard Fillmore. 

Pius X i Theodore Roosevelt 

Niewiele brakowało, a w 1910 roku z Piusem X  spotkałby się wspomiany Theodore Roosevelt, ale zaważyły powody prestiżowe, czyli nadmierne ego obu panów. Kiedy Roosevelt poprosił papieża o audiencję, papież zgodził się, ale pod warunkiem że w czasie pobytu w Rzymie były prezydent nie spotka się z amerykańskimi misjonarzami. TR nie miał, co prawda, takiego zamiaru, ale stawianie przez papieża podobbych żądań uznał (słusznie, skądinąd) za mieszanie się w nieswoje sprawy i ostatecznie do audiencji nie doszło. Było z tego wiele radości, gazety pisały o tym na pierwszych stronach gazet, kto ciekawy niech sobie poczyta TU.


Po Wilsonie następne spotkanie miało miejsce dopiero czterdzieści lat później, kiedy dobrego Jana XXIII odwiedził Dwight Eisenhower. Z niewiadomych dla mnie przyczyn wydawano z tej okazji znaczki w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (sic!).


Trzy lata później nieoficjalną wizytę we Włoszech złożyła Jackie Kennedy, która razem z siostrą, panią Radziwiłłową, leciała do Indii. Rzym oszalał na punkcie "królowej Ameryki", ale Jackie, jako katoliczce, wypadało też złożyć wizytę papieżowi. Anegdota głosi, że Jan XXIII podobno bardzo się denerwował przed spotkaniem z Pierwszą Damą, że palił papierosa za papierosem (J23 był nałogowym palaczem), na głos powtarzając sobie różne wersje powitania - "pani Kennedy" albo "Madame". Kiedy otwarto drzwi, uśmiechnał się, rozłożył ramiona i zakrzyknął "Jacqueline!".

Jacqueline i Giovanni

Jej mąż, John F. Kennedy, pierwszy (i jak na razie jedyny) katolicki prezydent USA, nie spotkał się już z Janem XXIII, ale z jego następcą, Pawłem VI. Rozmawiali podobno o prawach człowieka.

JFK i P6

JFK niecałe pół roku później zginął w zamachu, ale Paweł jako pierwszy papież odwiedził Amerykę, gdzie wygłosił przemówienie przed Zgromadzeniem Generalnym ONZ. Przy okazji, spotkał się z Lyndonem Johnsonem. Na zdjęciu niżej - obaj panowie przed nowojorskim hotelem Waldorf-Astoria, gdzie zatrzymał się papież.


Nixon odwiedził Watykan dwukrotnie, w 1969 i 1970 roku. Przy jednej z okazji zostawił Pawłowi VI małą flagę USA, która w czasie jednej z misji Apollo znalazła się na księżycu, a także taki oto gustowny podarunek:

wzruszający dar Nixonowego serca (fotografia P.T.)


Ostatnim - czwartym - prezydentem, którego spotkał Paweł VI był Gerald Ford, który - jak widać - kontynuował politykę Nixona także w kwestii eleganckich prezentów.

Kissinger, Ford, przekazany w darze  gustowny orzeł, Paweł VI

Jan Paweł I, jak doskonale wiadomo, nie zdążył się spotkać prawie z nikim - w przeciwieństwie do podróżującego Jana Pawała II, który już w 1979 roku odwiedział Amerykę, m.in. składając wizytę Jimmy'emu Carterowi w Białym Domu. 


Z Ronaldem Reaganem JP2 widział się co najmniej cztery razy, z czego raz na Alasce - prezydent wracał z Chin, papież leciał do Korei. 

Przystanek Alaska

Jan Paweł II spotykał potem już wszystkich - Busha ojca, Billa Clintona (który w czasie audiencji podobno głównie zajmował się podziwianiem fresków) i Busha syna. W 2005 roku wsyzscy trzej uczestniczyli w papieskim pogrzebie.





George W. Bush jest w dodatku jest - jak na razie - jedynym prezydentem, który miał okazję spokać się z dwoma papieżami. JP2 widział kilkukrotnie, a Benedykta raz, wręczając mu - a jakże - interesujący podarunek. Rekord Busha na pewno wyrówna jednak wkrótce Barack Obamaspotykając się z nowym papieżem Franciszkiem.

George W. Bush wręcza COŚ

Obamowie wręczają inne COŚ